środa, 8 lipca 2026
Imieniny: PL: Arnolda, Edgara, Elżbiety| CZ: Nora
Glos Live
/
Nahoru

Kalafiory dla Kornela | 14.07.2019

Przychodziło się do niego jak do mistrza, który miał czas dla początkujących literatów. Powściągliwy, dowcipny, ale nie hałaśliwy – ironizujący, ale nie złośliwy. Życzliwy. Jerzy Pilch mówił, że był jedynym człowiekiem, któremu zdecydował się podsunąć do oceny swoje pierwsze utwory.

Ten tekst przeczytasz za 3 min. 30 s

Wysoki i postawny, królował w pokoju wśród setek książek. Otwierał drzwi, zapalał papierosa, zapadał w swoim fotelu, na którego oparciu łaził kot, i pytał:

– Coś tam przyniósł?

– Opowiadanie.

– Wieleż ma stron?

– Dwanaście.

– Piękny rozmiar – komplementował, zaciągając się głęboko.

Bogusław Chrabota w niedawno wydanej książce „Gitara i inne demony młodości” opowiedział o nim w podobnym tonie. Kornel Filipowicz czytał, oceniał i doradzał, a Bogusław pomagał mu sortować papiery i był posłańcem. Z nieco zakurzonego mieszkania mistrza wędrował z przesyłką do mieszkania Wisławy Szymborskiej. A ona tam królowała w swojej kuchni, „z iskierkami przekory w oczach”, czasem ciocia Klocia, czasem wielka dama. Kobieca – zmienna. Niezmienne za to było jej uczucie do Kornela Filipowicza. Wieloletnie. Podziw i miłość. I troska. Więc Bogusław niósł z jej domu do domu kochanego przez nią mężczyzny bułki, kalafiora, ziemniaki, pomidory albo... napisany właśnie wiersz.

 

***

 

Znów siadał w fotelu, zapadał się w nim, kot z oparcia zerkał na kartkę, na której Wisława zapisała wiersz. Kornel Filipowicz czytał. I kiedy któraś strofa poruszyła go szczególnie, notował coś, oceniał, komentował. I Bogusław znów szedł z notatkami do Wisławy. Nikt jeszcze wówczas nawet nie wróżył jej Nagrody Nobla, a ona także wówczas, kiedy go dostała, uważała, że to Kornel jest godzien wszystkich literackich nagród świata. Nobla przede wszystkim. Już nie żył, kiedy odbierała medal i dyplom.

Pytano ją o wszystko, także o miłość. I choć powściągliwie i bez egzaltacji, to jednak przyznała:

– Byliśmy ze sobą dwadzieścia trzy lata. Nie mieszkaliśmy razem. Nie przeszkadzaliśmy sobie. Byliśmy końmi, które cwałują obok siebie…

 

***

 

Zakochani w sobie literaci. Jakie to piękne i jakie trudne zarazem. A jednak o nich mówiono, że nawet wtedy, kiedy stali do siebie plecami, patrzyli sobie prosto w oczy. Uczucie przyszło, kiedy byli już dojrzałymi ludźmi. Kochali się do śmierci.

A Kornel kochał Cieszyn, więc i Wisława uznała to miasto za szczególne. Bo w czasach szarzyzny PRL-u miało swoją barwę. Było inne.

– Dlaczego? – zapytała.

– Bo tutaj ludzie częściej, niż gdzie indziej patrzą sobie w oczy.

Kiedy dzieliła ich odległość, wysyłali do siebie listy. Powściągliwe, liryczne, dowcipne. 2 listopada 1967 roku Kornel pisał z Cieszyna – miasta powiatowego: „18000 mieszkańców, w tym 9831 kobiet – reszta mężczyźni (jak dzieci). Ludność zajmuje się uprawą ogródków działkowych i hodowlą kur (oraz dzieci)”.

W post scriptum numer jeden doniósł, że z tą „981-szą pije właśnie kawę i wspomina dawne dobre czasy”. W post scriptum numer dwa wyznał – „śniłaś mi się!”.

A ona pisała:

– Najlepiej w życiu ma Twój kot, bo jest przy Tobie…

A kiedy Kornel umarł, opowiedziała w jednym ze swoich najpiękniejszych i najbardziej znanych wierszy o kocie w pustym mieszkaniu. Nie łkała ani nie rozdzierała szat. Była poetycko powściągliwa i wyciszona. Napisała o Kornelu, który był i był, a potem nagle zniknął i uporczywie go nie ma.

I nigdy już nie pojechała do tych miejsc, w których razem spędzali wakacje.

„Przyjmuję do wiadomości,

że – tak jakbyś żył jeszcze –

 brzeg pewnego jeziora

pozostał piękny jaki był...”.



Może Cię zainteresować.