wtorek, 27 lutego 2024
Imieniny: PL: Gagrieli, Liwii, Leonarda| CZ: Alexandr
Glos Live
/
Nahoru

Twierdza Zaolzie | 15.04.2019

Refleksjami ze swojego pierwszego spotkania z Zaolziem dzieli się Tomasz Grzywaczewski, podróżnik i reportażysta, który w ostatnim tygodniu bawił na Śląsku Cieszyńskim, zbierając materiały do swojej nowej książki. 

Ten tekst przeczytasz za 6 min. 15 s
Fot. jot
 
Pracuje pan nad kolejną publikacją, w której będzie mowa o Zaolziu. Ale nie tylko o Zaolziu.
– Piszę teraz książkę o granicach II Rzeczypospolitej. Podróżuję tymi granicami, zbieram opowieści i chcę stworzyć reportaż. Trochę historyczny, o tym co było kiedyś, ale przede wszystkim o tym, co jest dzisiaj, jak współcześnie wygląda to dawne pogranicze. Jeden z rozdziałów będzie poświęcony Zaolziu, chociaż ta granica była tu raptem jedenaście miesięcy. Ale jest to region przede wszystkim niesamowicie skomplikowany. Już przyjeżdżając tutaj miałem takie poczucie – choćby po lekturze pana książki – że jest to temat trudny. Kiedy jednak przyjechałem tutaj, to widzę, że to jest temat cholernie trudny. I region ten nie był szeroko opisywany, w odróżnieniu od Kresów Wschodnich.

Bo to i nostalgia, i fakt, że mieszka tam więcej Polaków niż na Zaolziu… 
– Na Zaolziu ta grupa jest dużo mniejsza, ale nieprawdopodobnie zwarta, aktywna społecznie. I polskość została tutaj przechowana w formule niezmienionej od stuleci. Zaczynam odnosić wrażenie, że tutaj Polacy są bardziej polscy, niż na Kresach.

To czytelnicy się ucieszą za te słowa. A czego się pan tutaj dowiedział?
– Ja się czuję trochę przytłoczony w tym sensie, że to był niespełna tydzień, więc bardzo mało czasu, a ogromna ilość złożoności tej problematyki. Chociażby, że ta tożsamość polska gdzieś ulega erozji, bo Polaków ubywa, że dochodziło tutaj – zacytuję pana redaktora – do „aksamitnej bohemizacji”, co się przewijało w rozmowach z różnymi ludźmi. Że paradoksalnie polskość była silniejsza w momencie, kiedy była jakoś tam tłamszona, a kiedy przestała być tłamszona, to nagle się okazało, że to przywiązanie może nie jest aż tak silne, ale że trochę łatwiej jest być oportunistą, innymi słowy poddawać się pewnej wygodzie życia. No bo wiadomo – mieszkasz w tych Czechach, zaczynają cię otaczać Czesi, łatwiej być może momentami posłać dziecko do szkoły czeskiej (o ile nie ma tak świetnej szkoły polskiej jak w Gródku). Oczywiście też kwestia małżeństw mieszanych, które są coraz częstsze. Choć uderzyło mnie w jednej z rozmów, jak ktoś opowiadał o swoim synu, który ma Czeszkę i pytam, czy to źle. „Pewnie, że źle! Jak ma być dobrze?! U nas wśród dziewczyn to nie ma takiego dna jak wśród Czeszek”. I dla starszego pokolenia, to jeszcze takie właśnie kwestie były istotne, żeby chronić się wewnątrz grupy. Choć jak powiedział jeden z innych rozmówców, to doprowadziło między innymi do jakiejś takiej klaustrofobicznej społeczności, która jest coraz bardziej zamknięta, to taki „chów wsobny”. I przywoływał przykład swojego znajomego, który na pytanie, dlaczego jest z Czeszką, odpowiedział pół żartem pół serio: „żeby uniknąć kazirodztwa”; więc trochę trzeba świeżej krwi, świeżej puli genów.

Smakowity cytacik do książki…
– Ale ostatnia scena, która na pewno do niej wejdzie, to niesamowicie poruszająca ludzka historia – opowieść o przestrzelonej Biblii. Pewien starszy pan z Bystrzycy pokazał mi Biblię swojego ojca, który będąc żołnierzem w c.k. armii, w 1917 roku podczas walk gdzieś na Ukrainie został postrzelony przez Rosjan. Szli we dwóch, szedł z oficerem, który został trafiony w głowę i zginął na miejscu, a on został trafiony w pierś, padł i stracił przytomność. Kiedy się ocknął, okazało się, że wokół niego leżało morze trupów, bo po strzelaninie doszło jeszcze do bitwy na bagnety. A jego uratowało to, że kula utkwiła w Nowym Testamencie trzymanym na piersi. Ta Biblia ocaliła w zasadzie dwóch ludzi. Bo ocaliła ojca i ocaliła jego syna, bo przecież by się nie narodził. I nie tylko syna! Ocaliła kolejne pokolenia. Ale co jeszcze jest ciekawe, że pan Siwy przedstawił jakiś kompletny misz-masz tej kultury. Bo mówił po czesku, identyfikuje się jako Ślonzok i opowiadał mi co tu robili – bo to dla niego było straszne – Polacy w 1938. On miał wtedy siedem lat i pamięta jako dziecko, że były bojówki, że zaczęto bić sąsiadów Czechów, że komuś tam wybito szybę, innemu spalono stodołę. On to pamięta, że gdzieś wtedy zaczęła buzować ta nienawiść polsko-czeska. Ale on jest Ślonzok, jak jego ojciec, matka była Czeszka, natomiast jego wnuki generalnie mówią po polsku i identyfikują się jako Polacy.

Ciekawa historia i rzekłbym, że jak na Zaolzie niezbyt typowa. A jak z tym konfliktem teraz?
– Ci, z którymi się spotkałem, przyznali w rozmowach, że dzisiaj właściwie tego konfliktu polsko-czeskiego na poziomie międzyludzkim nie ma, choć – bo też słyszałem takie sformułowanie – gdzieś głęboko w ludziach to jest. I że póki jest dobrze, to jest dobrze, bo mamy pokój, dosyć dobrze żyjemy. Ale jak zaczęłoby się robić źle, to znowu gdzieś ta wzajemna niechęć, te animozje mogłyby wypłynąć na powierzchnię i wybuchnąć. Oczywiście trudno mi powiedzieć, czy tak jest, ale nigdzie się nie spotkałem z tym, że „Czesi nas tutaj gnębią”. Ja tu nie widziałem atmosfery oblężonej twierdzy, a jeżeli już, to twierdzy, która po prostu odpuściła i nawet nie jest łupiona. Teraz każdy może wybrać, po której stronie murów zamkowych się znajdzie.
 
Rozmawiał Jarosław jot-Drużycki

 
Tomasz Grzywaczewski (ur. 1986) – z wykształcenia prawnik, z zamiłowania podróżnik, z zawodu dziennikarz. Jest autorem kilku książek m.in. „Przez dziki Wschód” i „Życie i śmierć na Drodze Umarłych”. W zeszłym roku ukazał się zbiór jego zbiór reportaży o tworach parapaństwowych na obszarze postsowieckim pt. „Granice marzeń. O państwach nieuznawanych”, na podstawie którego powstał film dokumentalny „Cienie Imperium” (premiera lato 2019). Jest też pomysłodawcą Long Walk PLUS Expedition, czyli wyprawy z Syberii do Indii śladami polskich uciekinierów Gułagu.


Może Cię zainteresować.