Jeszcze
kilka lat temu informacja, przekaz prasowy, a nawet odręczna notatka miała
status najwyższej rangi. Chodziło bowiem o treść ważną w kontekście globalnym.
Nawet w przestrzeni małego regionu można było wyczuć powagę chwili. Wszystko,
co miało przysłowiową łatkę „newsa”, wpadało do worka wartości nadrzędnych.
Praca śledcza, szukanie winnych, badanie kolejnych wątków, wywiady, pytania,
setki telefonów z prośbą o zgodę na rozmowę… praca, której nie widać.
Każde
słowo w kolejności zdarzeń jest bezcennym zjawiskiem przyrodniczym; przywilejem
ludzkości, lecz wcale nie chodzi o konieczność sekwencji wdechu i wydechu,
który definiuje człowieka.
Przywykliśmy
do życia, którego integralną częścią jest aktualność. Czyli co? Nadmiar
informacji o konfliktach zbrojnych, nowych podatkach, kurortach, inflacji i
paragonach grozy? Codzienność definiuje człowieka; jego pozycję w sztafecie
oraz w biegu indywidualnym. Po co więc kolejna porcja aktualności, która
straszy i narzuca bieg zdarzeń? Nie wymknę się systemowi, ale potrafię dzień
oddzielić od nocy – mój świat, moje reguły. Każdy może otworzyć oczy szeroko.
Każdy może je zamknąć, lecz przymykając lekko nadal widzę wszystko wyraźnie.
Nie rozumiem świata, który wybiórczo traktuje informacje. Ktoś przecież musiał
wyjść z domu, by na własne oczy sprawdzić, czy świat nie kłamie; czy świat nie
oszalał.
Czytamy
poprzez emocje wywołane reakcją tłumu, a jednak stać nas na własną ocenę i
tworzenie rzeczywistości. Wypuszczając nowe wiadomości, malujemy ten świat od
nowa. Używamy kredek pochodzących z różnych opakowań.
Praca
dziennikarza nie może stać na równi z inteligencją algorytmów. Aktualność „sama
się nie zrobi”. Jakkolwiek to brzmi wiem, że we współczesnym dziennikarstwie
stwierdzenie „samo” nie jest tym, czym było dawniej. Absolutnie nie zamierzam
narzekać na współczesny świat. Z obserwacji jednak wynika, że popyt kreuje
podaż. Czym innym jest informacja o gotowaniu pierogów, a czym innym zbliżająca
się asteroida do Ziemi. Mam jednak nieodparte wrażenie, że przepis na dobry
obiad jest w stanie wyprzedzić w rankingach newsa o planach bombardowania
świata. Przyjemność wyprzedza cierpienie. Wpadamy w spiralę sprzeczności, a sukces
dla zasady skazany jest na klęskę. Mowa o sile informacji, gdyż te dwie
wartości jak plus i minus… magnetyzm odpychania, zawsze idą w parze.
Wiele
do pokonania ma człowiek będący w sprzeczności z własnym sumieniem. Mnóstwo
jest rzeczy do zrobienia, lecz początku szukajmy we własnym postrzeganiu
świata.
Jaka
jest geneza dobrego dziennikarstwa? Oczywiście, że jest nią prawda. Można
napisać tysiące słów, ale prawdą jest, że to my ludzie tworzymy rzeczywistość –
na razie, gdyż nasi sztuczni partnerzy coraz częściej ingerują w przestrzeń
przeznaczoną do tej pory dla ludzi. Praca twórcza, tak samo jak dziennikarstwo,
autentyczne emocje, ludzkie odruchy, słowa wsparcia, nadal jest w cenie. Coraz
trudniej odróżnić to co rzeczywiste od tego, co sztuczne. Nie ma co się łudzić.
Zjawisko „wydmuszek” będzie niebawem powszechne i trudno będzie pogodzić się z
faktem, iż plastik wypełni nasze domy do reszty. Czy zatem warto się
przejmować?
„Boty,
roboty, Ja i Ty” to tytuł artykułu, który bardziej przypomina książkę dla
dzieci niż tekst dotyczący filozoficznych przemyśleń o istocie człowieczeństwa.
Szanowny czytelniku – pisząc te słowa chciałem zwrócić uwagę na Twoje prawdziwe
intencje. Tekst mówi nam wiele, a tak naprawdę niewiele wnosi w nasze życie. Jeżeli
przeczytałeś ten tekst; jeżeli poświęciłeś swój drogocenny czas na lekturę, wiedz,
że jesteś dowodem na trwałość ludzkiej myśli. Nie skupiasz się na tym, co modne,
lecz zwracasz uwagę na rzeczy najważniejsze nie dla ogółu, ale dla siebie. Nie
zaprzątasz umysłu symulacją końca świata, lecz czerpiesz przyjemność ze smaku
słów, jakie płyną do nas z różnych zakątków świata. Każdy koniec jest bowiem kolejnym
początkiem w układance nieskończoności.
@markaslowa