_-_transp.png)
Pamiętacie czasy, kiedy akcje charytatywne oglądaliśmy tylko w zachodnich serialach o życiu ludzi z wyższych sfer? Młodzi chyba nie bardzo, ale czytelnicy w wieku 45+ na pewno tak.
Przed 1990 rokiem chyba jedyną oficjalną formą „dobroczynności” (celowo ujęłam to słowo w cudzysłów) był w Czechosłowacji Fundusz Pokoju i Solidarności Frontu Narodowego. O wykorzystaniu środków gromadzonych w tym funduszu obywatele niewiele wiedzieli, krążyły więc różne mniej lub bardziej sprawdzone informacje na ten temat. Fundusz miał wspierać państwa trzeciego świata, oczywiście te, które współpracowały z blokiem socjalistycznym. Prawdopodobnie kupowano za nie m.in. broń.
Może właśnie dlatego, że wychowałam się jeszcze w czasach „obowiązkowo dobrowolnych” datków na wspomniany Fundusz Solidarności, niezmiennie zachwyca mnie każda nowatorska akcja o podłożu dobroczynnym. To tłumaczy, dlaczego w piątkowym „Głosie” ukaże się mój artykuł o młodych mężczyznach z naszego regionu, którzy postanowili połączyć pieszą wyprawę z zachodniego krańca kraju na jego wschód, a wszystko po to, żeby nagłośnić sytuację ciężko chorego dziecka.
Część osób patrzy na dobroczynność niezbyt przychylnym okiem. Przekonują, że „za komunistów” nie trzeba było zbierać pieniędzy na chore dzieci i ludzi na wózkach inwalidzkich, bo wszystkie ich potrzeby zabezpieczało państwo. Argument – zdawałoby się – nie do obalenia. Ale tylko pozornie. Państwo zapewniało opiekę, ale też izolację niepełnosprawnych od reszty społeczeństwa w zamkniętych zakładach opiekuńczych. Ale jak wyglądały warunki ich życia, jaki był wachlarz możliwości rehabilitacyjnych, edukacyjnych i innych? Dzisiaj jest o wiele szerszy, choć faktem jest, że za wiele rzeczy niepełnosprawni lub ich rodzice muszą słono płacić. I dlatego solidarność i dobroczynność mają sens.