Na
spotkaniu autorskim w Ostrawie powiedziała pani tak: „Wyjechałam do Polski,
zakochałam się w języku polskim i zaczęłam robić tłumaczenia”. Czy dla pani
była wtedy Polska obcym krajem?
– Studiując
bohemistykę na Uniwersytecie Karola w Ostrawie, wzięłam drugi kierunek – studia
środkowoeuropejskie, a jako język profilowy wybrałam polski. Pochodzę z
Wysoczyzny i do tej pory nie miałam z nim żadnego kontaktu. Pierwszy semestr na
polonistyce był więc moim pierwszym realnym spotkaniem z tym językiem i, jak
się okazało, wbrew moim wcześniejszym przypuszczeniom nauka języka polskiego
wcale nie była taka łatwa. Kiedy po pierwszym roku nadarzyła się okazja
wyjechania na Letnią Szkołę Slawistyczną do Krakowa, postanowiłam z niej skorzystać.
Prócz tego złożyłam wniosek o wyjazd na Erasmus, w efekcie czego zostałam w
Krakowie jeszcze przez cały semestr. Zamiast realizować program dla
obcokrajowców, udało mi się uzyskać zgodę wydziału na udział w zwykłych
zajęciach polonistycznych, na które uczęszczali polscy studenci. To był ogromny
plus i wielka korzyść.
Tak
duża, że zaczęła pani tłumaczyć z polskiego na czeski?
– Po
powrocie do Pragi jako przedmiot fakultatywny wybrałam seminarium
translatorskie, w ramach którego na różnych rodzajach tekstów próbowaliśmy
robić tłumaczenia. To mnie wciągnęło. Za pośrednictwem naszej prowadzącej
nawiązałam współpracę z Instytutem Polskim w Pradze, zaczęłam tłumaczyć
reportaże literackie, a z biegiem czasu również dokumenty prawne i instrukcje
techniczne. Aż wreszcie w pewnym momencie pojawiła się propozycje z wydawnictwa
– najpierw dotycząca tekstu fachowego, który ukazał się w formie książkowej, a
później z zakresu literatury pięknej.
Jeśli
dobrze kojarzę, pojawiła się też pierwsza nagroda…
– To
była nominacja do prestiżowej nagrody w zakresie literatury dziecięcej pn. „Zlatá
stuha” (Złota Wstęga) za tłumaczenie książki „Brud. Cuchnąca historia higieny” Piotra
Sochy i Moniki Utnik-Strugały. Co prawda swojej nominacji nie przekułam w
nagrodę, jednak do dziś traktuję to jako duże wyróżnienie.
Na
festiwalu w odniesieniu do języka polskiego użyła pani określenia „zakochałam
się”. Czym panią zachwyciła polska mowa?
– Na
języku polskim fascynuje mnie to, że na pozór jest podobny do języka czeskiego,
odzwierciedla podobny klimat, a jednocześnie jest na tyle inny, by uzmysłowić
nam, że mamy do czynienia z językiem obcym. W czasie mojego pobytu w
Krakowie uczyłam się go zarówno z lektury dzieł literackich, jak i z życia
codziennego. Wielu polskich autorów czytałam w oryginale. Miłość do języka
polskiego zawdzięczam książkom Wiesława Myśliwskiego, które urzekły mnie
piękną, poetycką polszczyzną.
Poetycki,
metaforyczny język cechuje również pani twórczość. Czy już od dziecka miała
pani świadomość, że umiejętne posługiwanie się słowem jest pani mocną stroną?
– Z
jednej strony tak, choć z drugiej przez wiele lat nie uświadamiałam sobie, że w
tej materii posiadam coś więcej niż przeciętny człowiek. Od dziecka bardzo dużo
czytałam, wręcz pochłaniałam książki i razem z nimi chłonęłam również
język. Sięgałam po różne gatunki, obcowałam z różnym stylem pisania. A potem,
będąc na bohemistyce, spędziłam lata na czytaniu starych archaicznych tekstów,
ale też tekstów zupełnie nowych, eksperymentalnych. To wszystko pozostawiło we
mnie ślad. Podobnie zresztą jak autorzy, których, żeby móc tłumaczyć, najpierw
musiałam przyswoić sobie ich styl. Myślę, że to wszystko odegrało w moim
pisaniu jakąś rolę, chociaż pierwotnie wcale nie miałam planów literackich. Po
urodzeniu dzieci postanowiłam opisać historię moich dziadków, ot tak, dla
siebie i być może dla mojej najbliższej rodziny. Myśl, że mogłaby powstać z
tego powieść, pojawiła się dopiero po dwu latach. Po siedmiu książka ujrzała
światło dzienne.
Miłość do języka polskiego zawdzięczam książkom Wiesława Myśliwskiego, które urzekły mnie piękną, poetycką polszczyzną
Pani
debiut literacki „Zpěv tichých dní” (Śpiew cichych dni) to trudna, ale też
bardzo smutna historia pani babci i jej rodziny żyjącej na pograniczu
czesko-niemieckim. Jakiego okresu ona dotyczy?
– Ta
książka powstała na podstawie rzeczywistych wydarzeń, które postanowiłam bardzo
wiernie opisać. To opowieść o stratach – zarówno tych historycznych,
rodzinnych, jak i osobistych, rozgrywających się w głębi duszy. Główną
bohaterką jest moja babcia Jiřina. Akcja książki rozpoczyna się w 1937 roku,
kiedy ma niespełna dziesięć lat, a kończy się inwazją wojsk radzieckich w
sierpniu 1968 roku. Jest to okres wielu przełomowych wydarzeń, takich jak
okupacja niemiecka, wysiedlanie Niemców, upaństwowienie, wywłaszczenie,
przejęcie władzy przez komunistów oraz reforma walutowa. Te wydarzenia dotykają
osobiście również bohaterów książki, członków mojej rodziny. Jiřina zostaje
zesłana na roboty przymusowe do domu niemieckiej pani profesor, jej wujek Karl
jest zmuszony po wojnie opuścić Czechosłowację.
Jako
mieszkanka polsko-czeskiego pogranicza, Polka żyjącą od urodzenia w RC, zwróciłam
uwagę na wątek tożsamości narodowej. Jaką rolę odgrywała ona w życiu pani
rodziny?
– W
szerszym kontekście historyczno-społecznym problemy, które powstawały w tym
czasie na tle narodowościowym, były o wiele mocniej zarysowane, niż miało to
miejsce w naszej rodzinie. Tak wynika to z relacji moich przodków, którzy
zawierali czesko-niemieckie małżeństwa. W mieszanym związku urodziła się
również moja babcia Jiřina. Jej matka Mariechen była Niemką, ojciec Czechem.
Kiedy wyszła za niego, przyjęła czeską narodowość, która była dla niej
logicznym wyborem na zasadzie „mam męża Czecha, będziemy wychowywać czeskie
dzieci”. Jej brat – co było tym bardziej logiczne – pozostał Niemcem. Spowodowało
to jednak, że w pewnym historycznym momencie, chcąc nie chcąc, ocknęli się na
dwóch różnych stronach barykady, choć w wymiarze ludzkim nigdy nie przestały
ich łączyć bliskie relacje i więzi krwi. Były jednak momenty, kiedy
uświadamiali sobie, że sytuacja polityczna zmusza ich do tego, by jasno się
opowiedzieć, na której stoją stronie. Tak było w czasie wojny, jak i po jej
zakończeniu, kiedy rozpoczęły się deportacje. Czeska część mojej rodziny zawsze
jednak utrzymywała, że wysiedlenie Niemców było najbardziej naturalnym
zwieńczeniem sytuacji powojennej w Sudetach. Ten krok państwa czechosłowackiego
zawsze rozumiała.
To opowieść o stratach – zarówno tych historycznych, rodzinnych, jak i osobistych, rozgrywających się w głębi duszy
Nawet
pomimo tego, że rodzeństwo musiało się na zawsze rozstać?
–
Oni doskonale rozumieli, że po wojnie w wyzwolonej Czechosłowacji nie było
miejsca dla Niemców i że pozostanie na tych terenach nie byłoby dla nich
bezpieczne. Nigdy jednak nie mogli pogodzić się z żywiołowym, brutalnym wysiedlaniem,
które miało miejsce zaraz po wojnie. Wujek babci Karl, widząc, jak sprawy się
mają, ostatecznie sam zdecydował się opuścić Czechosłowację. Wtedy nikt nie
mógł przewidzieć, że będzie to krok nieodwracalny, bo w 1948 roku przejmą
władzę komuniści, a Niemcy zostaną podzielone na strefy wpływów.
Mnie zaskakuje jednak, że w tych relacjach
rodzinnych nie znajduję poczucia wzajemnej krzywdy, pretensji, ba, oskarżeń wynikających
z tego, że ktoś był Niemcem i w czasie II wojny światowej miał lepiej, a ktoś
Czechem, skazanym na poniewierkę.
– Muszę
przyznać, że wcześniej nikt z czytelników nie zwrócił na to uwagi. Ale
rzeczywiście było tak, że ten ogromny historyczny konflikt nie przełożył się na
stosunki wewnątrz naszej rodziny. Być może wynikało to stąd, że zarówno czeska,
jak i niemiecka jej część traktowała poczynania Hitlera jako bezprawie. Choć z
drugiej strony – czego też nie można pominąć – Karl jako urzędnik gminny w jakiś
sposób współpracował z Niemcami, lawirując między tym, na co może sobie jeszcze
pozwolić, nie chcąc szkodzić Czechom, a na co już nie.
Kiedy
w ostatnim rozdziale, w sierpniu 1968 roku rosyjscy żołnierze wpadają do domu
Jiřiny, ona nie przyznaje się, że zna niemiecki, bo przecież „porządni ludzie
tak nie mówią”. Taka była ówczesna oficjalna narracja?
– W
tym momencie, o którym pani wspomniała, Jiřina wypiera się swojej drugiej,
niemieckiej tożsamości. Zwłaszcza w latach 50. ub. wieku moi dziadkowie żyjący
na pograniczu czesko-niemieckim nie mieli łatwego życia. Wielu mieszkańców,
wiedząc, że część rodziny babci była niemiecka, spoglądali na nich przez palce.
Woleli nie zadawać się z nimi, bo „cóż to za ludzie”. Problem ten potęgował
jeszcze fakt, że dziadkowie nie zgadzali się z ówczesnym komunistycznym reżimem.
Czeska część mojej rodziny zawsze jednak utrzymywała, że wysiedlenie Niemców było najbardziej naturalnym zwieńczeniem sytuacji powojennej w Sudetach
Czy
po tych wszystkich dramatycznych wydarzeniach, po upływie tylu lat i pokoleń
odnajduje pani w sobie jakieś okruchy niemieckiej tożsamości swoich przodków?
– Moim
pierwszym językiem obcym w szkole podstawowej i średniej był zawsze niemiecki. Wielu
ludzi uważa, że jest twardy i brzydki. Mi natomiast wydaje się bardzo naturalny
i logiczny zarazem. Być może należy to częściowo przypisać mojemu zamiłowaniu
do matematyki i analitycznemu umysłowi, choć prawda jest taka, że język
niemiecki i kultura niemiecka zawsze mnie pociągały. No i jest też jeszcze
jeden „paradoks”. Kiedy wyruszam na północ w kierunku Litomierzyc, zawsze odnoszę
wrażenie, że wracam do domu. Nigdy tam nie mieszkałam – urodziłam się i
wyrastałam na Wysoczyźnie, po studiach zostałam w Pradze. Pomimo to Třebenice,
gdzie mieszkali moi dziadkowie, postrzegam jako mój dom rodzinny. Jenčice, Košťálov,
to moja mała ojczyzna.