poniedziałek, 21 września 2026
Imieniny: PL: Darii, Mateusza, Wawrzyńca| CZ: Matouš
Glos Live
/
Nahoru

Oszalałem w Dolomitach | 01.09.2026

„Przez twe oczy, te oczy zielone, oszalałem. Gwiazdy chyba twym oczom oddały cały blask” – wyznanie Zenka Martyniuka, które wylewa się z głośników taksówki wiozącej nas do Jeziora Fedaia, wydaje się nie współgrać z otoczeniem. Jedziemy stromą, wąską drogą do jeziora położonego na wysokości ponad 2000 metrów nad poziomem morza, dochodzi 22.00. Kierowca, sympatyczny Włoch, widząc, że jesteśmy Polakami, otwiera z muzycznego portfela to, co wydaje mu się najbardziej słuszne. A nam, po 14 godzinach aktywności w Dolomitach, tak naprawdę jest wszystko jedno. Byle wrócić na kwatery.

Ten tekst przeczytasz za 9 min. 60 s
Dolomity, dawniej Białe Góry, zachwycają na każdym kroku. Fot. Tomasz Wolff

W zamierzchłych czasach, w starożytności i średniowieczu były to Białe Góry, od jasnego koloru skał. W XVIII wieku Déodat de Dolomieu, francuski geolog i podróżnik, odkrył, że na całość składa się nie tylko sam wapień, ale połączenie związków magnezu i wapnia, które tworzą dolomit.

Pierwsze spojrzenie na Dolomity. Tuż za granicą austriacko-włoską. Fot. Tomasz Wolff

W najpiękniejsze góry Europy, w ocenie wielu osób, wybrałem się w pierwszej połowie sierpnia. Sam skrzyknąłem ekipę, dzięki rozlicznym grupom górskim na Facebooku, opracowałem plan działania, zarezerwowałem noclegi oraz busa. Na podbój Dolomitów wybraliśmy się w osiem osób. Każdy wyciągnął z tego pięknego skrawka Ziemi coś dla siebie. To były cztery dni na pełnej petardzie.

Widoki, które zwalają z nóg
Do Arabby, sennej wioski, którą zamieszkuje nie więcej niż 300 mieszkańców, docieramy po całej nocy podróży samochodem przez pół Europy. W busie są trzy rzędy siedzeń. W naszym przypadku podział jest jasny: pierwszy jedzie, drugi czuwa, trzeci śpi. Spędzam za kółkiem kilka godzin, drugie tyle na czujce, więc pierwsze zaplanowane wyzwanie, ferratę Delle Trincee, wycenianą w skali trudności od C do D, przyjdzie mi pokonywać niemalże w półśnie, po krótkiej drzemce, która przypadła gdzieś na pograniczu austriacko-włoskim. Jako nieformalny kierownik wyjazdu zarządzam wjazd gondolą na wysokość 2400 metrów nad poziomem morza, żeby zaoszczędzić czasu i sił. Espresso w schronisku Rifugio Luigi Gorza dodaje energii. I te widoki… Takie, że człowieka po prostu zwala z nóg. Z jednej strony potężny masyw Piz Boe (3152 m n.p.m.), na który dotrzemy następnego dnia, a kiedy obrócić się o 180 stopni, swoje pazury pokazuje Marmolada z najwyższą Punta Penią (3343 m n.p.m.), gdzie zostawimy ślady dwa dni później.

Masyw Marmolady. Fot. Tomasz Wolff

Ze schroniska, z którego rozciągają się widoki zapierające dech w piersiach, pod ferratę jest niecała godzina drogi. Na szlaku pusto, w miejscu jednak, gdzie zaczyna się żelazna droga, korek. Na dobry początek do pokonania jest stromy kominek, wyceniony na D, każdy uważnie pnie się, zdobywając wysokość. Zator jest więc nieunikniony. To dobry moment, żeby na chwilę odpocząć i założyć na siebie sprzęt. Uwielbiam ten moment – podekscytowanie pomieszane z niepewnością, jakie trudności zastaną nas po drodze. Błękit słońca przecinają mój niebieski kask i uprzęż, przełożony szaro-pomarańczową lonżą; słowem – wszystkie kolory świata. Prowadząc grupę, co chwilę przystaję, momentami kurczowo trzymając się dolomitu, wisząc nad przepaścią, pytając, czy wszystko w porządku. I tak niesie się po górach swoisty łańcuszek szczęścia. Idący tuż za mną pytają kolejne osoby, aż do ostatniej, zamykającej nasz żelazny peleton. Nikt nie marudzi, choć niektórym brakuje nie tyle sił, co wzrostu, żeby wgryźć się w kolejny metalowy element ułatwiający poruszanie się po szlaku.
Po niecałych trzech kwadransach jesteśmy na poszarpanej grani, racząc się widokami. Pierwsze, setne, tysięczne przepięcie karabinka. Można tak bez końca…

Ferrata Delle Trincee. Fot. Tomasz Wolff

Wieczorem na stół wjeżdża „kartonello”, jak pieszczotliwie nazywamy wino stołowe. Jakością nie odbiega znacznie od tego, serwowanego w butelkach, a trzeba w końcu postawić kropkę nad „i”. Za spotkanie, dobre towarzystwo, udaną drogę i pierwszy dzień, choć trochę okraszony deszczem. Kładziemy się spać mocno ściorani i z mocnym postanowieniem, że następnego dnia ruszymy na Punta Penię, najwyższy szczyt Dolomitów.

Góry stworzone ręką dzieci
Wstajemy jednak zdecydowanie za późno. Mija siódma, spoglądam do smartfona. Wszystkie aplikacje pokazują, że wtorek przyniesie burze. Szkopuł w tym, że serwisy pogodowe jakoś nie mogą się dogadać ze sobą, o której zacznie się spektakl na niebie. A to daje paliwo do dyskusji. – Pewnie zdążymy wejść na szczyt, ale bezpieczny powrót stoi pod znakiem zapytania – mówię, zdecydowany, żeby zmodyfikować plany.
– Szkoda tej Punta Peni. Zaryzykujmy – oponuje jedna z dziewczyn.

Księżycowy krajobraz, czyli widok na Piz Boe. Fot. Tomasz Wolff

Inna rzuca pomysł, żeby ruszyć na Piz Boe, określany jako najłatwiejszy trzytysięcznik w Dolomitach. I tak też robimy. Czy rzeczywiście najłatwiejszy? Może tak, ale i tak czeka nas prawie 1000 metrów podejścia z przełęczy Pordoi. Koniec końców, okaże się, że tego dnia burze pojawią się dopiero po 21.00, ale nikt nie żałuje tych kolejnych 20 kilometrów w Dolcach, jak określa te góry jeden z moich znajomych, który przeprowadził się do Włoch i żyje w kamperze. Stanowi dla nas cenne wsparcie logistyczne.
Trudno mi polemizować z Déodatem de Dolomieu, ale ja w Dolomitach widzę coś innego. Przenoszę się, o ironio, nad morze. Wyobraźnia podsuwa mi następujący obraz: dzieci budujące zamki z piasku, które polewane wodą przybierają różne, często kosmiczne kształty. Takie właśnie są Dolomity – dla mnie to góry stworzone ręką dzieci, doprawione pikantnym sosem natury.

Na dachu Dolomitów
W środę nie popełniamy już błędu. Zarządzam pobudkę na 5.00 i wszyscy jak jeden mąż krzątają się po pensjonacie. Ktoś sennym głosem mówi: „Nie dam rady bez kawy”, inny pyta, która łazienka jest wolna, jeden z panów częstuje mięsem z puszki. Wszyscy w bojowych nastrojach. Kwadrans przed 7.00 ruszamy po marzenia z położonej na wysokości 2057 metrów nad poziomem morza Przełęczy Fedaia. Przed nami zatem prawie 1300 metrów podejścia pod górę. Internet podpowiada: na szczyt wejdziemy za pięć godzin. Serio? Nie do końca, o czym przekonamy się później.

W drodze na Puna Penię. Nierealność lodowca... Fot. Tomasz Wolff

Najpierw droga pnie się zakosami, dopiero po blisko trzech godzinach wędrówki wchodzimy w wysokogórski krajobraz. Człowiek ma wrażenie, że ściany dosłownie spadają na niego, a prawdziwa zabawa dopiero się rozpoczyna – przed nami krótki, ale bardzo wymagający lodowiec, którego pokonanie zajmie nam ponad godzinę, potem szalony marsz po piargach (to naprawdę dziwne uczucie osuwać się co jakiś czas kilkanaście metrów w dół razem z tysiącami kamieni) i na deser ferrata. Wyceniona na C, bo to tak naprawdę ciąg stromych ścian, które pokonujemy za pomocą klamer, oczywiście cały czas przypięci do stalowej liny poręczowej. Po przekroczeniu bariery 3000 metrów krajobraz zmienia się nie do poznania. Z lewej strony majaczy lodowiec, a krajobraz się znacznie wypłaszcza. Sam wierzchołek Punta Peni pomieści wiele osób i trudno oprzeć się wrażeniu, że jesteśmy tak wysoko. Mija 14.00, więc, jak łatwo policzyć, wejście na dach Dolomitów zajmuje nam siedem godzin. Wszyscy zgodnie przyznają, że są wyczerpani. I nawet nie chodzi o zjazd fizyczny, ale po tylu godzinach aktywności w bardzo trudnym terenie głowa nie pracuje już tak, jak powinna.
– Czy możemy poprosić o zdjęcie? – pytamy mężczyznę spotkanego na szczycie. Ku naszemu zdziwieniu odpowiada, że nie. Dlaczego? Całkiem serio odpowiada, że… jest żonaty. Drugą próbę podejmujemy pod schronem w bezpośrednim sąsiedztwie szczytu. I znowu to samo: „Nie zrobię wam zdjęcia, bo jestem żonaty”. I trochę, jakby przerażony „dziwną” propozycją, zaczyna schodzić, ba, uciekać w dół.

Ekipa na szczycie Punta Peni. Fot. Tomasz Wolff

Słuchajcie, on ogląda filmy na YouTubie…
Zamiast mozolnego powrotu przez lodowiec, wybieramy szybszą drogę do wioski Penia. W schronisku Rifugio Contrin, czekając aż przejdzie burza (w końcu nas dopadła) sympatyczna Ukrainka stojąca za barem, słysząc język polski, mówi o wielu Polakach, którzy tego lata pojawili się w Dolomitach. W doliny docieramy po 21.00, a trzeba jeszcze dostać się na przełęcz, gdzie zaparkowaliśmy rano busa. Kierowca taksówki tnie zakręty niczym masło, nic sobie nie robiąc, że z 1500 metrów musimy wyjechać na ponad 2000.– Słuchajcie, on ogląda filmy na YouTubie – zauważa z przerażeniem ktoś jadący z przodu.
Nie, to nie film. Taksówkarz, widząc, że wiezie Polaków, puszcza najpierw „Przez twe oczy zielone”, a następnie „Miłość w Zakopanem”. Mimo zmęczenia cały bus wtóruje Zenkowi i Sławomirowi, rycząc ze śmiechy. Na miejscu jesteśmy przed 22.00. Do kwatery docieramy pół godziny później. Szklanka „kartonello” rozkłada na łopatki. Kolejny dzień w Dolomitach zamknął za sobą drzwi.

Czy kucharzowi odjechał peron?
Czwartkowy poranek, dzień wyjazdu, kolejny raz zapowiadają burze. Punta Penia odbija się w mięśniach, dlatego szybka decyzja: krótki spacer i powrót do domu. Na koniec obiad petarda. Rosół jaki jest, każdy widzi, ale ten jest szczególny. A właściwie to osobliwa jest wkładka: dwie ogromne kule „utoczone” z jajek, szczypiorku, boczku i… szprotek. Skąd szprotki w Dolomitach? Czy kucharzowi odjechał peron? Pierwsze kęsy rozwiewają wszelkie wątpliwości: danie smakuje wyśmienicie. I jeszcze na koniec mocne postanowienie: to pierwszy i na pewno nie ostatni raz w Dolcach. Podejrzewam, że większość osób, które zobaczyły góry uformowane jak nadmorskie babki z piasku, wyjeżdża z nich z mocnym postanowieniem powrotu.

Czy ktoś tu widział szprotki? Fot. Tomasz Wolff





Może Cię zainteresować.