Pop Art: Recenzja albumu „Dźwięczność” grupy Voo Voo | 15.04.2026
Nagrali już tyle pięknych płyt, że kolejna, równie piękna
jak poprzedniczki, wcale nie dziwi. Mnie na pewno. Zespół Voo Voo obecny na
polskiej scenie muzycznej od 1985 roku, 27 marca zameldował się z nowym albumem
studyjnym „Dźwięczność”. Znów w doskonałej formie.
Voo Voo swoją muzyką łagodzi obyczaje. Fot. mat. prasowe
Aby policzyć cały dorobek płytowy Voo Voo, potrzebne są
palce rąk aż trzech osób i mowa wyłącznie o wydawnictwach studyjnych. Albumy
koncertowe, kompilacje wymagają zaangażowania dłoni kolejnych chętnych do tej
kulturalno-matematycznej wyliczanki. Dla mnie niezmiernie istotnym aspektem
twórczości Wojciecha Waglewskiego i spółki jest fakt, że artystyczną płodność
nigdy nie złożyli w ofierze tandety czy pretensjonalności. Również najnowszy
krążek wpisuje się w klimat przemyślanej, ponadczasowej muzyki, ubranej w
typowe dla tego zespołu eklektyczne szaty.
„Ktoś ci musi pomóc wokół, podać choć palca koniec, zanim
pogrążysz się w mroku, nim utoniesz” – śpiewa Waglewski w otwierającym krążek
jazzującym temacie „Bujam się”. Tytuł tej spokojnej, zadumanej piosenki
idealnie współgra z warstwą muzyczną, naprawdę szybko można odnieść wrażenie,
że bujamy się gdzieś na statku zapętleni we własnych myślach. Buja się z nami
do rytmu zarówno klimatyczna gitara Waglewskiego, jak też reszta sekcji Voo
Voo. Wspaniały klimat tworzy w tym utworze m.in. grający na jazzowym luzie perkusista
Michał Bryndal.
Parciem na bramkę wyróżnia się z kolei ukryty pod numerem 2
rockowy kawałek „W niebycie”, pełen dynamicznych zmian w warstwie aranżacyjnej
i, jak przystało na Voo Voo, ubrany w słowa zmuszające do głębszej refleksji. „A
wiesz, że na przykład jerzyki spędzają w locie życie całe, śpią, jedzą i
kochają się w locie i mnie by się też tak podobało”… Na taki refren trzeba po
prostu w życiu zasłużyć.
Ten album posiada wiele lirycznych, skąpanych w miłosnym
uniesieniu przystanków. „Na moment”, z gościnnym udziałem Darii ze Śląska,
korzysta pełnymi garściami z lubianego przez Voo Voo jazzu, bluesa, nawet bossa
novy. Niczym krople deszczu stukające o parapet okna brzmią klawisze
fortepianu, będące akustycznym wstępem do tego pięknego tematu. A pośród tej
urody Waglewski w swoim typowym, oszczędnym stylu śpiewa o miłości i
przemijaniu. „Czasem coś, co widać z daleka, i słychać raczej mało, ma w sobie
to, na co zawsze czekasz, a dotąd umykało” – pięknie, nieprawdaż?
Mateusz Pospieszalski, bez którego Voo Voo straciłoby
eklektyczny sznyt, a także dźwięczność, jaką potrafi stworzyć tylko saksofon,
kreśli frapującą solówkę w czwartym temacie na płycie, ponadsześciominutowym
eposie „Czekam”. Od połowy „Czekam” zamienia się w instrumentalną jazdę i aż
boję się pomyśleć, co wymyślą muzycy na potrzeby koncertów, które w ich
przypadku bywają skrojone jeszcze odważniej, niż płyty. Myślę, że z tych 6
minut i 20 sekund Voo Voo stworzy na żywo kolejne swoje koncertowe arcydzieło.
Voo Voo i muzyka świata? Jak najbardziej. W afrykańskiej
wokalizie „Dina ta”, autorstwa Pospieszalskiego, cały kompletowany czterdzieści
lat muzyczny sprzęt Voo Voo zamienia się wyłącznie w tło dla mantry refrenu
zapożyczonej gdzieś z Czarnego Lądu. Z podróży do Afryki wracamy natomiast na
skrzydłach hardrockowego utworu „Jestem”, w którym główną rolę grają podłączone
ponownie do prądu gitary Wojtka Waglewskiego i Karima Martusewicza.
Samodzielny akapit tej recenzji chcę poświęcić najpiękniejszemu
fragmentowi płyty, tytułowemu tematowi „Dźwięczność”. „Jakim się dźwiękiem
tobie oddźwięczyć mam, za tak wiele dobrego? Gdy Bóg błaznom darował świat, a
ten grzeszy wciąż w imię jego” – pyta na wstępie Waglewski. Te słowa
przeszywają na starcie swoją aktualnością, a dalej robi się po prostu cudownie
muzycznie. Operowego głosu użyczyła tej kompozycji Samitra Suwannarit, jej
partia wokalna zabiera bluesową inwokację w rejony zarezerwowane dla muzyki
klasycznej. Skojarzenia z twórczością Zbigniewa Preisnera nie będą przesadzone,
ale to bynajmniej nie zarzut z mojej strony, wręcz przeciwnie. W tym utworze
Waglewski skroił dla siebie kolejną frapującą solówkę gitarową, zagraną z
bluesowym feelingiem i z techniką nastawioną nie na efekt, ale czułość.
W jednym z radiowych wywiadów Wojciech Waglewski zahaczył o
wątek powolnego zmierzchu swej kariery. Obchodzący niebawem 73. urodziny lider
Voo Voo rozbudził w fanach lęki egzystencjalne, bo a nuż „Dźwięczność” będzie
ostatnim albumem w dyskografii grupy? Mam nadzieję, że te pogłoski okażą się
bezpodstawne. Takiej formy, jak na tym albumie, szkoda byłoby zmarnować na
karmienie gołębi w parku.