_-_transp.png)
Przychodziło się do niego jak do mistrza, który miał czas dla początkujących literatów. Powściągliwy, dowcipny, ale nie hałaśliwy – ironizujący, ale nie złośliwy. Życzliwy. Jerzy Pilch mówił, że był jedynym człowiekiem, któremu zdecydował się podsunąć do oceny swoje pierwsze utwory.
Wysoki i postawny, królował w pokoju wśród setek książek. Otwierał drzwi, zapalał papierosa, zapadał w swoim fotelu, na którego oparciu łaził kot, i pytał:
– Coś tam przyniósł?
– Opowiadanie.
– Wieleż ma stron?
– Dwanaście.
– Piękny rozmiar – komplementował, zaciągając się głęboko.
Bogusław Chrabota w niedawno wydanej książce „Gitara i inne demony młodości” opowiedział o nim w podobnym tonie. Kornel Filipowicz czytał, oceniał i doradzał, a Bogusław pomagał mu sortować papiery i był posłańcem. Z nieco zakurzonego mieszkania mistrza wędrował z przesyłką do mieszkania Wisławy Szymborskiej. A ona tam królowała w swojej kuchni, „z iskierkami przekory w oczach”, czasem ciocia Klocia, czasem wielka dama. Kobieca – zmienna. Niezmienne za to było jej uczucie do Kornela Filipowicza. Wieloletnie. Podziw i miłość. I troska. Więc Bogusław niósł z jej domu do domu kochanego przez nią mężczyzny bułki, kalafiora, ziemniaki, pomidory albo... napisany właśnie wiersz.
***
Znów siadał w fotelu, zapadał się w nim, kot z oparcia zerkał na kartkę, na której Wisława zapisała wiersz. Kornel Filipowicz czytał. I kiedy któraś strofa poruszyła go szczególnie, notował coś, oceniał, komentował. I Bogusław znów szedł z notatkami do Wisławy. Nikt jeszcze wówczas nawet nie wróżył jej Nagrody Nobla, a ona także wówczas, kiedy go dostała, uważała, że to Kornel jest godzien wszystkich literackich nagród świata. Nobla przede wszystkim. Już nie żył, kiedy odbierała medal i dyplom.
Pytano ją o wszystko, także o miłość. I choć powściągliwie i bez egzaltacji, to jednak przyznała:
– Byliśmy ze sobą dwadzieścia trzy lata. Nie mieszkaliśmy razem. Nie przeszkadzaliśmy sobie. Byliśmy końmi, które cwałują obok siebie…
***
Zakochani w sobie literaci. Jakie to piękne i jakie trudne zarazem. A jednak o nich mówiono, że nawet wtedy, kiedy stali do siebie plecami, patrzyli sobie prosto w oczy. Uczucie przyszło, kiedy byli już dojrzałymi ludźmi. Kochali się do śmierci.
A Kornel kochał Cieszyn, więc i Wisława uznała to miasto za szczególne. Bo w czasach szarzyzny PRL-u miało swoją barwę. Było inne.
– Dlaczego? – zapytała.
– Bo tutaj ludzie częściej, niż gdzie indziej patrzą sobie w oczy.
Kiedy dzieliła ich odległość, wysyłali do siebie listy. Powściągliwe, liryczne, dowcipne. 2 listopada 1967 roku Kornel pisał z Cieszyna – miasta powiatowego: „18000 mieszkańców, w tym 9831 kobiet – reszta mężczyźni (jak dzieci). Ludność zajmuje się uprawą ogródków działkowych i hodowlą kur (oraz dzieci)”.
W post scriptum numer jeden doniósł, że z tą „981-szą pije właśnie kawę i wspomina dawne dobre czasy”. W post scriptum numer dwa wyznał – „śniłaś mi się!”.
A ona pisała:
– Najlepiej w życiu ma Twój kot, bo jest przy Tobie…
A kiedy Kornel umarł, opowiedziała w jednym ze swoich najpiękniejszych i najbardziej znanych wierszy o kocie w pustym mieszkaniu. Nie łkała ani nie rozdzierała szat. Była poetycko powściągliwa i wyciszona. Napisała o Kornelu, który był i był, a potem nagle zniknął i uporczywie go nie ma.
I nigdy już nie pojechała do tych miejsc, w których razem spędzali wakacje.
„Przyjmuję do wiadomości,
że – tak jakbyś żył jeszcze –
brzeg pewnego jeziora
pozostał piękny jaki był...”.