czwartek, 18 kwietnia 2024
Imieniny: PL: Apoloniusza, Bogusławy, Gościsławy| CZ: Valérie
Glos Live
/
Nahoru

Pop Art: Jagnięcina z gwiazdką Michelina | 18.05.2019

Deszczowa melancholia ostatnich dni zadowoliła meteorologów, bo wreszcie, po dłuższym czasie trafili z prognozą pogody idealnie. Nie tylko w deszczowe klimaty idealnie wpisuje się najnowszy album brytyjskiego duetu Lamb. 

Ten tekst przeczytasz za 3 min. 15 s
Muzyka duetu Lamb wbija się pod skórę niczym drzazgi. Fot. mat. prasowe

RECENZJE

LAMB – The Secret Of Letting Go

Była ongiś w radiowej Trójce audycja muzyczna, której słuchałem z wypiekami na twarzy. „Trójkowy ekspres” zwała się. Prowadzona przez maszynistę Pawła Kostrzewę, obecnie szefa muzycznej sekcji portalu Onet.pl. Takich ambitnych audycji brakuje obecnie w ramówce  Programu 3 Polskiego Radia. Ale nie o tym jest ta recenzja. Na rynku wydawniczym ukazała się właśnie najnowsza płyta brytyjskiego duetu Lamb, regularnych bohaterów „Trójkowego ekspresu”. Wróciły wspomnienia, natężyły się oczekiwania. Czy Lou Rhodes i Andy Barlow znaleźli odwagę, by przekroczyć własne cienie? Stworzyć jeszcze piękniejszą kontynuację definicji trip hopu?

Lamb kojarzy się większości słuchaczom z utworem „Gabriel” zawartym na albumie „What Sound” (2001). Po części to szkoda, bo w karierze duetu pojawiło się wiele enigmatycznych kompozycji, ale wałkowany na okrągło radiowy przebój „Gabriel” przyćmił je z siłą Księżyca w fazie pełni. Dziesiąty w dyskografii grupy album „The Secret Of Letting Go” jest kolejnym labiryntem nieziemskich aranżacji, w którego zakamarkach każdy znajdzie swoje smaczki. Nie wróżę jednak tej płycie komercyjnego sukcesu na miarę „What Sound” czy „Between Darkness And Wonder”, bo moda na trip hop i zadumane beaty skończyła się tak nagle, jak powstała. Aktywni zawodowo pozostali najwierniejsi – Tricky, Air, Moby czy właśnie Lamb – inni milczą od lat, tłumacząc to skomplikowaną fazą twórczą (Massive Attack, Portishead).

„The Secret Of Letting Go” rozpoczyna się delikatnie, jak muśnięcie skrzydeł motyla. „Phosphorous” to niespełna trzy minuty nurkowania w bajkowym świecie Lou Rhodes. Jej rozedrgany głos kreśli w zbożu pierścienie niepokoju. Ten utwór spokojnie mógłby znaleźć się na ścieżce dźwiękowej do seriali „Twin Peaks” lub „Gry o tron”. Filmowy charakter większości utworów zawartych na tym albumie nie jest przypadkowy. Zarówno wokalistka Lou Rhodes, jak też kompozytor Andy Barlow w kinie spędzają sporo czasu. Ludzkie historie zapisane na taśmie filmowej służą im za tło do malowania dźwiękowych pejzaży. W „Armageddon Waits” spaceruje James Bond, w tytułowym, poszarpanym rytmicznie „The Sercret Of Letting Go” zagubiona dziewczyna w wielkim mieście. W wielu miejscach można odpocząć z lampką dobrego wina – tak jak w przepięknej nastrojowej balladzie „Imperial Measures” czy najbardziej radiowym utworze – „The Silence in Between” – przedostatnim temacie na albumie. Pod względem aranżacyjnym płyta dopieszczona jest w każdym szczególe. Ambientowo-jazzowy instrumentalny kawałek „Deep Delirium”, z trąbką i skrzypkami nadającymi kompozycji klezmerski charakter, wbija się pod skórę niczym drzazgi.

Andy Barlow poświęcił na nagrywanie i mastering płyty pięć lat. Niepotrzebne dźwięki wyrzucił do kosza w myśl zasady, iż mniej znaczy więcej. 41 minut muzyki to w sam raz, żeby najeść się do syta. Jagnięcina po brytyjsku z gwiazdką Michelina?

Janusz Bittmar

Cały najnowszy Pop Art w ostatnim, papierowym wydaniu gazety. 



Może Cię zainteresować.