Gdyby miała
pani porównać swój zespół do konkretnej formacji, byłaby to raczej ekipa
detektywów czy wyspecjalizowana jednostka ds. cyberprzestępczości?
– Jesteśmy
zespołem multidyscyplinarnym. Oprócz specjalistów od technologii cyfrowych mamy
ekspertów od kwerend, którzy potrafią odnaleźć potrzebne dokumenty w różnych
miejscach, w archiwach, muzeach czy zbiorach prywatnych. Są też historycy
sztuki z doskonałą znajomością rynku kolekcjonerskiego i szerokimi kontaktami,
prawnicy oraz osoby odpowiedzialne za działania w terenie, czyli oględziny,
potwierdzanie tożsamości, negocjacje, współpracę ze służbami czy logistykę
związaną ze sprowadzeniem odzyskanych obiektów nieraz z bardzo odległych
zakątków świata czy tzw. obszarów trudnych.
To wszystko
przy stosunkowo niewielkich zasobach kadrowych, co jest wymagające fizycznie i
psychicznie, ale przynosi wymierne efekty – odnajdujemy bardzo dużo obiektów.
Każdy trop wymaga weryfikacji: musimy ustalić, czy obiekt faktycznie istnieje i
czy możemy go namierzyć. Dopiero potem przechodzimy do kolejnych etapów
restytucji, czyli potwierdzenia tożsamości dzieła.
Restytucja
częściej przypomina partię szachów z prawnikami czy dynamiczny thriller, w
którym kluczowe okazują się metody operacyjne wywiadu?
– W
większości przypadków to połączenie partii szachów, filmu sensacyjnego oraz
żmudnej pracy badawczej i urzędniczej. Sukces w tej dziedzinie wymaga
kreatywności, przecierania nowych ścieżek, a przede wszystkim zaangażowania
wielu osób o różnych kompetencjach, które dobieramy w zależności od potrzeb. To
proces niezwykle dynamiczny i tylko w pewnym stopniu przewidywalny – liczba
zmiennych sprawia, że musimy reagować błyskawicznie na każdym etapie.
Jak zatem
wygląda typowy dzień pracy w Departamencie Dziedzictwa Kulturowego MKiDN?
– Zaczynamy
dzień tak jak w każdym innym urzędzie. To, co nas odróżnia, to fakt, że nigdy
nie wiemy, czym ten dzień się skończy. Praktycznie nie zdarza się, abyśmy w
ciągu tygodnia czegoś nie odnaleźli lub nie domykali jakiejś sprawy. Nasza
praca to z jednej strony liczne wyjazdy, delegacje i działania w terenie, z
drugiej – żmudne analizowanie archiwalnych dokumentów. Każdy dzień jest inny,
dlatego osoby, które zaczynają u nas pracę, często zostają z nami na lata. W
tym zawodzie nie ma miejsca na nudę czy rutynę.
Zazwyczaj
to my pierwsi kontaktujemy się z posiadaczami dzieł – zarówno świadomymi
kolekcjonerami, jak i przypadkowymi osobami prywatnymi.
Jak
bardzo algorytmy sztucznej inteligencji, które w sekundy skanują miliony aukcji
od Tokio po Buenos Aires, zmieniły waszą pracę?
– Dzięki
nowym technologiom odnotowujemy lawinowy wzrost liczby obiektów do weryfikacji
i spraw do podjęcia. Jeszcze kilkanaście lat temu większość postępowań
wszczynaliśmy na podstawie sygnałów zewnętrznych – pochodzących od ekspertów
oraz placówek dyplomatycznych. Dziś większość spraw, którymi się zajmujemy, to
efekty naszych własnych poszukiwań w sieci.
Czy zdarza
się, że zgłasza się do was kolekcjoner świadomy, że ma obiekt pochodzący z
grabieży wojennej, i chce się „pozbyć problemu”, gdy zaczyna mu się palić grunt
pod nogami?
– Zdarza się, choć niezbyt często. Zazwyczaj to
my pierwsi kontaktujemy się z posiadaczami dzieł – zarówno świadomymi
kolekcjonerami, jak i przypadkowymi osobami prywatnymi. Bywa i tak, że druga
strona, mając wątpliwości co do pochodzenia posiadanego obiektu, sama stara się
wyjaśnić jego proweniencję.
Najbardziej
jaskrawym i jednym z moich ulubionych przypadków jest historia obrazu „Dzieci w
lesie brzozowym nad fiordem Haiko” fińskiego malarza Alberta Edelfelta. Dzieło
to nie figurowało w polskiej bazie strat wojennych. Gdy posiadacze zwrócili się
do nas z pytaniem o ten obraz, informując, że znaleźli go zwiniętego na strychu
w domu pod Łodzią, odpowiedzieliśmy, że nie mamy o nim informacji. Jednak klasa
dzieła i tajemnicze okoliczności jego odnalezienia skłoniły nas do głębszych
poszukiwań.
Trwały one
mniej więcej pół roku. W końcu otrzymaliśmy kluczowe informacje od jednego z
naszych ekspertów – obraz przed wojną znajdował się w prezydenckiej rezydencji
w Spale. Pierwszym dowodem w tej sprawie było niewyraźne archiwalne zdjęcie
wnętrza pałacu, na którym płótno widniało w tle. Dzięki cyfrowemu porównaniu
fotografii z odnalezionym obiektem zyskaliśmy pewność. Późniejsza dokumentacja
potwierdziła, że obraz został sprowadzony do Polski przez cara Aleksandra i
zdobił jego letnią rezydencję w Spale. Następnie wyjechał do Rosji i wrócił w
wyniku rewindykacji po traktacie ryskim, ponownie znalazł się w Spale, jako
część Państwowych Zbiorów Sztuki, by ostatecznie zaginąć w czasie II wojny
światowej.
A gdyby nie
udało się odnaleźć fotografii? Przy odzyskiwaniu dzieł sztuki zdarza się
państwu grać va banque i negocjować zwrot, opierając się jedynie na poszlakach?
– Oczywiście.
Mamy na koncie kilka sukcesów restytucyjnych, w których jesteśmy absolutnie
pewni tożsamości dzieła, mimo że do dziś nie dysponujemy jego przedwojenną
fotografią. Czasami dowodem staje się charakterystyczny kształt pieczątki lub
fragment nalepki na odwrocie, które powiązane są z konkretną kolekcją. Niekiedy
osoby, które chciały ukryć pochodzenie dzieła, zadają sobie nieco więcej trudu
i próbują usunąć znaki własnościowe w taki sposób, aby nie były widoczne gołym
okiem. Na szczęście na to również są sposoby. Pomocna jest również analiza
twórczości artysty. Sprawdzamy, czy malarz powielał dany motyw, czy stworzył
tylko jedno takie przedstawienie, czy istniały repliki autorskie.
Przykładem
może być piękny obraz Berthy Wegmann zatytułowany „Lato”, który wrócił do nas z
Danii i obecnie znajduje się w Muzeum Narodowym we Wrocławiu. Dzieło powstało
prawdopodobnie podczas pobytu malarki na Dolnym Śląsku. W 1906 r. zakupiło je
Śląskie Towarzystwo Artystyczne i przekazało do zbiorów Śląskiego Muzeum Sztuk
Pięknych we Wrocławiu. Przed 1939 r. płótno wypożyczono do Miejskiej Szkoły
Średniej dla Dziewcząt – być może jako element polityki społecznej III Rzeszy
promującej macierzyństwo.
Zgromadzenie
poszlak i też dowodów, które przekonałyby duńską rodzinę do zwrotu, wymagało
ogromu pracy. Kluczowy okazał się precyzyjny opis w przedwojennym katalogu
muzeum, który figurował w naszej bazie strat wojennych. Szczerze mówiąc,
dawałam tej sprawie niewielkie szanse, a jednak się udało.
Mam
nadzieję, że niedługo będziemy mogli ogłosić odzyskanie kolejnego podobnego
obiektu.
Przebieg
sprawy zależy od wielu czynników. Nie ma dwóch takich samych spraw
restytucyjnych. Zawsze jednak pierwszym krokiem jest spotkanie, rozmowa i
wyjaśnienie historii dzieła
Jakich
argumentów używa się w konfrontacji z kolekcjonerem, który twierdzi, że nabył
dzieło w dobrej wierze, nie znając jego proweniencji? Czy to moment na
paragrafy, czy raczej na apel do sumienia i lekcję historii?
– Dróg do
odzyskania obiektów jest wiele – od prawnych po negocjacyjne. My preferujemy
dialog. Najpierw przedstawiamy wyniki naszych ustaleń, które dla kolekcjonerów
czy przypadkowych posiadaczy często są kompletnym zaskoczeniem. Prezentujemy
dowody potwierdzające tożsamość obiektu oraz fakt, że zaginął on z konkretnych
zbiorów. Następnie wyjaśniamy jego status prawny.
Przebieg
sprawy zależy od wielu czynników. Nie ma dwóch takich samych spraw
restytucyjnych. Zawsze jednak pierwszym krokiem jest spotkanie, rozmowa i
wyjaśnienie historii dzieła, oczywiście o ile jest to możliwe. Najczęściej daje
to pożądane rezultaty, choć negocjacje restytucyjne to szczególny rodzaj
negocjacji – nie jest to biznesowa wymiana „dobro za dobro”. To, co oferujemy w
zamian za zwrot, ma charakter niematerialny. Ważnym elementem negocjacji jest
zrozumienie dla emocjonalnego przywiązania posiadacza do obiektu, który przez
lata był częścią rodzinnej historii, a okazuje się zrabowanym dobrem kultury.
Kilka lat
temu po wielu godzinach negocjacji nasz partner spytał mnie, jak długo
próbujemy. Odpowiedziałam, że do skutku. I to był moment, w którym zapadła
decyzja o zwrocie.
Proces
restytucji nie zakłada odkupowania dzieł sztuki przez państwo?
– Byłoby to
sprzeczne z normami moralnymi i etycznymi. Nie ma zresztą takiej możliwości
prawnej. Zwykle obiekt, chociaż znajduje się w obcych rękach i wielokrotnie
zmieniał właścicieli, w świetle prawa pozostaje własnością Skarbu Państwa. Jako
urzędnicy jesteśmy zobowiązani do dochodzenia tych praw i egzekwowania zwrotu
mienia publicznego.
Które z
odzyskanych w ostatnich latach dzieł było najbliższe „rozpłynięcia się w
niebycie” na czarnym rynku? O ile minut – lub centymetrów – byliśmy od porażki?
– Takie
sytuacje miały miejsce w przypadku niektórych obiektów odzyskanych w ostatnim
czasie, ale ze względu na specyfikę tych działań nie mogę ich wskazać
dokładnie. Inaczej wygląda sytuacja, gdy obiekt znajduje się w zagranicznych
zbiorach muzealnych lub publicznych. Wówczas postępowanie nie jest obarczone
taką presją czasu czy ryzykiem utraty dzieła sztuki – możemy negocjować,
wymieniać argumenty, czekać na decyzje polityczne lub zmianę miejscowego prawa.
Czasami trwa to latami, ale mamy pewność, że dzieło jest odpowiednio
zabezpieczone i nie ma ryzyka, że zniknie. Przykładem jest ubiegłoroczny zwrot
z Niemiec niezwykle cennych dla historii Polski 73 dokumentów krzyżackich z
Archiwum Głównego Akt Dawnych. Pierwsze starania podjęto już w latach 40. XX
w., następnie rozmowy kontynuowano w latach 90., a sfinalizowano je w ubiegłym
roku. Uważam, że to największy sukces restytucyjny Polski po 1990 r.
Duże ryzyko
niepowodzenia istnieje przy aukcjach zagranicznych, w których każdy może wziąć
udział. Jeśli o sprzedaży dowiadujemy się późno i nie mamy wypracowanych
relacji z danym domem aukcyjnym, sytuacja staje się dynamiczna. Na szczęście
wiele podmiotów na światowym rynku sztuki ma swoje standardy i doświadczenia
współpracy z nami. Wiemy, jakie są procedury i czego może się spodziewać
zarówno dom aukcyjny, jak i osoba wystawiająca poszukiwane dzieło sztuki na
sprzedaż. Jeżeli dysponujemy odpowiednią dokumentacją, zwykle szybko udaje nam
się doprowadzić do wycofania obiektu z licytacji. Wyjątkiem są sytuacje, kiedy
niedoświadczony antykwariusz nie decyduje się na współpracę i np. doradza
osobie wystawiającej odebranie lub nawet ukrycie obiektu. To dla nas największe
ryzyko i moment, w którym musimy zaangażować krajowe lub zagraniczne służby,
aby zabezpieczyć obiekt. Zwykle sprawa przybiera wówczas inny obrót.