czwartek, 28 września 2023
Imieniny: PL: Libuszy, Wacławy, Wacława| CZ: Václav
Glos Live
/
Nahoru

Biblia to nie talizman | 25.07.2021

O Czesławie Bassarze dowiedziałam się, przeglądając program tegorocznego śmiłowickiego „Xcampu”. Kiedy przeczytałam w jego biogramie, że nauczając Biblii, odwiedził 89 krajów świata, wiedziałam, że ten wywiad po prostu muszę zrobić.

Ten tekst przeczytasz za 7 min. 45 s
Czesław Bassara gościł w tym tygodniu w Śmiłowicach. Fot. BEATA SCHÖNWALD

Międzynarodowa Służba Nauczania Biblii, co to za projekt?

– Międzynarodowa Służba Nauczania Biblii koncentruje się, jak sama nazwa wskazuje, na Piśmie Świętym. Wychodzimy z założenia, że Biblia jest jedynym natchnionym słowem Boga i dlatego postanowiliśmy zająć się nią. Wydaje się, że Biblia jest znana szeroko, ale nie zawsze jest tak przyjmowana, a jeszcze gorzej bywa z jej praktykowaniem. Biblia musi być nauczana, bo jeśli nie jest, wtedy leży gdzieś na półce albo jest rodzajem talizmanu zabezpieczającego dom na zasadzie, że skoro jest Biblia, to w domu będzie dobrze się działo. Oczywiście, że nie. Biblia musi być więc nauczana, a nauczanie, to jest porządkowanie Bożych prawd tak, żeby ludzie wokół nas mogli je zrozumieć, przeżyć, a następnie wprowadzić w praktyczne życie. Takie jest nasze nastawienie. Poza tym jest to służba – chcemy służyć, gdziekolwiek jesteśmy zapraszani, i jest to służba międzynarodowa. Realizujemy ją we wszystkich krajach świata zarówno w formie słownej, przez udział w konferencjach, zjazdach, szkołach biblijnych, jak i w formie pisanej. W ramach MSNB piszemy i wydajemy książki, które są rozpowszechniane po całym świecie.

Znaczy, że książki te są pisane w różnych językach lub tłumaczone na różne języki?

– Oryginalnie są pisane w języku angielskim, a potem tłumaczymy je na inne języki krajowe.

Pan mówił, że Biblii trzeba nauczać. Nie wystarczy ją po prostu czytać?

– Biblia nieotwierana będzie oskarżeniem dla człowieka. Bo miałeś ją, mogłeś korzystać, blisko ciebie było Boże Słowo, a nie słuchałeś. Natomiast jeśli chodzi o czytanie, to myślę, że szybciej jest, kiedy nie robimy tego sami, ale uczymy się od tych, którzy ten materiał już znają i potrafią go usystematyzować.

Odwiedził pan 89 krajów świata. Czy inaczej naucza się Biblii w Azji, inaczej w Ameryce, a jeszcze inaczej w Afryce czy Europie?

– Biblii naucza się tak samo, tylko ludzie inaczej słuchają. Również ja uczę wszędzie tak samo, bo jestem tym, kim jestem, używam swojego języka, korzystam ze swojej wiedzy biblijnej i mam swoje własne podejście. Ludzie natomiast reagują w różny sposób. Na przykład w Chinach, kiedy cytowałem fragment Bożego Słowa, ludzie z wielkim szacunkiem wstawali i cytowali go razem ze mną, bo znali te fragmenty. W Chinach jest tak, że chrześcijanie uczą się Pisma Świętego na pamięć. Nie byłem do tego przyzwyczajony. To prawda, że niektóre fragmenty my w Europie też znamy, ale w Chinach znają całe rozdziały. Są ludzie, którzy znają cały Nowy Testament, podejrzewam, że może nawet całą Biblię. Pytałem ich o to i wtedy pewien kaznodzieja powiedział mi tak: „Bracie, my musimy być w każdym momencie przygotowani na pójście do więzienia. Jedyną Biblią, którą z sobą zabierzemy, jest ta, która jest w naszych sercach i naszej pamięci”. Różnica polega też na tym, że inaczej mówi się do ludzi, dla których Biblia jest historyczną zdobyczą, wyznacznikiem kulturowym czy religijnym fetyszem, a inaczej do tych, którzy traktują Biblię jako Słowo Boże adresowane bezpośrednio „do mnie”. Ludziom, dla których Biblia jest historyczną księgą, staram się więc tłumaczyć, że to nie okaz nadający się do muzeum, ale księga, która przemawia tu i teraz.

Jak wygląda sprawa nauczania Biblii w Afryce?

– Pewnym ograniczeniem jest występujący tam analfabetyzm. Choć z drugiej strony można powiedzieć, że czasem on nawet pomaga. Ludzie nieumiejący czytać są zmuszeni do uczenia się Biblii na pamięć, bo nie mogą, tak jak my, sięgnąć po Pismo Święte, żeby sprawdzić dowolny fragment. Niejednokrotnie jestem zadziwiony ich gorliwością i tym, jak wiele materiału już sobie przyswoili. Poza tym ciekawe jest też to, że Afrykańczycy uczą się Bożego Słowa przez śpiew. Potrafią potem je śpiewać nawet przez dwie godziny.

Może dlatego, że słowo śpiewane lepiej zapamiętujemy?

– Możliwe, nie jestem specjalistą w tym zakresie, więc trudno mi się wypowiedzieć. Zauważyłem jednak, że do Afrykańczyków przemawia śpiew. Słowo Boże włożone w muzykę naprawdę przynosi tam owoce. Nie odwiedziłem co prawda całego kontynentu, bo byłem tylko w dziesięciu krajach afrykańskich na wschodzie, zachodzie i na południu. Uderzyło mnie jednak, kiedy widziałem, że Afryka umiera. Nie tylko dzisiaj z powodu koronawirusa, ale również z powodu AIDS. Byłem na nabożeństwie w Swazilandzie (po polsku oficjalnie Królestwo Eswatini – przyp. aut.), w którym uczestniczyła sama młodzież. Najstarszy człowiek mógł mieć 30-35 lat. Po jego zakończeniu zapytałem brata prowadzącego: „Co zrobiliście ze starszymi ludźmi?”, na co otrzymałem odpowiedź: „My nie mamy starszych ludzi. Poumierali”. Oznacza to, że Afrykańczycy nie mają dużo czasu. Oni nie mogą sobie – tak jak to czasem robią ludzie w Europie – zostawić spraw duchowych na starość. Oni starości nie mają i wiedzą o tym.

Pan jako osoba zaangażowana w MSNB trafia do istniejących już społeczności chrześcijańskich. Nie chodzi zatem o typową działalność misyjną?

– Te osoby, do których przemawiam, wiedzą, kim jest Bóg i czym jest Biblia. Nie jest to więc działalność misyjna. Spotykam natomiast misjonarzy, którzy przyjeżdżają na naszej zjazdy. Biorą udział w konferencjach misjonarskich, na których moim zadaniem jest zachęcenie ich do pogłębiania swojej wiary, wiedzy biblijnej. Dzięki temu mogą skuteczniej zwiastować Ewangelię tam, dokąd idą, często do bardzo odległych miejsc. Podziwiam ich za to, bo to wielka rzecz. Oni potrzebują wiele otuchy.

Ile czasu spędza pan „na walizkach”?

– Zanim pojawił się koronawirus, był okres, kiedy 80 proc. swojego czasu spędzałem w podróży. Jeździłem z kraju do kraju.

To bardzo uciążliwe…

– Do tego trzeba się przyzwyczaić, bo to nie tylko różne języki, różna kultura, ale też różna kuchnia czy różny sposób lokowania gości i różny sposób spania. Ja na szczęście mam dar snu i potrafię zasnąć nawet na kamieniu. Poza tym toleruję zwierzęta, kocham je i mogę z nimi nawet spać, co zresztą nieraz się zdarza. Kiedy np. po wykładzie na Jamajce wracałem do swojego pokoju, na poduszce zastałem dwie jaszczurki. Złapałem je więc za ogon i wyniosłem. Nie ważne, że później i tak wróciły. W Indii z kolei moja pierwsza noc wyglądała tak, że na suficie ulokowała się cała grupa jaszczurek i wszystkie patrzyły na mnie z góry tymi swoimi wybałuszonymi oczami. Kiedy bratu mieszkającemu obok poszedłem o tym powiedzieć, usłyszałem: „To są Indie. My tutaj żyjemy z jaszczurkami. Tylko dam ci jedną radę. Jak zasypiasz, to nie zapomnij zamknąć ust, bo jaszczurka wie, jak wejść, a nie wie, jak wyjść”. W tych krajach nauczyłem się więc szanować zwierzęta, nawet małpy, które tak naprawdę są złodziejkami. Bynajmniej nie chodzi o to, żeby traktować zwierzęta jak bogów, ale darzyć ich szacunkiem i nie krzywdzić.

Jak zmieniła się pana służba w czasie pandemii?

– Teraz więcej nauczam w Polsce, w zborach, na konferencjach, w szkołach biblijnych. Wcześniej zaproszenia przychodziły do mnie z różnych krajów i czasem miałem problem, które z nich przyjąć. Tak to wyglądało do czasów pandemii. Obecnie służbę nauczania Biblii realizuję za pomocą internetu. Robię więc praktycznie to samo, tyle że w trybie on-line. 


Może Cię zainteresować.