poniedziałek, 15 kwietnia 2024
Imieniny: PL: Adolfiny, Odetty, Wacława| CZ: Anastázie
Glos Live
/
Nahoru

Pop Art 198 z Hynkiem Čermákiem | 04.09.2016

W szkołach rozpoczęło się właśnie wkuwanie, ale sezon w Pop Arcie płynie swoim tradycyjnym, spokojnym tempem. Dla skołatanych nerwów proponujemy najnowszą płytę brytyjskiej grupy The Pineapple Thief, uwadze fanów seriali kryminalnych nie powinna umknąć ostatnia produkcja Czeskiej Telewizji, serial „Rapl” reżysera Jana Pachla.

Ten tekst przeczytasz za 6 min. 45 s
W Sudetach większość policjantów nosi brody. Fot. ARC

 

SZKLANA RECENZJA

RAPL (RC, 2016)

Reżyser Jan Pachl nie powtórzy już pewnie swojego „wejścia smoka”, przełomowego dla czeskiej produkcji serialowej „Cyrku Bukowskiego” (Cirkus Bukowski). W tym tygodniu zameldował się w poniedziałkowej ramówce ČT1 z nowym produktem – serialem „Rapl”, w którym ponownie dał szerokie pole do popisu swojemu ulubionemu aktorowi – Hynkowi Čermákowi. W serialu „Rapl” Čermák znów wcielił się w postać gliny z „Cyrku Bukowskiego” – detektywa Kuneša. Na tym jednak kończy się podobieństwo z poprzednim serialem. Tym razem mamy do czynienia z ortodoksyjnym formatem serialu kryminalnego, w którym każdy odcinek dotyczy jednej, konkretnej zbrodni. Jan Pachl często chwali się na łamach prasy, że uwielbia skandynawskie kryminały. Ja też, ale pierwszy odcinek „Rapla” utwierdził mnie raczej w przekonaniu, że będziemy mieli do czynienia z nowym Majorem Zemanem przystosowanym do potrzeb nowoczesnego widza. Zeman bredził z ekranu w duchu socrealizmu, Kuneš z kolei zachowuje się jak typowy sfrustrowany czeski policjant z pensją grubo poniżej średniej krajowej.

Akcja toczy się w Sudetach, a konkretnie w Krusznych Górach, gdzie Kuneš trafia za karę, po tym, jak po raz kolejny nie utrzymał nerwów na wodzy. Sudety ponownie posłużyły za wdzięczne miejsce do uwypuklenia stereotypów i osobiście cieszę się, że oglądamy w serialu właśnie Sudety, a nie nasz Śląsk Cieszyński. Nie muszę bowiem ze zgrozą czekać na polskich przemytników papierosów albo ciężarówki z półprzytomnymi kurczakami, nie daj Boże na polskiego sprzedawcę telefonów komórkowych. Pierwszy odcinek, w którym do sedna sprawy doszedłem wcześniej niż główny bohater, rozczarował. Dialogi w pierwszym odcinku trącą też poniekąd myszką. Niestety twórcy serialu nie ustrzegli się klasycznych narcystycznych błędów w rodzaju niepotrzebnej promocji filmów z udziałem Hynka Čermáka na plakatach czy też dla mnie niezrozumiałej promocji papierosów, którymi truje się główny bohater od pierwszej do ostatniej minuty. W zatrzęsieniu telewizyjnej sieczki serial „Rapl” broni się przynajmniej dobrym warsztatem technicznym. Kamerzyści wiedzą, że nawet najpiękniejsze, zapierające dech w piersiach pejzaże Krusznych Gór nie zastąpią bezpośredniego kontaktu z bohaterami. Zastrzeżeń nie budzi też nagłośnienie dialogów, szkoda tylko, że już w pierwszej odsłonie akcja raczej kulała. Zobaczymy, czy był to tylko wypadek przy pracy.

MUZYCZNA RECENZJA

 

THE PINEAPPLE THIEF – Your Wilderness (W. Brytania, 2016)

Wrzesień wprawdzie nie kojarzy się raczej z melancholią, bo depresje przychodzą zazwyczaj dopiero w listopadzie, niemniej jeśli ktoś lubi muzykę rockową okraszoną atmosferycznym graniem spod pióra takich artystów, jak Steven Wilson czy nawet Radiohead, z najnowszą płytą brytyjskiej grupy The Pineapple Thief nie popełni błędu.

Uważam nawet, że to pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów rocka progresywnego, który w ostatnich dwóch dekadach doznał pięknej metamorfozy. Z samouwielbienia objawiającego się istną manią pisania długich, często ponad dwudziestominutowyc suit muzycznych, gatunek ten przerodził się w coś, co w skrócie można scharakteryzować mianem „najlepszej ewolucji od czasów Darwina”. Formacja The Pineapple Thief na rynku muzycznym działa od siedemnastu lat. Zaczynała się właśnie od „grania dla samego grania”, ale stopniowo obrała kierunek, z którym zawojowali świat inni znani Brytyjczycy – Porcupine Tree. A zwłaszcza lider „Jeżozwierza”, multiinstrumentalista Steven Wilson, którego ostatnie albumy solowe posłużyły muzykom Pineapple Thief za światło z latarni morskiej. The Pineapple Thief charakteryzuje jednak znacznie większy nacisk na lżejsze, nierzadko popowe aranżacje, co nie pogarsza końcowego efektu. Tej płyty słucha się świetnie od początku do końca. Sugeruję nawet, by wgłębiać się w tajniki albumu „Your Wilderness” zgodnie z zaleceniami wokalisty i lidera Bruce´a Soorda, który w jednym z wywiadów zaznaczył, że chodzi o album koncepcyjny. Czyli swoistą książkę, której też nie można zacząć czytać od połowy albo końca.

Tematem przewodnim „Your Wilderness” są zakamarki dzieciństwa. Słowa, które nie zostały wypowiedziane, pocałunki, które unosiły się w powietrzu, by prysnąć niczym bańka mydlana. Pomysł z zwyciskaniem łez za sprawą wspomnień z młodości, z którym już w latach 80. święciła sukces ikona art rocka, brytyjska grupa Marillion, sprawdza się doskonale również w 2016 roku. Znacznie ciekawsza od nieco pretensjonalnej warstwy tekstowej jest jednak sama muzyka. Początek płyty unosi się w art rockowym duchu, ale w zwolnionym tempie. „In Exile” kręci nasze uszy fajnym, atmosferycznym graniem, a zaraz potem mamy pierwszą z wielu spokojnych, balladycznych kompozycji – „No Man´s Land”. Spokój, który emanuje z tych utworów, rozbija tylko fantastyczna, nerwowa perkusja Gavina Harrisona znanego z Porcupine Tree. Jeśli coś wybija się na pierwszy plan całego albumu, to nie jest nim lekko obyczajowy wokal Bruce´a Soorda, a właśnie „gary” Harrisona. Dokładne, jak japońskie pociągi, ale z emocjami godnymi jazzowego mistrza. Popis nietuzinkowych możliwości Harrisona, który z powodu śmierci klinicznej grupy Porcupine Tree chętnie korzysta z zaproszenia innych, spokrewnionych stylistycznie artystów, najmocniej słychać w dziesięciominutowym opusie „The Final Thing On My Mind”. Kobiety twierdzą, że długość nie ma znaczenia, ale w przypadku art rockowego grania właśnie ten element decyduje o jakości. Można przez dziesięć minut łomotać bez ładu i składu albo też stworzyć arcydzieło. W przypadku „The Final Thing On My Mind” słuchamy może nie arcydzieła, ale zgrabnie skrojonej kompozycji trzymającej się kupy, z ciekawymi momentami – dla mnie liczy się głównie finał z oryginalnie zaaranżowanymi efektami symfonicznymi.

Do magii starych płyt Pink Floyd czy wspomnianych w recenzji mistrzów z Porcupine Tree temu albumowi trochę brakuje. „Your Wilderness” niemniej nie zgubi się w tegorocznej ofercie muzycznej, ba, co więcej – uważam, że Brytyjczycy nagrali swoją najlepszą płytę w karierze. A to już o czymś świadczy.

Cały Pop Art nr. 198 w sobotnim, drukowanym wydaniu gazety. 

 

 



Może Cię zainteresować.