sobota, 18 kwietnia 2026
Imieniny: PL: Apoloniusza, Bogusławy, Gościsławy| CZ: Valérie
Glos Live
/
Nahoru

Kiedy wyruszam na północ, wracam do domu | 06.04.2026

Marcelę Bramborową spotkałam na tegorocznych Targach Książki w Ostrawie. Opowiadała na nich o swoim debiucie literackim opartym na rzeczywistej historii swojej rodziny na czesko-niemieckim pograniczu. Kiedy wspomniała o swojej fascynacji Polską, wiedziałam, że mamy wiele wspólnych tematów. Umówiłyśmy się na rozmowę.

Ten tekst przeczytasz za 10 min. 30 s
Marcela Bramborowa podpisuje swoją książką na festiwalu w Ostrawie. Fot. Beata Schönwald

Na spotkaniu autorskim w Ostrawie powiedziała pani tak: „Wyjechałam do Polski, zakochałam się w języku polskim i zaczęłam robić tłumaczenia”. Czy dla pani była wtedy Polska obcym krajem?
– Studiując bohemistykę na Uniwersytecie Karola w Ostrawie, wzięłam drugi kierunek – studia środkowoeuropejskie, a jako język profilowy wybrałam polski. Pochodzę z Wysoczyzny i do tej pory nie miałam z nim żadnego kontaktu. Pierwszy semestr na polonistyce był więc moim pierwszym realnym spotkaniem z tym językiem i, jak się okazało, wbrew moim wcześniejszym przypuszczeniom nauka języka polskiego wcale nie była taka łatwa. Kiedy po pierwszym roku nadarzyła się okazja wyjechania na Letnią Szkołę Slawistyczną do Krakowa, postanowiłam z niej skorzystać. Prócz tego złożyłam wniosek o wyjazd na Erasmus, w efekcie czego zostałam w Krakowie jeszcze przez cały semestr. Zamiast realizować program dla obcokrajowców, udało mi się uzyskać zgodę wydziału na udział w zwykłych zajęciach polonistycznych, na które uczęszczali polscy studenci. To był ogromny plus i wielka korzyść.

Tak duża, że zaczęła pani tłumaczyć z polskiego na czeski?
– Po powrocie do Pragi jako przedmiot fakultatywny wybrałam seminarium translatorskie, w ramach którego na różnych rodzajach tekstów próbowaliśmy robić tłumaczenia. To mnie wciągnęło. Za pośrednictwem naszej prowadzącej nawiązałam współpracę z Instytutem Polskim w Pradze, zaczęłam tłumaczyć reportaże literackie, a z biegiem czasu również dokumenty prawne i instrukcje techniczne. Aż wreszcie w pewnym momencie pojawiła się propozycje z wydawnictwa – najpierw dotycząca tekstu fachowego, który ukazał się w formie książkowej, a później z zakresu literatury pięknej.

Jeśli dobrze kojarzę, pojawiła się też pierwsza nagroda…
– To była nominacja do prestiżowej nagrody w zakresie literatury dziecięcej pn. „Zlatá stuha” (Złota Wstęga) za tłumaczenie książki „Brud. Cuchnąca historia higieny” Piotra Sochy i Moniki Utnik-Strugały. Co prawda swojej nominacji nie przekułam w nagrodę, jednak do dziś traktuję to jako duże wyróżnienie.

Na festiwalu w odniesieniu do języka polskiego użyła pani określenia „zakochałam się”. Czym panią zachwyciła polska mowa?
– Na języku polskim fascynuje mnie to, że na pozór jest podobny do języka czeskiego, odzwierciedla podobny klimat, a jednocześnie jest na tyle inny, by uzmysłowić nam, że mamy do czynienia z językiem obcym. W czasie mojego pobytu w Krakowie uczyłam się go zarówno z lektury dzieł literackich, jak i z życia codziennego. Wielu polskich autorów czytałam w oryginale. Miłość do języka polskiego zawdzięczam książkom Wiesława Myśliwskiego, które urzekły mnie piękną, poetycką polszczyzną.

Poetycki, metaforyczny język cechuje również pani twórczość. Czy już od dziecka miała pani świadomość, że umiejętne posługiwanie się słowem jest pani mocną stroną?
– Z jednej strony tak, choć z drugiej przez wiele lat nie uświadamiałam sobie, że w tej materii posiadam coś więcej niż przeciętny człowiek. Od dziecka bardzo dużo czytałam, wręcz pochłaniałam książki i razem z nimi chłonęłam również język. Sięgałam po różne gatunki, obcowałam z różnym stylem pisania. A potem, będąc na bohemistyce, spędziłam lata na czytaniu starych archaicznych tekstów, ale też tekstów zupełnie nowych, eksperymentalnych. To wszystko pozostawiło we mnie ślad. Podobnie zresztą jak autorzy, których, żeby móc tłumaczyć, najpierw musiałam przyswoić sobie ich styl. Myślę, że to wszystko odegrało w moim pisaniu jakąś rolę, chociaż pierwotnie wcale nie miałam planów literackich. Po urodzeniu dzieci postanowiłam opisać historię moich dziadków, ot tak, dla siebie i być może dla mojej najbliższej rodziny. Myśl, że mogłaby powstać z tego powieść, pojawiła się dopiero po dwu latach. Po siedmiu książka ujrzała światło dzienne.
Miłość do języka polskiego zawdzięczam książkom Wiesława Myśliwskiego, które urzekły mnie piękną, poetycką polszczyzną 
Pani debiut literacki „Zpěv tichých dní” (Śpiew cichych dni) to trudna, ale też bardzo smutna historia pani babci i jej rodziny żyjącej na pograniczu czesko-niemieckim. Jakiego okresu ona dotyczy?
– Ta książka powstała na podstawie rzeczywistych wydarzeń, które postanowiłam bardzo wiernie opisać. To opowieść o stratach – zarówno tych historycznych, rodzinnych, jak i osobistych, rozgrywających się w głębi duszy. Główną bohaterką jest moja babcia Jiřina. Akcja książki rozpoczyna się w 1937 roku, kiedy ma niespełna dziesięć lat, a kończy się inwazją wojsk radzieckich w sierpniu 1968 roku. Jest to okres wielu przełomowych wydarzeń, takich jak okupacja niemiecka, wysiedlanie Niemców, upaństwowienie, wywłaszczenie, przejęcie władzy przez komunistów oraz reforma walutowa. Te wydarzenia dotykają osobiście również bohaterów książki, członków mojej rodziny. Jiřina zostaje zesłana na roboty przymusowe do domu niemieckiej pani profesor, jej wujek Karl jest zmuszony po wojnie opuścić Czechosłowację.

Jako mieszkanka polsko-czeskiego pogranicza, Polka żyjącą od urodzenia w RC, zwróciłam uwagę na wątek tożsamości narodowej. Jaką rolę odgrywała ona w życiu pani rodziny?
– W szerszym kontekście historyczno-społecznym problemy, które powstawały w tym czasie na tle narodowościowym, były o wiele mocniej zarysowane, niż miało to miejsce w naszej rodzinie. Tak wynika to z relacji moich przodków, którzy zawierali czesko-niemieckie małżeństwa. W mieszanym związku urodziła się również moja babcia Jiřina. Jej matka Mariechen była Niemką, ojciec Czechem. Kiedy wyszła za niego, przyjęła czeską narodowość, która była dla niej logicznym wyborem na zasadzie „mam męża Czecha, będziemy wychowywać czeskie dzieci”. Jej brat – co było tym bardziej logiczne – pozostał Niemcem. Spowodowało to jednak, że w pewnym historycznym momencie, chcąc nie chcąc, ocknęli się na dwóch różnych stronach barykady, choć w wymiarze ludzkim nigdy nie przestały ich łączyć bliskie relacje i więzi krwi. Były jednak momenty, kiedy uświadamiali sobie, że sytuacja polityczna zmusza ich do tego, by jasno się opowiedzieć, na której stoją stronie. Tak było w czasie wojny, jak i po jej zakończeniu, kiedy rozpoczęły się deportacje. Czeska część mojej rodziny zawsze jednak utrzymywała, że wysiedlenie Niemców było najbardziej naturalnym zwieńczeniem sytuacji powojennej w Sudetach. Ten krok państwa czechosłowackiego zawsze rozumiała.
To opowieść o stratach – zarówno tych historycznych, rodzinnych, jak i osobistych, rozgrywających się w głębi duszy
Nawet pomimo tego, że rodzeństwo musiało się na zawsze rozstać?
– Oni doskonale rozumieli, że po wojnie w wyzwolonej Czechosłowacji nie było miejsca dla Niemców i że pozostanie na tych terenach nie byłoby dla nich bezpieczne. Nigdy jednak nie mogli pogodzić się z żywiołowym, brutalnym wysiedlaniem, które miało miejsce zaraz po wojnie. Wujek babci Karl, widząc, jak sprawy się mają, ostatecznie sam zdecydował się opuścić Czechosłowację. Wtedy nikt nie mógł przewidzieć, że będzie to krok nieodwracalny, bo w 1948 roku przejmą władzę komuniści, a Niemcy zostaną podzielone na strefy wpływów. 

Mnie zaskakuje jednak, że w tych relacjach rodzinnych nie znajduję poczucia wzajemnej krzywdy, pretensji, ba, oskarżeń wynikających z tego, że ktoś był Niemcem i w czasie II wojny światowej miał lepiej, a ktoś Czechem, skazanym na poniewierkę.
– Muszę przyznać, że wcześniej nikt z czytelników nie zwrócił na to uwagi. Ale rzeczywiście było tak, że ten ogromny historyczny konflikt nie przełożył się na stosunki wewnątrz naszej rodziny. Być może wynikało to stąd, że zarówno czeska, jak i niemiecka jej część traktowała poczynania Hitlera jako bezprawie. Choć z drugiej strony – czego też nie można pominąć – Karl jako urzędnik gminny w jakiś sposób współpracował z Niemcami, lawirując między tym, na co może sobie jeszcze pozwolić, nie chcąc szkodzić Czechom, a na co już nie.

Kiedy w ostatnim rozdziale, w sierpniu 1968 roku rosyjscy żołnierze wpadają do domu Jiřiny, ona nie przyznaje się, że zna niemiecki, bo przecież „porządni ludzie tak nie mówią”. Taka była ówczesna oficjalna narracja?
– W tym momencie, o którym pani wspomniała, Jiřina wypiera się swojej drugiej, niemieckiej tożsamości. Zwłaszcza w latach 50. ub. wieku moi dziadkowie żyjący na pograniczu czesko-niemieckim nie mieli łatwego życia. Wielu mieszkańców, wiedząc, że część rodziny babci była niemiecka, spoglądali na nich przez palce. Woleli nie zadawać się z nimi, bo „cóż to za ludzie”. Problem ten potęgował jeszcze fakt, że dziadkowie nie zgadzali się z ówczesnym komunistycznym reżimem.
Czeska część mojej rodziny zawsze jednak utrzymywała, że wysiedlenie Niemców było najbardziej naturalnym zwieńczeniem sytuacji powojennej w Sudetach 
Czy po tych wszystkich dramatycznych wydarzeniach, po upływie tylu lat i pokoleń odnajduje pani w sobie jakieś okruchy niemieckiej tożsamości swoich przodków?
– Moim pierwszym językiem obcym w szkole podstawowej i średniej był zawsze niemiecki. Wielu ludzi uważa, że jest twardy i brzydki. Mi natomiast wydaje się bardzo naturalny i logiczny zarazem. Być może należy to częściowo przypisać mojemu zamiłowaniu do matematyki i analitycznemu umysłowi, choć prawda jest taka, że język niemiecki i kultura niemiecka zawsze mnie pociągały. No i jest też jeszcze jeden „paradoks”. Kiedy wyruszam na północ w kierunku Litomierzyc, zawsze odnoszę wrażenie, że wracam do domu. Nigdy tam nie mieszkałam – urodziłam się i wyrastałam na Wysoczyźnie, po studiach zostałam w Pradze. Pomimo to Třebenice, gdzie mieszkali moi dziadkowie, postrzegam jako mój dom rodzinny. Jenčice, Košťálov, to moja mała ojczyzna.



Może Cię zainteresować.