środa, 22 maja 2024
Imieniny: PL: Emila, Neleny, Romy| CZ: Emil
Glos Live
/
Nahoru

Pop Art: JAN ŽIŽKA (recenzja) | 28.09.2022

Szturmem zaatakowano czeskie kina. Powód jest prozaiczny. Na ekrany wszedł mocno wyczekiwany obraz Petra Jákla, „Jan Žižka”, najdroższy film w dziejach czeskiej kinematografii. 

Ten tekst przeczytasz za 5 min. 60 s
Fot. Bioscop

 

Najdroższy film w dziejach czeskiej kinematografii. Droższy od „Ciemnoniebieskiego świata” (Tmavomodrý svět) reżysera Jana Svěráka, który w 2001 roku zawojował nie tylko czeskie kina. Petr Jákl, były kaskader, a obecnie reżyser filmowy lubiący prowokować, w swoim trzecim w karierze obrazie „Jan Žižka” na warsztat wziął nie niedawną historię, jak Svěrák, ale mroczne czasy średniowiecza. 
Czeski bohater narodowy Jan Žižka w szkolnych planach nauczania do 1989 roku uchodził za prawdziwego herosa walczącego z feudalistycznym złem, niezwyciężonego jednookiego rycerza, który nie przegrał żadnej bitwy. Po aksamitnej rewolucji jego, nie tylko „szkolna" kariera, uległa poważnej modyfikacji. Historycy wreszcie otwarcie pisali o psychopacie, zbrodniarzu mordującym dzieci, kobiety i starców, o husyckiej rewolucji, która szybko zamieniła się w machinę do zabijania i niszczenia. Žižkę darzę specyficznym sentymentem wynikającym z faktu, że temat literatury o czasach wojen husyckich wylosowałem na maturze z czeskiego. Rodowity Czech do tematu życia i rycerskich zasług Žižki podchodzi też z sentymentem, ale trochę innym od mojego wyniesionego z ławki polskiego gimnazjum. Wbrew historycznym faktom i brutalnym okolicznościom husyckiego powstania, wódz z opaską na oku jest dla wielu symbolem niezłomnej odwagi. Dla reżysera również. 

Z racji międzynarodowej produkcji, zagranicznej obsady i ambicji przebicia się na rynek amerykański żarliwy patriota Jákl musiał zrezygnować z ideologicznego patosu, skupiając się wyłącznie na akcji. Pomijając fakt, że perypetie młodego Žižki wyglądają jak skradzione z serii komiksów „Thorgal” Grzegorza Rosińskiego i Jeana Van Hamme, bo odtwórca tytułowej roli Ben Foster bardziej niż słowiańskiego herosa przypomina Wikinga, właśnie przygodowa warstwa jest jedynym atutem filmu. 
 
Dla fanów literatury faktu „Jan Žižka” jest akurat obrazem zbędnym, stratą czasu i pieniędzy wydanych za bilet do kina. Jákl na pewno przeczytał wcześniej całą „Husycką trylogię” Andrzeja Sapkowskiego, „Husycką epopeję” Vlastimila Vondruški, w młodości obejrzał nakręconą z dużym rozmachem, niemniej tendencyjną filmową trylogię Otakara Vávry („Jan Hus”, „Jan Žižka”, „Proti všem”), przygotował się po prostu do swojego filmu na tyle skrupulatnie, żeby dysponować konkretnymi argumentami w wywiadach prasowych i telewizyjnych. To jednak słaba pociecha, kiedy efekt końcowy przypomina filmy, które jeszcze kilka lat temu zamiast w kinie z przytupem lądowały od razu w wypożyczalniach kaset VHS. Szkoda to podwójna w przypadku obrazu, który pochłonął pół miliarda koron i w którym zgodził się zagrać m.in. dwukrotny laureat Oscara, Michael Caine (w roli Lorda Boreša). 

 


Przełom XIV i XV wieku posłużył Jáklowi idealnie do odtworzenia brutalnej rzeczywistości, z jaką musieli się zmierzyć bezpośredni uczestnicy dawnych wydarzeń. Niektóre sceny walk, z naciskiem na oddzielanie głów od reszty ciała, przypominają samurajskie filmy Akiry Kurosawy. Jákl przesadza z brutalnością. Kiedy miecze towarzyszy broni Žižki tną wroga, a widz w kinie zmuszony jest przecierpieć kilkunastosekundową egzekucję ulubieńca czeskich stacji radiowych, piosenkarza Bena Cristovao (w roli wojownika plemienia Połowców), należy zadać sobie pytanie, czy takie zabiegi „artystyczne” w ogóle są potrzebne. Sympatyczny na co dzień Cristovao, notabene mistrz Europy w brazylijskiej odmianie jiu-jitsu, na pewno wolałby zginąć mniej stylowo, niestety współczesne trendy filmowe są bezlitosne. Takie produkcje, jak „Gra o tron” czy „Wikingowie”, też z pewnością zamieszały w głowie Jáklowi, który kręcąc „Jana Žižkę” gotował z wielu zbliżonych do siebie składników, aby w finale zaserwować na talerzu lekko niestrawny „eintopf”, czyli danie jednogarnkowe. Najsłabszym punktem filmu jest bowiem płaski scenariusz. Bohaterowie poruszają się na planie trochę bez ładu i składu, jak Gumisie po tygodniu bez soku z gumijagód. Paradoksalnie zaś najbardziej zagubiony w tym wszystkim jest… Jan Žižka. 

Nacisk na wczesną młodość Žižki jako najemnika, złodzieja i zawadiaki, okres nieprzebadany skrupulatnie przez historyków z prostego braku wiarygodnych danych, dał reżyserowi możliwość zaszarżowania w prawdziwym stylu hollywoodzkim. Mamy więc iskrzącą aferę miłosną, obowiązkową równowagę genderowską, a także „kochającego inaczej” króla Václava IV (Karel Roden). W przypadku Václava IV reżyser posiłkował się najnowszymi teoriami historyków, którzy twierdzą, że słynny czeski król z większym lub mniejszym powodzeniem ukrywał swoją homoseksualną orientację, która na ówczesnych dworach szlacheckich była prawdziwym tabu. 

Petr Jákl obiecuje, że na pierwszym filmie o Janie Žižce się nie skończy i w przyszłości doczekamy się kolejnej odsłony. Tym razem koncentrującej się na głównym, husyckim dorobku jego życia. Pytanie tylko, czy po słabych jak na razie wynikach dystrybucji za oceanem (a także mało przychylnych tamtejszych recenzjach), Jákl ponownie może liczyć na tak hojne wsparcie finansowe od producentów spoza czeskiego podwórka. Wiadomo, w Czechach największym wzięciem cieszą się w ostatnich latach kretyńskie komedie miłosne, na które nie trzeba pół miliarda koron. Złodziej Žižka musi więc prosić o kasę zagranicznych mecenasów mylących nierzadko Republikę Czeską z Czeczenią. Na zakończenie pozwolę sobie przytoczyć stary dowcip, który film Jákla charakteryzuje bardziej, niż cała niniejsza recenzja. „Bratře Žižko, ukradli nám koně... Na koně!”.

 



Może Cię zainteresować.