niedziela, 14 lipca 2024
Imieniny: PL: Kamili, Kamila, Marcelego| CZ: Karolína
Glos Live
/
Nahoru

Pre-teksty i Kon-teksty Łęckiego: »Gangusy« | 18.06.2024

W jednym z felietonów dla „Głosu” przypomniałem epitety, jakimi określał partie polityczne szacowny klasyk socjologii Max Weber. Tak, „dyletanci” i „złodzieje” to oczywiście bardzo mocne określenia-oskarżenia. Weber komentował nimi partyjno-polityczną sytuację sprzed ponad wieku. 

Ten tekst przeczytasz za 6 min. 45 s
Kadr z filmu „Ojciec chrzestny”. Fot. ARC

Współcześnie, przynajmniej w Polsce, do tamtych, dawnych epitetów zdołano już przywyknąć. W modzie (najnowszej?) zdaje się dzisiaj określanie partii politycznych jako gangów, partyjnych mafii. Przy czym – co znamienne – predylekcje do tego typu stygmatyzacji mają obie strony wojny polsko-polskiej (ostatnio premier Donald Tusk użył nawet określenia „wojna cywilizacji”). Każdy przyzwoity i rozumny człowiek domyśla się oczywiście, która ze stron ma w tym jakże gorącym sporze rację – dlatego właśnie nie ma sensu o tym pisać. Wystarczy, że każdy zajrzy do swojej informacyjnej bańki. I już będzie wszystko wiedział, bo prawda jest tylko jedna.

I
W tym kontekście ciekawe, acz może nie aż tak bardzo zaskakujące, jest to, że filmy o gangsterce i mafii zawsze cieszyły się sporą popularnością. Może nawet większą niż te o dyletantach i złodziejach. Oczywiście, łatwo wskazać filmowe produkcje które łączą dyletantyzm z „gangsterstwem”, jak ma to miejsce w kultowej serii „Gang Olsena”. A złodziejstwo? Też było mafiosom, przynajmniej na początku kariery, nieobce. Wszak Vito Corleone, późniejszy ikoniczny „Ojciec chrzestny”, zaczyna swoją drogę na przestępczej ścieżce od wspólnictwa w... kradzieży dywanu. Nie może jestem jakimś fanatycznym wielbicielem filmów o mafii, ale... Ale pamiętam, że jeszcze jako uczeń podstawówki oglądałem z zapartym tchem serial „Al Capone i inni” i do dzisiaj mam w głowie wykrzywione złem facjaty bohaterów kolejnych odcinków. (Wiele lat później w serialu „Zakazane imperium” pokazano, że przecież posługujący się mafijnymi środkami może mieć twarz i maniery miłego dla tłumu słuchaczy polityka). Niedługo potem, bo jeszcze w latach siedemdziesiątych trafiłem oczywiście na „Ojca chrzestnego”, a potem – to już od przypadku, do przypadku – oglądałem „Człowieka z blizną”, „Dawno temu w Ameryce” i wiele, wiele innych.

II
Także traf sprawił, że oglądnąłem niedawno pierwszy sezon serialu „Shantaram”. Moja żona, Gabrysia, zachwyciła się prawie 800-stronicową powieścią Gregory’ego Davida Robertsa pod tym samym tytułem. Ja do lektury tej książki nie miałem jakoś serca. To, że powieść Robertsa ma charakter autobiograficzny nie zmniejszyło mojej nieufności co do literackich walorów książki. Ba, chyba nawet nieco je zwiększyło. (Każdy ma swoje przesądy i idiosynkrazje). Nie przekonał mnie Marcin Meller tak zachwalający książkę „»Shantaram« to czytelniczy Święty Graal. (...) »Shantaram« to przypadek ciężkiego uzależnienia: jeżeli przeczytasz kilka pierwszych stron, jesteś stracony dla bliskich i pracy na nadchodzący czas”. No cóż, przeczytałem kilka pierwszych stron i... Nic.

 III
Ale usiąść przed telewizorem i zobaczyć filmową adaptację dzieła Robertsa? Ok, dobra. Osadzona w egzotycznych realiach Bombaju (dzisiaj to Mumbaj) akcja rzeczywiście wciąga, gra aktorska też nie spada poniżej przyzwoitego poziomu. (To, że wyprodukowano tylko jeden sezon „Shantarama” to pewnie „zasługa” tego, że serial zobaczyć można nie na Netflixie czy HBO, ale na Apple TV). Niemniej zastanowiło mnie jedno – oto bohaterowie odwołujący się w knajpianych rozmowach do literatury i kina, w tym także „Ojca chrzestnego” – powtarzają schematy sytuacji znane z filmu Coppoli. Ot, starszawy hinduski mafioso, Abd al-Kadir Chan, jakoś tam budzący przecież sympatię telewidzów, pomaga komuś biednemu, kogo pazerny właściciel domu chce eksmitować. Jak widać groza stawienia czoła al-Kadir Chanowi w zupełności wystarcza. Z identyczną sytuacją spotykamy się w „Ojcu chrzestnym”, gdzie wypowiadają najem kobiecie, której pies przeszkadza właścicielowi domostwa. W „Ojcu chrzestnym” scena pomocy mafiosa odegrana jest bardziej filmowo, dramatycznie, ale sens pozostaje taki sam. Efekt jest w obu przypadkach taki sam – do eksmisji nie doszło. Dalej. Zapalnikiem konfliktu, który doprowadzi do niszczącej Bombaj wojny gangów – oprócz naturalnie rozbieżnych interesów różnych gangów, była niechęć „starego Ojca chrzestnego” do rozszerzenia mafijnej działalności na zyski z prostytucji i handlu narkotykami. Do tego zaś dążył, reprezentujący inną mafijną grupę, gangster młodszy, aspirujący do pozycji „Numeru jeden” pozbawiony oporów. Jakich oporów? Abd al-Kadir Chan tak tłumaczył swoją decyzję głównemu bohaterowi książki: „Dla mnie najważniejszą sprawą jest zawartość grzechu w zbrodni. Spytałeś mnie przed chwilą, dlaczego nie zarabiamy na prostytucji i narkotykach, tak jak inne rady, a ja ci odpowiem, że to ze względu na poziom grzechu w tych przestępstwach. To z tego powodu nie zamierzam sprzedawać dzieci, kobiet, pornografii ani narkotyków. Z tego właśnie powodu nie pozwolę, by czyniono to na moim terenie. W tych wszystkich przestępstwach poziom grzechu jest tak wielki, że w zamian za zysk sprzedaje się własną duszę”. W pierwszej części „Ojca chrzestnego” Francisa Forda Coppoli konflikt wewnątrz mafijnych rodzin rozpoczyna się od odmowy Vito Corleone podzielenia się swoimi wpływami w świecie polityki i stróżów prawa dla ochrony handlu narkotykami. Racje don Vito są bardziej pragmatyczne – sądzi, że wchodząc w handel narkotykami straciłby poparcie zaprzyjaźnionych polityków. Oczywiście, gdyby się zgodził, czerpałby z tego zyski, a jednak – odmówił. Czy jakikolwiek polityk odmówiłby politycznych (czy innych...) zysków, bo sposób ich zdobywania jest niezgodny z wyznawanymi przez niego zasadami? Odpowiadam – może i taki by się znalazł, ale na pewno zasadą nie jest dzisiaj „polityk z zasadami”. Jeszcze inna sprawa. Tak się zastanawiam, czy w powtarzalności motywów odbija się socjologiczna matryca, wedle której ludzkie problemy i rozwiązania tych problemów są (a przynajmniej – bywają) jakoś tam podobne? Może tylko okoliczności (czas, miejsce) nadają im różne odcienie? Czy też, po prostu, autor czy scenarzysta „Shantaramu” zapatrzył się w film Francisa Forda Coppoli? Czy życie zaczęło naśladować literaturę, czy „Shantaram” – „Ojca chrzestnego”?

IV
Na fali oglądactwa, która podpowiedziała mi temat tego felietonu oglądam właśnie – pierwszy raz! - film „Ucieczka gangstera” (reż. Sam Peckinpah 1972). Główny bohater Doc McCoy (w tej roli Steve McQueen) ucieka w nim i przed policją, i przed mafią.








Może Cię zainteresować.