_-_transp.png)
Ten felieton miałem napisać już jakiś czas temu. Mniej więcej w połowie stycznia, kiedy beskidzkie pola i łąki biły po oczach zielenią, jedynie tam, gdzie człowiek był w stanie przechytrzyć przyrodę, używając sytemu sztucznego zaśnieżania, pojawiła się wyczekiwana biel. Powstrzymałem się chwilę, czekając na naturalny opad białego puchu. Doczekałem się.
Wziąłem dzieci na spacer i cierpliwie zacząłem im wyjaśniać, że te białe okruszynki, które spadają z nieba, to śnieg. Mówiłem, że kiedy spadnie go więcej, można wyciągnąć sanki – drewniane na płozach albo coraz bardziej ostatnio popularne plastikowe. Ze śniegu można, tłumaczyłem dalej, ulepić bałwana. Na koniec poradziłem im, żeby dobrze sobie zapamiętali białą pierzynę, bo za chwilę może jej nie być. Niestety, miałem rację.
Za chwilę śnieg będziemy mogli oglądać wyłącznie w telewizji albo na sztucznie zaśnieżonych stokach. Bylebyśmy się tylko za szybko nie przyzwyczaili do takiego stanu rzeczy. Znajomy opowiadał mi ostatnio, jak to jeden jego krewny przyzwyczajony do mikrofalówki, nie mógł sobie poradzić w mieszkaniu bez tego urządzenia. Po prostu nie wpadł na pomysł, że mleko można podgrzać na gazie. Śmieszne? Na pewno tak, ale po części to znak czasów, w których przyszło nam żyć. Otoczeni elektroniką zapominamy o tym, co jest naprawdę ważne, zapominając, że to, co na prąd, daje szczęście tylko na chwilę.