_-_transp.png)
Cieszyn przywita Nowy Rok wieczornym… tańcem dronów. Tym samym dołączy do długiej listy polskich miast, które zrezygnowały z noworocznych pokazów sztucznych ogni. Od dawna apelują o to organizacje prozwierzęce i wszyscy, którym hałas przeszkadza i których wytrąca z równowagi.
Przeciwnicy hucznego sylwestra pytają, czy koniecznie trzeba się upić do nieprzytomności, żeby dobrze powitać kolejny rok? Ich zdaniem odpalanie petard i huk fajerwerków również nie muszą być obowiązkowe. Pod wpływem takich argumentów ze sztucznych ogni zrezygnowała już m.in. Warszawa, a w ślad za nią Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Wszystko po to, by kreować modę na „cichego” sylwestra. Tyle że przeciwnikiem w tej bitwie jest potężne producenckie lobby. A ono łatwo nie zrezygnuje z noworocznych zysków. Zwłaszcza że miasta wycofują się z oficjalnych pokazów sztucznych ogni, ale nie zakazują handlu petardami. Nie zabraniają też mieszkańcom noworocznego strzelania. Grudniowa sprzedaż rac trwa więc w najlepsze i nie zanosi się, żeby moda na inne niż huczne powitanie Nowego Roku zapanowała szybko i bezwarunkowo.
Niestety w Polsce do problemu podchodzi się zero-jedynkowo. W większości jesteśmy więc albo przeciwko wszelkim ograniczeniom, albo za całkowitym zakazem sztucznych ogni. Do tego władze bywają z reguły mocno niekonsekwentne. W efekcie Cieszyn będzie witał Nowy Rok „po wszystkim” pokazem dronów, natomiast mieszkańcy zrobią to kilkanaście godzin wcześniej odpalając setki petard. Czy poprawi to los zwierząt? Moim zdaniem znacznie lepiej zakazać handlu i odpalania petard mieszkańcom (wtedy z pewnością kilka osób zachowa ręce, nogi czy oczy), w zamian zaś urządzać profesjonalne pokazy pirotechniczne. Wiara, że potrafimy się bez nich świetnie bawić, wcale mnie nie przekonuje. Podobnie zresztą jak nie przekonują mnie perswazje o zgubnych skutkach picia alkoholu. Oczywiście jest on zły, mimo to w Sylwestra nie mam zamiaru rezygnować z lampki szampana.