Analiza Marka Słowiaczka: Gra w otwarte karty | 08.01.2026
Spowszedniały
nam informacje o kolejnych działaniach wojennych, wzajemnych oskarżeniach
polityków, bałwochwalczych przemowach, pseudorozmowach pokojowych i planach na
następne podboje sąsiednich państw. Znieczuliliśmy się. Czasami łapię się na
tym, że chciałbym ograniczyć albo całkiem wyłączyć dostęp do świata. Czy można
nacisnąć przycisk „pauza”? Mam wrażenie, że przywódcy stojący na czele tak
zwanych mocarstw biorą udział w globalnym teleturnieju pod tytułem „Silniejszy
bierze wszystko”.
Ten tekst przeczytasz za 4 min. 45 s
Polityczne szachy są rozgrywane poza głowami zwykłych obywateli. Fot. Pixabay
I coraz
częściej zadaję sobie pytanie: czy jakikolwiek reset mógłby dziś jeszcze coś
zmienić?
Patrząc na
to, co dzieje się globalnie, nie mam wątpliwości – trwa otwarta wojna o dostęp
do surowców ukrytych w głębi naszej planety. To nie fikcja literacka ani
scenariusz filmów science fiction, które oglądamy wieczorami na platformach
streamingowych dla rozrywki. To dzieje się tu i teraz, na naszych oczach. Walka
o ropę, czystą wodę, nowe tereny. Problem polega na tym, że my – zwykli
mieszkańcy Ziemi – jesteśmy w tej grze jedynie towarem. Niezbędnym elementem
zapewniającym komfort dyktatorom po jednej i po drugiej stronie barykady.
Coraz
trudniej uwierzyć, że w wolnych wyborach można dopuścić do władzy ludzi, dla
których jedynym marzeniem jest władza sama w sobie. Po ataku na Wenezuelę nie
mam już żadnych złudzeń: siła i pełnia kontroli to narzędzia, które od zarania
dziejów porządkują świat według brutalnych zasad. Czy naprawdę warto szukać
różnic między Putinem a Trumpem? Pomijając systemy polityczne, różnic właściwie
nie ma. Te same pobudki, te same ambicje. Podbijanie, zdobywanie, plądrowanie i
dążenie do kontrolowanego podziału świata. Jakby dawno temu uzgodniono już,
które regiony trafią pod wpływy Rosji, a które zostaną wchłonięte przez
struktury gospodarcze Stanów Zjednoczonych.
Gra w
otwarte karty daje przewagę. Wojna o zasoby naturalne trwa w najlepsze, a
Wenezuela jest zaledwie preludium do kolejnych ruchów amerykańskiej
administracji. Oczywiście można zasłaniać się troską o życie zwykłych
Amerykanów, walką z kartelami narkotykowymi, można nawet wysyłać takie
komunikaty w kosmos. Ale nikt nie ukryje prawdziwych intencji. Zresztą
otoczenie biznesmena Trumpa nawet nie próbuje ich maskować. Zapowiedzi wejścia
do Wenezueli amerykańskich koncernów naftowych nie są żartem – to właśnie ta
gra w otwarte karty.
A co w
tym czasie dzieje się po drugiej stronie globu? Snucie planów pokojowych
okazuje się mrzonką. Teatr pozorów, który ma dawać złudną nadzieję na lepsze
jutro. Dyktator Putin nie musi brać czynnego udziału w tej szopce. Milcząc, gra
na czas. On wie, że cel zostanie osiągnięty. Umowa między tymi kontrahentami
wydaje się aż nazbyt logiczna: Wenezuela, Kolumbia, Kuba, Kanał Panamski,
ingerencja w politykę Meksyku, a nawet siłowe przejęcie Grenlandii – w zamian
za pełną kontrolę nad Ukrainą, Mołdawią, Gruzją i wpływy w krajach dawnego
bloku wschodniego. Ta
strategiczna gra planszowa powoli się domyka. To już tylko kwestia czasu, kiedy
Putin i Trump w świetle fleszy ponownie uścisną sobie dłonie. Tym razem jednak
uniosą je wysoko nad głową – w geście zwycięstwa i ostatecznej dominacji.
Wydarzenia
ostatnich dni pokazują jasno: mając władzę, można wszystko. Dosłownie wszystko.
Nikt się nie przeciwstawi, bo jak wywierać nacisk na państwo kontrolujące
większość systemów zbrojnych świata? Grenlandia już dziś może oswajać się z
myślą o nowych rządach. I co z tego, że Dania – formalny właściciel tej ziemi –
jest członkiem NATO? Jeśli Stany Zjednoczone siłowo przejmą kontrolę nad
Grenlandią, czy sojusz stanie ramię w ramię z Danią? Nie oszukujmy się – nie ma
takiej opcji. Najsilniejszym filarem NATO są właśnie USA. W ostateczności mogą
się wycofać, a wtedy cały system obronny rozsypie się jak domek z kart. Dlatego
bierność staje się dziś najbardziej widoczną reakcją na krzywdy wyrządzane
ludziom.
Nie
twierdzę, że świat kiedykolwiek był idealny. Pomysłów na jego naprawę nie
brakuje. Problem w tym, że każdy widzi tę naprawę inaczej, często w sposób
skrajnie odmienny. Dzisiejsze operacje zbrojne są tego najlepszym dowodem. Poza
pozornymi korzyściami niosą jedno – żniwo śmierci. A śmierci człowieka nie da
się usprawiedliwić ani przypadkiem, ani „wyższym celem”.
Tam,
gdzie umierają ludzie, umiera człowieczeństwo.
W
popularnym amerykańskim serialu „Fallout” przedstawiciel fikcyjnej władzy mówi
wprost, że fizyczny koniec świata to doskonały interes. Nic nie sprzedaje się
lepiej niż wizja nadchodzącej katastrofy. Oby nikomu we współczesnym świecie
nie przyszło do głowy wprowadzić tego scenariusza w życie. Tłumaczenie
wszystkiego koniecznością naciśnięcia przycisku z napisem „Reset” może bowiem
przerodzić się w realny koniec świata. Taki, którego nie da się już cofnąć.