Wojciech Waglewski: na płycie „Dźwięczność” chodzi o pochwałę życia, otulinę | 24.04.2026
Chciałem,
by to był album apelujący o docenienie tej chwili, w której żyjemy. Co,
oczywiście, jest bezpośrednio związane ze śmiercią. Ale chodzi o pochwałę
życia, otulinę – mówi PAP Wojciech Waglewski, gitarzysta i wokalista grupy Voo
Voo. Jej ostatnia płyta „Dźwięczność” ukazała się w kwietniu.
Wojciech Waglewski. Fot. Jacek Poremba/mat. prasowe
Czy „Dźwięczność” to rzeczywiście ostatnia studyjna płyta
Voo Voo? Czy też ostatnia w dotychczasowym wcieleniu zespołu?
– Miałem zamiar już nie nagrywać więcej albumów. Taką
decyzję podjąłem jeszcze w 2024 r., żeby jeśli już, to nagrywać single,
piosenki na Spotify, jak większość muzyków. Płyty się nie sprzedają. Wiele
zespołów wydaje muzykę na winylach, które następnie sprzedają na koncertach,
kompaktów jest coraz mniej. Nagraliśmy tych płyt bez liku, sam nie wiem, ile
dokładnie. Mamy własną publiczność, którą w dodatku tworzą przedstawiciele
różnych pokoleń. Czasami wracamy do starszych rzeczy, czasem gramy nawet całe
albumy. Fajnie się to gra – tym bardziej że improwizujemy. Nie czułem więc
potrzeby rozszerzania repertuaru.
Piosenka „Dźwięczność” została napisana w zasadzie jako
pożegnanie z nagraniami studyjnymi. Ukazała się w maju ubiegłego roku pod
wpływem sugestii mojej żony, która chciała, żebym zagrał na gitarze prawdziwe
solo, jak normalny człowiek, a nie te moje dziwactwa. Taka piosenka nieco w
stylu „wychowani na Trójce”, a nigdy za taką muzyką nie przepadałem. Podszedłem
do tego z dystansem, ale to się zmieniło. Żona wysłuchała utworu,
zaakceptowała. A po niedługim czasie zmarła, wszystko się wywróciło. Wszystko to
nabrało zupełnie innego znaczenia, prawie jak requiem. W nas wszystkich
spowodowało to chęć, by raz jeszcze wejść do studia. Nazbierało się mnóstwo w
ciągu miesiąca. Nagraliśmy tę płytę w wyjątkowych okolicznościach, chyba
pierwszy raz robiliśmy próby, napracowaliśmy się. Wspólnotowa rzecz z tego
wyszła, nie ma popisów, solówek, jest to rzecz zespołowa. W dodatku nagrana w
studiu, w którym nie nagrywaliśmy od kilkudziesięciu lat. Wszystko przebiegło w
bardzo przyjacielskiej, wspólnotowej atmosferze.
W zapowiedziach tej płyty mówił pan, że jest dołująca,
smętna. A nie jest taka.
– Była sugestia, by „Dźwięczność” nie była tytułem, żeby w
ogóle ukazała się osobno. Zaczynałem od bardzo mocnych, emocjonalnych tekstów.
Całe przygotowanie moje do tej płyty polegało na tym, by nabrały optymizmu,
żeby pozbyć się złych emocji. Chciałem, by była płytą apelującą o docenienie
tej chwili, w której żyjemy. Co, oczywiście, jest bezpośrednio związane ze
śmiercią. Ale chodzi o pochwałę życia, otulinę. Pozwala na chwilę uciec od
tego, co dzieje się na zewnątrz, nie przejmować się tym. No i są wspaniali
goście.
Czemu ci goście służą? Co panu daje obecność na przykład
Darii ze Śląska?
– Darię zasugerował nam menedżer, pojawiła się na naszych
koncertach unplugged. Zaimponowała mi bardzo, posłuchałem jej płyty, podobała
mi się jej osobność. Nie wpisuje się w schemat, jaki obecnie panuje w muzyce
popowej w Polsce. Wszystko brzmi irytująco podobnie, powiela ten sam schemat,
jeśli tylko przyniesie sukces. Daria potrafi pisać piosenki proste, ale pełne
treści i wiarygodne. To było wspaniałe spotkanie, podobnie jak współpraca z
Hanią Rani. Poczułem radość obcowania z osobą, która dobrze wie, o co jej
chodzi. Była to praca wykraczająca ponad zwykły kontakt zawodowy.
Jak pan mówi, płyty się nie sprzedają. Czy w dobie
muzycznego streamingu, krótkich komunikatów, „Dźwięczność” jest umyślnie
niedzisiejsza?
– Obowiązują – można powiedzieć – dwie formy konsumowania
muzyki. Z jednej strony jednorazowe, długie wydarzenia, jak Męskie Granie czy
inne festiwale, podczas których słuchacz przyswaja muzykę przez jakieś sześć
godzin i w sumie może nabrać poczucia sytości na resztę roku. Ja osobiście tego
nie akceptuję. W dawnych czasach raz do roku niektórzy wybierali się na Jazz
Jamboree, nie mając zielonego pojęcia o tej muzyce. Ale wypadało się tam
pokazać. Poświęcali się więc raz w roku, czuli się lepsi i usatysfakcjonowani.
Teraz jest nieco podobnie. Zanikła przyjemność i zwyczaj spotykania się przy
winie i wspólnego słuchania płyt. Fisz mi mówił, że jeszcze pamięta coś
takiego, ale to w zasadzie zanikło. Muzyki słucha się najczęściej jako
akompaniamentu do porannej krzątaniny, śniadania, jazdy samochodem. Piosenki w
stacjach radiowych mają nie przekraczać trzech minut, muzyka została
sprowadzona do roli „zapychacza”. To się wiąże z systemem pracy, walką na
rynku, utrzymywaniem się w systemie korporacyjnym. Moi sąsiedzi żyją w
rzeczywistości kredytów, spłacania ich, zaharowywania się. W tym świecie
wartość pracy oceniana jest na podstawie ilości polubień czy reakcji
internatutów. Był taki serial „Black Mirror” – żyjemy już w rzeczywistości,
którą nakreślał jeszcze jako fikcję.
Druga strona tego zagadnienia to małe kluby. Jest ich mniej
niż kiedyś, ale wciąż działają, wciąż przyciągają ludzi. Zagraliśmy w takich
miejscach „przedsionek” trasy koncertowej i pomyślałem sobie, że wolałbym
zagrać pięć koncertów w takich klubach niż w jednej wielkiej sali. Na przykład
graliśmy w Ursynowskim Centrum Kultury „Alternatywy”, świetnie się gra w takich
miejscach, jest poczucie interakcji z widownią.
Pojawiają się, choć nieśmiało, ciekawe kapele rockowe.
Dezerter wrócił ze świetną płytą, Trupa Trupa to zespół o coraz większej
światowej renomie, jest Dziwna Wiosna – zespół świetnie grający na żywo. Cały
czas jednak stolicą muzyki pozostaje Londyn. Flea właśnie nagrał solową płytę z
czołówką brytyjskiej sceny jazzowej, zupełnie nie przejmuje się komercyjnym
wymiarem tej płyty. Jest fantastyczny Damon Albarn i jego Gorillaz, jest
Shabaka Hutchings. Rozpadło się niestety Black Midi, jeden z najciekawszych zespołów
ostatnich lat. Może byli zbyt dobrzy. Kiedyś w polskim jazzie często tak
bywało, że to muzycy najlepiej się bawili na scenie. Lepiej niż słuchacze.
Czy problem jazzu w Polsce polegał na niedostatecznym
braniu pod uwagę słuchaczy?
– Nie ma problemu jazzu, ponieważ zawsze – i teraz też –
polski jazz to była marka licząca się bardzo na świecie. Czasem chodziło się na
koncert zespołu, czasem, żeby słuchać konkretnego muzyka, członka zespołu,
gitarzysty czy perkusisty. Natomiast bardzo ważna rzeczą jest dbałość o
słuchaczy, czyli dramaturgia i wizerunek. Dobrze wie o tym Wojtek Mazolewski,
który dba o wizerunek i przekaz.
A rock and roll – czy ma przed sobą jakąś przyszłość?
– Przyzwyczailiśmy się do robienia pieniędzy bez myślenia o
przyszłości. Jeśli coś się sprawdziło, powielano ten schemat, ile wlezie. Były
utalentowane wokalistki, które wszystkie brzmiały dokładnie tak samo, bo
nagrywały w tym samym studiu, u tego samego producenta. Teraz troszkę podobnie
wygląda produkcja utworów popowych i choć mamy wysyp fantastycznych piosenkarek
i piosenkarzy, to sukces tych najzdolniejszych powoduje, że produkcje kolejnych
starają się być podobne, by ich dogonić. A producentów nie jest za wielu i tu
tkwi kłopot. Mamy więc klęskę nadurodzaju, ale daj nam Boże takich klęsk jak
najwięcej. Problem pojawia się wtedy, kiedy ci wykonawcy grają na wszystkich
możliwych imprezach te same utwory w tym samym anturażu i staje się to trochę
monotonne.
Grałem na zagranicznych festiwalach – rockowych i jazzowych –
organizatorzy płacili nam za to, żebyśmy nie grali przed i zaraz po planowanym
koncercie w pobliżu. Umiar wydaje się jedynym sensownym rozwiązaniem.
Pozostawianie uczucia niedosytu zdecydowanie lepiej rokuje niż przesyt.
W ostatnich latach renesans popularności przeżywa płyta
winylowa.
– To oczywiste… Ckni nam się za czymś naturalnym,
trzeszczącym, ludzkim tak naprawdę – jak za domem na wsi. Nadmiar technologii,
spłycenie kontaktów międzyludzkich, ogólna bieżączka zaczynają uwierać. Ja już
nie kupuję kompaktów. Płyty winylowe mają okładkę, zapach, historię.
„Dźwięczność” wygląda pięknie w wydaniu analogowym, ma wspaniałą okładkę
autorstwa Jarosława Koziary. Winyl prowokuje do takich działań. Gdybyśmy mieli
to robić na kompakcie, pewnie nie miałoby to sensu. Szkoda, że ten rynek wciąż
jest jeszcze niewielki.
Czy ułatwiając sobie zdobywanie muzyki, nie pozbawiliśmy
się czegoś ważnego?
– Oczywiście, internet zmienił wszystko, wystarczy kliknąć i
płyta jest zdobyta, kupiona. Lubiłem jeździć do Berlina i łazić po tamtejszych
sklepach płytowych. Ich właściciele byli pasjonatami, prawdziwymi kopalniami
wiedzy o muzyce. Tej starej i tej najnowszej. We Florencji mam taki sklep, był
tam pies właściciela na środku, sprzedawali jazz. Jak się dowiedział, że jestem
z Polski, wykrzyknął: wy to dopiero macie scenę jazzową! Zaczął mówić z
entuzjazmem o Tomku Stańce, Urszuli Dudziak… Duma! W Polsce też są takie
sklepy, tylko trzeba ich poszukać.
Internet zmienił wszystko także pod względem tworzenia i
nagrywania. Mogę zaprosić kogoś do współpracy i nigdy się z nim nie spotkać,
nie muszę już nawet opuszczać mieszkania. Wystarczy, że wymienimy e-maile.
Ta łatwość to sytuacja korzystna czy niekorzystna?
– Niekorzystna, choć przyspiesza cały proces. Miałem to
szczęście, że spotkałem się ze wszystkimi artystami, z którymi chciałem
współpracować. Mieliśmy kontakt osobisty. Grałem z nimi, z Donem Cherrym, Dave’em
Douglasem, Alimem Quasimowem, Esperanzą Spalding, nie mówiąc o czołówce naszej
rodzimej sceny. Kiedyś poznaliśmy w Chicago rapera Antara Jacksona,
przypomnieliśmy sobie o nim teraz i zaprosiliśmy do udziału w nagraniu. Zgodził
się i przysłał swoją ścieżkę, właśnie e-mailem. Ale potem przyjechał, a przy
okazji okazało się, że świetnie śpiewa, o czym nie wiedziałem. Wymiana e-maili
i praca na odległość pozbawiona jest też kluczowej sprawy, czyli interakcji,
wymiany poglądów, wspólnego działania w studiu. Zawsze jestem za spotkaniami,
gdy tylko jest to możliwe.
W Stanach Zjednoczonych powstał raport, z którego
wynikało, że sprzedaż płyt winylowych po raz pierwszy od dekad wyprzedziła
sprzedaż kompaktów. Inna rzecz, że z tego samego badania wynikało, że nie
wszyscy kupujący winyle kupowali też gramofony.
– Z tego co wiem od moich znajomych-muzyków, powróciła także
sprzedaż bardziej organiczna, prowadzona na koncertach. Ja tak sprzedawałem
prawie całe życie, czy to w Osjanie czy w pierwszych latach Voo Voo. Te płyty
stają się niemal czymś w rodzaju programu w teatrze. Mnie to cieszy, jest też
okazja, żeby usiąść na chwilę, podpisać album, porozmawiać z ludźmi.
Dzielę koncerty na widowiska i koncerty. Widowisko to
zdarzenie na stadionie, ogląda się artystów na telebimie, robi się zdjęcie na
pamiątkę, pije się sporo piwa, żeby wytrzymać sześć godzin festiwalowego dnia.
Moim zdaniem człowiek nie przyjmie za jednym podejściem więcej niż trzy godziny
muzyki. Koncert to coś innego, to zdarzenie muzyczne. To zupełnie inny odbiór
muzyki i relacji z ludźmi. Najbardziej lubię grać w małych klubach, ale czasami
trzeba też zagrać na festiwalu. Forma telebimowa zawsze będzie popularna. Jakiś
czas temu chciałem pojechać do Niemiec na koncert Petera Gabriela, zadzwoniłem
do mieszkających w Berlinie znajomych, żeby spytać, czy by nie poszli, a oni
popukali się w głowy: koncert na stadionie? Oszalałeś? Potem sobie pomyślałem,
że w sumie mają rację, co ja bym tam robił? Stał i patrzył na telebim?