Niezwykła opowieść: Partyzanci w domu Duławów | 14.06.2026
Historia
legendarnego oddziału Armii Krajowej „Strzały” i sprawa Żywocic wciąż porusza
mieszkańców Śląska Cieszyńskiego. W czwartkowe popołudnie sala Książnicy
Cieszyńskiej w Cieszynie wypełniła się po brzegi podczas spotkania
zatytułowanego „Partyzanci z oddziału »Strzały«. przed i po akcji w Żywocicach we
wspomnieniach naocznego świadka”. Gościem wydarzenia była Aurelia Szkutowa z
domu Duława z Trzycieża.
Ten tekst przeczytasz za 5 min. 45 s
Od lewej: Stanisław Krótki, Aurelia Szkutowa i Otylia Toboła. Fot. Beata Schönwald
Rozmowę z
nią prowadziła Otylia Toboła. W drugiej części spotkania o wspomnieniach
swojego ojca Augustyna Krótkiego, zastępcy komendanta oddziału Józefa
Kamińskiego, opowiadał jego syn, urodzony już po wojnie Stanisław Krótki. Znana
dziennikarka zaolziańska przybliżyła najpierw sytuację, jaka panowała na
Zaolziu od momentu wybuchu II wojny światowej do czasu, kiedy utworzony został
oddział AK Józefa Kamińskiego „Strzały”. – Zaolzie tak samo jak Śląski
Cieszyński został zajęty przez Niemców od razu w pierwszym dniu wojny i od razu,
jak na wszystkich okupowanych terenach Polski, miały tu miejsce pierwsze akcje
eksterminacyjne narodu polskiego. Czasem w związku z Żywocicami pojawia się
teza, że gdyby nie było ruchu oporu, nie byłoby ofiar. Jednak tych ofiar, które
nie zginęły z tytułu odwetu, było o wiele więcej – zaznaczyła. Wspomniała
również, że od wiosny 1941 roku do wiosny 1943 roku trwał okres najbardziej
wzmożonej działalności konspiracyjnej na Zaolziu, a później na tej bazie
zostały stworzone struktury wojska podziemnego.
15 marca
1943 roku rozpoczyna się również historii Aurelii Szkutowej. Tego dnia jej
ojciec Karol Duława jechał z workiem zboża do młyna. Po drodze zatrzymał go
niejaki Jaś – później okazało się, że nazywał się Jan Pyka – z prośbą o
udzielenie schronienia na 2-3 dni pewnemu mężczyźnie z Karwiny. Odtąd dom Duławów
stał się partyzancką kwaterą, w której przebywało po 4-5 mężczyzn. Pierwszym z
nich był Alojzy Krótki, a następnie dołączyli do niego jego bracia Augustyn i
Antonin, Erwin Szebesta, Karol Buława, Franciszek Ściskała i Jan Gawlas.
Aurelia
Szkutowa z domu Duława miały wtedy 10 lat. – Chciałam opowiedzieć to, co
zapamiętałam, co widziałam i co słyszałam. Było tak – rozpoczęła swoją opowieść
w Książnicy. – Wracaliśmy ze szkoły do domu z moim bratem Ernestem, a tam
siedział obcy mężczyzna. Wtedy mama powiedziała: „Wiesz Relka, to jest twój
wujek”. A był to Alojzy Krótki (brat
Augustyna i wujek Stanisława Krótkich – przyp. B.S.), ale nie śmiesz nikomu o
tym powiedzieć”. Przed nami z Ernestem starano się wszystko trzymać w
tajemnicy, byśmy się nie wygadali – wspominała. Aurelia była bowiem najmłodszą
z pięciorga dzieci Duławów. Między nią i najstarszym bratem była różnica 17
lat. Rodzina najpierw nie miała podpisanej Volkslisty. Starsi bracia wraz z
ojcem zostali więc zesłani na roboty przymusowe do Niemiec, 16-letnia siostra
Monika pracowała u pobliskiego gospodarza. – Tato musiał ciężko pracować i
prosił mamę, żeby wzięła volkslistę, bo on tego nie przeżyje. Miał ciężką astmę
i problemy żołądkowe. Byliśmy więc wtedy jako „Niemcy” – dodała Aurelia
Szkutowa.
W czasie spotkania
Otylia Toboła ze swoją rozmówczynią wspominały też inne rodziny z okolicy,
które ukrywały partyzantów, jak Frankowie, Miarkowie, Mitrengowie i Biłkowie, a
także przeniesionego z Karwiny do Trzycieża wikarego Jana Cieślara, który przed
Wielkanocą spowiadał partyzantów w domu Duławów.
Najbardziej
znaną i tragiczną w skutkach akcją oddziału AK „Strzały” była ta z 4 na 5
sierpnia 1944 roku w Żywocicach, kiedy w gospodzie Izydora Mokrosza zostali
zastrzeleni gestapowcy Karl Weiss i Fridrich Gawlas – na których notabene przez
Polskie Państwo Podziemne był wydany wyrok skazujący – oraz śmiertelnie
zraniony ich kierowca. Zginęli też sam Mokrosz i partyzant Antoni Krótki. Dzień
później Niemcy zamordowali w odwecie 36 mieszkańców Żywocic i okolicy, a wielu
innych zostało uwięzionych i wywiezionych do obozu.
Do aresztu
trafili w połowie września również Duławowie. – W pewnym momencie z naszego
domu zniknęli partyzanci. Z rozmowy mamy z Moniką wiedziałam, że zamknęli już
jakąś rodzinę z Karwiny i po nas też przyjdą. Oczekiwaliśmy, że to nastąpi lada
dzień. I pewnego dnia to się stało – opowiadała pani Aurelia. Razem z
pozostałymi rodzinami ukrywającymi partyzantów jechali do Cieszyna pociągiem,
potem ulicami miasta prowadzili ich do siedziby Gestapo. Ona z bratem i innymi
dziećmi, które nie miały jeszcze 16 lat, zostali jeszcze tego samego dnia
zwolnieni. Dorośli musieli zostać. Mama z Moniką zostały zwolnione krótko przed
końcem wojny.
W drugiej
części spotkania głos zabrał również Stanisław Krótki. – Jeżeli chodzi o
wspomnienia o moim ojcu, to mam zawsze takie mieszane uczucia, ponieważ ojciec
był pod tym względem bardzo skryty i nie opowiadał o swojej działalności
partyzanckiej w okresie naszego dzieciństwa, ani w późniejszym. Wiele spraw o nim
i naszej rodzinie dowiedziałem się z książki Otylii Toboły „Lutyńskie tango”.
To musiały być dla niego straszne przeżycia, bo zginęło dwóch jego braci. To są
rzeczy, które dzisiaj trudno pojąć – podkreślał.
Ponadto za bezpodstawną i w związku z tym
niezwykle krzywdzącą uznał pojawiającą się obecnie również w Cieszynie
narrację, jakoby oddziały partyzanckie AK wymuszały na ludności cywilnej
jedzenie, zachowując się przy tym jak oddziały bandyckie. – Dlatego jestem tu
dzisiaj, a dokumenty, które
zgromadziłem po ojcu, przekazałem Książnicy Cieszyńskiej – dodał. .
Pod koniec
spotkania wywiązała się żywa dyskusja. Poruszono m.in. kwestię adekwatności
stosowania wobec Żywocic określenia Śląskie Lidice oraz tworzenia nowych
narracji historii II wojny światowej. Uczestnicy pytali też o szczegóły
ukrywania partyzantów.