Każdy
dodatkowy metr ziemi za ogrodzeniem był jak średniowieczna fosa, która miała za
zadanie stworzyć bezpieczną przystań dla rezydentów. Pamiętam, jak ojciec
Karola malował poszczególne przęsła – średnio co trzy lata. Dbał o płot i o posiadłość,
by kolejne pokolenia miały zapewniony dach nad głową. Niestety betonowe
fundamenty pod płotem nie były wystarczająco głębokie, gdyż niektóre fragmenty
odznaczają się dziś charakterystyczną krzywizną; krzywizną czasu. Nie ma w tym
nic dziwnego. Lekko zniszczone ogrodzenie jest piękne. Tak samo jak człowiek,
który z wiekiem staje się dziełem sztuki; pięknem samym w sobie.
***
Czasami mam
wrażenie, że dom Karola jest niewidoczny. Pomimo iż znajduje się przy jedynej
ulicy na wsi, która prowadzi do dworca kolejowego, mało kto zwraca uwagę na dom
Karola. Dwa lata temu wiatr przewrócił starą jabłoń. Owoce zapewne były
delicją. Owoce starych drzew smakują inaczej; one mówią. Często są czymś więcej
niż zestawem witamin i różnorodnością smaków – są nośnikiem wspomnień i smakiem
wczorajszych dni. Tego drzewa już nie ma. W ogrodzie został fragment pnia.
Korzenie zapewne pamiętają zapach farby, którą ojciec Karola zabezpieczał płot
przed deszczem, śniegiem i mrozem.
Karol
mieszkał na górze. W jednym pokoju z widokiem na ulicę. Życie wsi w jednym
oknie bez firanki i zasłon. Czasami stał w tym oknie. Rozświetlony fragment
domu niczym aureola wokół człowieka naznaczonego życiem. Karol kurczowo trzymał
się klamki i patrzył w dół. Znał ludzi, ich zwyczaje, godziny wyjścia do pracy
i powroty. Często, gdy wracałem ze spaceru z psem, machał do mnie witając się
serdecznie bez słów, a jednak słyszałem, jak mówi: – Witej…
– Cześć… odpowiadałem,
wiedząc, że nie słyszy. Podnosiłem rękę na znak, że widzę. Mój pies nie
widział, ale ciągnął jak wół, by podejść pod samą furtkę, na pierwszą betonową
płytę. Był tam zapach człowieka i jego psa.
Na ulicy, na
tej co prowadzi do dworca kolejowego, Karol zawsze pochylił głowę, zagadał do
mojego psa z czułością: – Cześć tygrysie, jak się masz?
***
Pies zawsze
merdał ogonem, lecz zajęty zapachami ulicy udawał, że nie widzi Karola.
Wszystko zmieniło się, gdy Karol spacerował o kulach. Mijały dni, tygodnie,
miesiące. Dodatkowe nogi pomagały Karolowi wyjść z domu. Pod tym względem był
uparty. Wychodził regularnie i żadna pogoda nie stanowiła dla niego przeszkody.
Jestem biegaczem i staram się nie zwracać uwagi na pogodę, ale są chwile, gdy
zwyczajnie – nawet psa bym nie wypuścił. Dla Karola nie było złej
pogody. Karol idący o kulach był wyjątkowo intersujący dla mojego psa. Taki
obraz to coś nowego. Interakcja jest inna, a wszystko, co inne świadczy o
zmiennej tego świata. Karol wyglądał mistycznie, gdy wyłaniał się zza
horyzontu. W chwili, gdy ja wyruszałem spod domu, on wracał i schodził z góry. Wyglądał
wtedy jak anioł na płótnie, a za jego plecami cały świat w życzeniach dobrej
nocy.
Czasami
Karol potrzebował pomocy. Raz pomagałem przenieść do piwnicy ciężką skrzynię z
narzędziami. Innym razem worki z węglem. Latem kosił trawę, która przerosła
wszelkie oczekiwania. Kiedyś jego rodzice hodowali owce, a nad garażem gołębie
odnalazły bezpieczną przestrzeń do życia. Tata Karola od święta wyjeżdżał szarą
ładą… rzadko, ale pamiętam jak powoli cofał, by nie zniszczyć trawnika. W
ogrodzie nie ma kostki brukowej. Wyjazd auta w złych warunkach skutkował
tworzeniem kolein. Dziś na podjeździe są nowe samochody i głębokie koleiny na
całej długości ogrodu.
***
Rozmowa z
Karolem nigdy nie trwała długo. Szybka wymiana zdań po sąsiedzku. Nocne rozmowy
prowadził kiedyś mój tata, przyjaciel Karola. Byłem wtedy dzieckiem i niewiele
mogłem zrozumieć; niewiele chciałem. Gdy tata pożegnał się ze mną i z całym światem,
Karol stał się bliższy. Po sąsiedzku rozmowa kleiła się bardziej.
Wracając
pewnego wieczoru spotkałem Karola pod furtką własnego domu. Siedząc opierał się
łopatkami o żelazne fragmenty płotu. Było zimno.
– Dobry
wieczór sąsiedzie, nie trzeba pomóc? Co się stało? – zapytałem.
– Hej
sąsiedzie, zgubiłem klucze – mówił.
– Nie ma
sprawy. Daj mi chwilę, znajdziemy. Przytrzymaj mi psa, a ja się rozejrzę –
stwierdziłem.
– Dziynka –
powiedział Karol.
Tyle emocji
w tym jednym słowie. Zawsze mnie zastanawia taka postawa człowieka w potrzebie.
Sama chęć pomocy jest więcej warta niż efekt tejże pomocy. W tym przypadku była
to konieczność. Trudno sobie wyobrazić noc spędzoną na progu własnego domu bez
możliwości otwarcia drzwi.
– Dziynka –
powtórzył Karol, spoglądając w ciemność drzew przed domem.
Klucze
znalezione. Tę noc Karol spędził we własnym łóżku.
***
Kilka dni
temu Karol siedząc na progu domu wypuścił psa. Podciągnął kolana pod brodę.
Oparł się o futrynę. Siedział niczym Van Gogh. Spoglądał przed siebie w znaną
przestrzeń tworząc całość wieczornego pejzażu. Pies wydawał się być szczęśliwy.
Biegał bez żadnych ograniczeń. Psy natychmiast podeszły pod wykrzywiony płot…
rozmawiały. Ja też rozmawiałem z Karolem. I chociaż nic konkretnego nie
mieliśmy do powiedzenia, nasza rozmowa była serdeczna; ostatnia wymiana zdań,
ostatni uśmiech, ostatnie westchnienie.
***
Gdy patrzę w
oczy mojego psa, przypomina mi się tamto spotkanie na progu domu. Obraz
mężczyzny, który odpoczywa po całym dniu życia. Z drugiej strony ogrodu obraz
psa wypełnionego energią ruchu i chęcią poznania sąsiada. Oczy psa nie kłamią… tęsknią
za swoim Chrystusem wierząc, że kiedyś wróci.