Pre-teksty i Kon-teksty Łęckiego: Sen nocy letniej | 04.08.2025
Miałem sen. Miałem sen – nie, nie marzenie, a właśnie: sen.
Podkreślam to wyraźnie, by nie chcieć nawet na ułamek chwili sprawiać wrażenia,
że odwołuję się do słynnej formuły z przemówienia Martina Luthera Kinga (I Have
a Dream).
Ten tekst przeczytasz za 6 min. 30 s
Zdjęcie poglądowe. Fot. Pixabay
I
Jak wiadomo angielskie słowo dream znaczyć może „sen” czy
„marzenie” – decyduje kontekst. Mój sen „nocy letniej” miał charakter, by tak
rzec, akademicki. Otóż śniło mi się, że mam wygłosić uroczysty wykład o tym,
czym jest socjologia, czym jest społeczeństwo. Miałem to zrobić w olbrzymiej
auli uniwersyteckiej starego stylu, tzn. z wielką liczbą rzędów, jeden nad
drugim, gdzie były stare (dębowe?) siedziska. Aula wypełniona po brzegi. Ale
pojawił się pewien mały problem – nie miałem „stichpunktów”, najważniejszych
zapisanych tez, które miałbym w wykładzie rozwijać. Wielcy wykładowcy, tacy
chociażby jak Izajasz Berlin miewali na takiej kartce zapisane tylko dwa słowa
(Rousseau, wolność) i to im wystarczało. Ale – znaj proporcjum mocium panie – mnie
przecież daleko do Berlina, też podobnych punktów miałem zwykle kilka, a nawet
kilkanaście. A w tym śnie tylko dwa słowa – społeczeństwo, socjologia.
Niemniej, cóż było robić, moi „senni”, nieznani mi bliżej, gospodarze
zapraszają na mównicę – zatem: idę i rozpoczynam wykład.
II
Niestety, jak to po przebudzeniu, niewiele ze swojego (sic!)
wykładu pamiętam. Ale początek jednak tak. I to zapamiętałem go na tyle, że w
zasadzie mogę zacytować – „Społeczeństwo nie jest przypadkowym układem
najróżniejszych elementów, jak to bywa w grze w bierki. Niemniej jest jedna
cecha, która je do gry w bierki mocno upodabnia. Otóż, podobnie jak we
wspomnianej grze, członkowie społeczeństwa, ba, całe grupy, warstwy i klasy
społeczne, próbują coś dla siebie wygrać. W grze polega to na podbieraniu i
odrzucaniu którejś z bierek, w nadziei, że nie poruszy to pozostałych, co
oznaczałoby dla niefortunnego gracza porażkę. Poruszenie takiej bierki, czyli w
przypadku społeczeństwa – zmiana jakiegoś fundamentalnego zwyczaju, instytucji,
naruszenie istotnego tabu oznaczałoby podważenie społecznych fundamentów,
innymi słowy - katastrofę. Problem oczywiście w tym – i to jest wspólne dla gry
w bierki i społeczeństwa – że nigdy do końca się nie wie ruszenie czego (której
bierki, którego zwyczaju, której instytucji, którego tabu) nie wolno ruszyć bo
doprowadzi to przegranej gry czy zagłady społeczeństwa. I – jeśli socjologia ma
mieć jakikolwiek sens – to jej intelektualne czy badawcze wysiłki oceniać
trzeba tylko jako mniej czy bardziej udane próby wykreślenia granicy pomiędzy
tym co wolno odrzucić, a tym czego ruszać nie należy”. No cóż, wykład, jak
wykład – tyle z niego zapamiętałem. Wreszcie: sam w czasie, gdy był wygłaszany –
spałem.
III
Socjologia, dzisiaj okrzepła dyscyplina akademicka, powstała
w XIX wieku jako projekt najzupełniej praktyczny. Wstrząs jakim była – nie
tylko przecież dla Francji, ale dla całej Europy – Wielka Rewolucja, która w
lipcu 1789 roku zaczęła się ukazywać w całej swej krasie (czy grozie, jak tam
kto chce), zapoczątkował efekt domina. Cała przedrewolucyjna „mapa społeczna”
zaczyna powoli kruszeć, tracić na znaczeniu. Kiedy Rewolucja Francuska się skończyła?
Pisałem już o tym w tej kolumnie. Nie skończyła się ani z Napoleonem Bonaparte,
ani z Restauracją Burbonów, ani z rewolucją lipcową, ani z Wiosną Ludów, ani z
Komuną Paryską, ani ze sprawą Dreyfussa, ani wreszcie z obiema światowymi
wojnami. Otóż dokładnie w dwieście lat od daty wybuchu francuskiej rewolucji,
wybitny francuski historyk, FrançoisFuret napisał szkic, w
którym zadekretował „prawdziwy koniec rewolucji francuskiej”. Taki też dał mu
tytuł. Że niby dopiero wtedy wystygły spory toczone wokół rewolucji, dopiero
wtedy przestały mieć znaczenie podziały polityczne związane z rewolucją, można
mówić o jej prawdziwym końcu. Przynajmniej co do sporów o Rewolucję Francuską, to
Furet jednak się pomylił. Rozpaliła je na nowo wydana w XXI wieku „Czarna
księga rewolucji francuskiej”, podsumowująca ogrom zbrodni jakie dokonano w
imię witanej z takim entuzjazmem przez całą ówczesną postępową Europę „jutrzenkę
wolności”. No cóż, tacy pisarze polityczni, jak rówieśny czasom Rewolucji
Joseph de Maistre nie mieli złudzeń co do kondycji ludzkiej jej głównych
bohaterów. Pisał on tak: „Ci nader mierni ludzie sprawowali nad winnym narodem
najstraszniejszy despotyzm, o jakim wspomina historia i najpewniej sami byli
najbardziej zdumieni swoją mocą”.
IV
To socjologowie mieli wyrysować nową „mapę społeczną”, taką,
na której rozdzielano by społeczny prestiż, dawało podstawę majątkowym
zróżnicowaniom, legitymizowano by władzę. I – na dodatek – wszystko to miało
wyglądać zupełnie inaczej niż przed Rewolucją. Bo też, jak pisał wspomniany de
Maistre: „Projekt przelania Jeziora Genewskiego do butelek jest o wiele mniej
szalony od projektu przywrócenia rzeczom tego samego miejsca, jakie zajmowały
przed rewolucją”. Kim byli ci pierwsi socjologowie, którzy pojawili się w
początkach XIX wieku, kiedy nikomu jeszcze nie śniło się o uniwersyteckich
katedrach, z których profesorowie tej dyscypliny nauczaliby młodzież akademicką
i służyli trafnymi diagnozami i ekspertyzami społeczeństwu (i władzy, rzecz
jasna)? Znany amerykański przedstawiciel nauki o społeczeństwie Alvin W.
Gouldner nie ma złudzeń – „Nowa socjologia Saint Simona i Comte’a była w
znacznej mierze wytworem marginalnych warstw społecznych, wymierających lub
jeszcze nie w pełni zrodzonych. Uzyskała również poparcie ze strony
naznaczonych piętnem grup społecznych, takich jak Żydzi, oraz osób
napiętnowanych jako jednostki przez chorobę umysłową, małżeństwo z prostytutką,
bankructwo czy nieprawe pochodzenie”. Oj, nie mieli lekko ci prekursorzy
naukowej socjologii.
V
No cóż, na koniec wracam do fragmentu mojego sennego wykładu
– otóż problem, które (które bierki, które zwyczaje, które instytucje, które
tabu) wolno, a których nie wolno ruszyć bo doprowadzi to do przegranej gry w
bierki czy zagłady społeczeństwa pozostaje zaskakująco (i niepokojąco)
aktualne. Wreszcie – jak przekonująco przypominała znakomita amerykańska
eseistka Barbara W. Tuchman: „»Historia nie powtarza się nigdy – powiedział
Voltaire – człowiek powtarza się zawsze «”.
VI
Czyż – nie?
Krzysztof Łęcki