Pop Art: Recenzja najnowszej płyty Dżemu. Czekaliśmy na nią 16 lat | 18.03.2026
Szesnaście
lat trzeba było czekać na nowe studyjne wydawnictwo śląskiej legendy blues
rocka. Formacja Dżem z Sebastianem Riedlem za mikrofonem na całe szczęście nie
odcina kuponów od sławy.
Dżem udanie otworzył nowy rozdział z wokalistą Sebastianem Riedlem (z prawej). Fot. Mat. prasowe
Kiedy na
początku 2024 roku śląska formacja blues rockowa Dżem ogłosiła sensacyjną
zmianę za mikrofonem – sensacyjną dlatego, że wokalistę Macieja Balcara zmienił
Sebastian Riedel, syn ikony Dżemu, zmarłego w 1994 roku Ryszarda Riedla – powiało
optymizmem. Tym bardziej że na nową płytę studyjną śląskiej legendy trzeba było
czekać długich 16 lat! Jaka jest zatem następczyni „Muzy” (2010), albumu dobrze
przyjętego w kręgach fanów Dżemu, drugiego nagranego z Balcarem jako wokalistą?
Płyta „Sobie potrzebni” już w samym tytule sugeruje empatię, a z podobną
wrażliwością muzycy podchodzą też do dziewięciu kompozycji zawartych na tym
albumie.
„Myślę, że
to przeznaczenie, ale też odpowiedzialność. Postaram się również dorzucić nieco
do Dżemu jako gitarzysta, bo chcę pograć tam, gdzie się zmieszczę. A jak będę
tylko śpiewał, to nie wiem, co zrobię z rękami. Chyba będę musiał się chwytać
statywu. To wszystko jest dla mnie nowe. Oczywiście chciałbym nagrać z Dżemem
nową płytę, co byłoby dopełnieniem historii. Choć cała sytuacja jest jak z
jakiegoś filmu…” – mówił Sebastian Riedel w styczniu 2024 dla miesięcznika
„Teraz Muzyka”. Jego słowa
wypowiedziane dla najbardziej prestiżowego polskiego pisma muzycznego, na
gorąco po oficjalnym dołączeniu do zespołu, który muzycznie i literacko (za sprawą
pięknych tekstów) definiował w latach 80. i 90. jego ojciec, Ryszard, teraz
brzmią z podwójną mocą. Album „Sobie potrzebni” jest dla mnie też swoistym
„dopełnieniem historii”, do tego pięknym, skrojonym idealnie pod barwę głosu
Sebastiana Riedla.
Tak, kiedy
zamykam oczy, słyszę w tych piosenkach jego ojca. Manierą wokalną, bluesowym
feelingiem, z którym trzeba się po prostu urodzić, Sebastian bardzo przypomina
Ryśka. I myślę, że ta współpraca mogła się rozpocząć już dużo, dużo wcześniej,
nie pomniejszając zasług Macieja Balcara. Ale pewnie tak właśnie miało być –
pierwsze szlify w swoim zespole Cree, pierwsze sukcesy komercyjne i dopiero
potem muzyczne oraz życiowe przeznaczenie…
„Wiele
klasycznych utworów z czasów ojca grywałem już z Cree, jednak teraz dojdą też
nagrywane przez Dżem po 1994 roku. Jeszcze nie mieliśmy prób z tym późniejszym
repertuarem, ale mam swoich faworytów. Na pewno „Do kołyski”, to wszystkim się
podoba, ale też „Dzikość mego serca”, które śpiewał Jacek Dewódzki. Trema na
pewno się pojawi. Bez tremy nie ma sztuki” – zdradził w przywołanej wyżej
rozmowie dla „Teraz Muzyka” Sebastian Riedel.
Na album „Sobie potrzebni” fani Dżemu czekali długich 16 lat... Fot. Mat. pras.
Fani zespołu
w ostatnich tygodniach mogli przekonać się na własnej skórze podczas licznych
koncertów, że Dżem z Sebastianem dostał nowe skrzydła, a stare utwory
nowocześniejsze aranżacje. „Zajawkami” do nowego wydawnictwa były aż trzy
single – „Sobie potrzebni”, „Dusza” i „Idzie lepsze”, ale dopiero przesłuchanie
całego materiału pozwoliło mi trzeźwo spojrzeć na siedemnastą płytę w karierze
Dżemu. I od dwóch tygodni nie mogę się od niej uwolnić.
Album
otwiera bluesowy kawałek „Mimo wszystko”, utrzymany w typowych klimatach Dżemu.
To taka rozgrzewka przed hard rockowym „Idzie lepsze”, gdzie Sebastian Riedel
odpala wokalną petardę. To zarazem jedna z najbardziej optymistycznych piosenek
w całej dyskografii grupy, naszpikowana nadzieją, jakiej często na próżno
szukać w bluesie. Na trzecim
przystanku tego albumu, w utworze „Dusza”, będą już potrzebne chusteczki. W tym
pięknym utworze Sebastian oddaje hołd ojcu, jego muzycznej spuściźnie, dzieląc
się swoją wrażliwością ze słuchaczami. Kiedy słuchałem utworu po raz pierwszy,
zostałem dosłownie wbity w fotel, nie mogłem się ruszyć, tylko głową miarowo
wystukiwałem bluesowe takty potężnego refrenu. „Niewiele możemy, bo świat jest
silniejszy, lecz
wiemy, że warto mieć duszę otwartą” – śpiewa w tym uroczym temacie Sebastian.
Albumów
Dżemu nigdy nie słuchałem na wyrywki, gdyż magia tej muzyki tkwi w spójności.
Kultowa dla mnie płyta „Detox” (1991) jest w zasadzie płytą koncepcyjną,
rozprawą Ryszarda Riedla z własnymi, narkotykowymi demonami i tylko słuchana w
całości, wywołuje najmocniejsze ciarki. Zwarta muzycznie i tekstowo jest też
najnowsza płyta. Wszystkie teksty napisał pochodzący z Bielska-Białej Mirosław
Bochenek, blisko związany z Dżemem. To oczywiście inny poziom wrażliwości, ale
myślę, że Bochenek odwalił kawał dobrej roboty. Znakomicie
współgra w warstwie muzycznej i tekstowej tytułowa kompozycja – „Sobie
potrzebni”. „Wszyscy tutaj jesteśmy, dziećmi jednego Boga, jedni drugim
potrzebni, jak chleb, jak woda” – przekonuje Riedel w kolejnym monumentalnym
fragmencie tego albumu. Tytułową piosenkę napędza właśnie świetny tekst
Bochenka, w którym nie ma przypadkowych słów. Nie ma tu też miejsca dla
przypadkowych nut. Bajkowo zagrał w tym utworze Jerzy Styczyński, jego gitarowa
solówka to prawdziwy majstersztyk.
Od połowy
albumu Dżem coraz bardziej zagęszcza swoje brzmienie. Soczyście, prawie
rock&rollowo pędzi do przodu „Amulet”, z kolejną udaną gitarową solówką w
środku utworu. Najbardziej tradycyjnym bluesem na albumie jest przedostatni
temat „Święty
spokój”, fajny, klimatyczny kawałek utrzymany w stylistyce debiutanckiego
krążka Dżemu – „Cegła” (1985). Album,
zamknięty w klamrze 42 minut, w finale zamienia się w akustyczny, intymny
manifest „Jeszcze”. „Jeszcze chciałbym mieć, w oczach dawny blask, wrócić do
łask.../Jeszcze
wierzę.../Powiedz
mi, jak być chłopcem sprzed lat, który znikł.../Jeszcze wierzę.../Czemu
tak już jest, że świat kradnie to, co sprzyja nam.../Już na zawsze.../Jednak
każdy z nas gra z czasem na czas, jak w teatrze...”. Warto było czekać szesnaście
lat na nowy Dżem.