W
zamierzchłych czasach, w starożytności i średniowieczu były to Białe Góry, od
jasnego koloru skał. W XVIII wieku Déodat de Dolomieu, francuski geolog i
podróżnik, odkrył, że na całość składa się nie tylko sam wapień, ale połączenie
związków magnezu i wapnia, które tworzą dolomit.
Pierwsze spojrzenie na Dolomity. Tuż za granicą austriacko-włoską. Fot. Tomasz Wolff
W najpiękniejsze góry Europy,
w ocenie wielu osób, wybrałem się w pierwszej połowie sierpnia. Sam skrzyknąłem
ekipę, dzięki rozlicznym grupom górskim na Facebooku, opracowałem plan
działania, zarezerwowałem noclegi oraz busa. Na podbój Dolomitów wybraliśmy się
w osiem osób. Każdy wyciągnął z tego pięknego skrawka Ziemi coś dla siebie. To
były cztery dni na pełnej petardzie.
Widoki,
które zwalają z nóg
Do Arabby,
sennej wioski, którą zamieszkuje nie więcej niż 300 mieszkańców, docieramy po
całej nocy podróży samochodem przez pół Europy. W busie są trzy rzędy siedzeń.
W naszym przypadku podział jest jasny: pierwszy jedzie, drugi czuwa, trzeci śpi.
Spędzam za kółkiem kilka godzin, drugie tyle na czujce, więc pierwsze
zaplanowane wyzwanie, ferratę Delle Trincee, wycenianą w skali trudności od C
do D, przyjdzie mi pokonywać niemalże w półśnie, po krótkiej drzemce, która
przypadła gdzieś na pograniczu austriacko-włoskim. Jako nieformalny kierownik
wyjazdu zarządzam wjazd gondolą na wysokość 2400 metrów nad poziomem morza,
żeby zaoszczędzić czasu i sił. Espresso w schronisku Rifugio Luigi Gorza dodaje
energii. I te widoki… Takie, że człowieka po prostu zwala z nóg. Z jednej
strony potężny masyw Piz Boe (3152 m n.p.m.), na który dotrzemy następnego
dnia, a kiedy obrócić się o 180 stopni, swoje pazury pokazuje Marmolada z
najwyższą Punta Penią (3343 m n.p.m.), gdzie zostawimy ślady dwa dni później.

Masyw Marmolady. Fot. Tomasz Wolff
Ze
schroniska, z którego rozciągają się widoki zapierające dech w piersiach, pod
ferratę jest niecała godzina drogi. Na szlaku pusto, w miejscu jednak, gdzie
zaczyna się żelazna droga, korek. Na dobry początek do pokonania jest stromy
kominek, wyceniony na D, każdy uważnie pnie się, zdobywając wysokość. Zator
jest więc nieunikniony. To dobry moment, żeby na chwilę odpocząć i założyć na
siebie sprzęt. Uwielbiam ten moment – podekscytowanie pomieszane z
niepewnością, jakie trudności zastaną nas po drodze. Błękit słońca przecinają
mój niebieski kask i uprzęż, przełożony szaro-pomarańczową lonżą; słowem –
wszystkie kolory świata. Prowadząc grupę, co chwilę przystaję, momentami
kurczowo trzymając się dolomitu, wisząc nad przepaścią, pytając, czy wszystko w
porządku. I tak niesie się po górach swoisty łańcuszek szczęścia. Idący tuż za
mną pytają kolejne osoby, aż do ostatniej, zamykającej nasz żelazny peleton.
Nikt nie marudzi, choć niektórym brakuje nie tyle sił, co wzrostu, żeby wgryźć
się w kolejny metalowy element ułatwiający poruszanie się po szlaku.
Po niecałych
trzech kwadransach jesteśmy na poszarpanej grani, racząc się widokami.
Pierwsze, setne, tysięczne przepięcie karabinka. Można tak bez końca…
Ferrata Delle Trincee. Fot. Tomasz Wolff
Wieczorem na
stół wjeżdża „kartonello”, jak pieszczotliwie nazywamy wino stołowe. Jakością
nie odbiega znacznie od tego, serwowanego w butelkach, a trzeba w końcu
postawić kropkę nad „i”. Za spotkanie, dobre towarzystwo, udaną drogę i
pierwszy dzień, choć trochę okraszony deszczem. Kładziemy się spać mocno
ściorani i z mocnym postanowieniem, że następnego dnia ruszymy na Punta Penię,
najwyższy szczyt Dolomitów.
Góry
stworzone ręką dzieci
Wstajemy
jednak zdecydowanie za późno. Mija siódma, spoglądam do smartfona. Wszystkie
aplikacje pokazują, że wtorek przyniesie burze. Szkopuł w tym, że serwisy
pogodowe jakoś nie mogą się dogadać ze sobą, o której zacznie się spektakl na
niebie. A to daje paliwo do dyskusji. – Pewnie
zdążymy wejść na szczyt, ale bezpieczny powrót stoi pod znakiem zapytania –
mówię, zdecydowany, żeby zmodyfikować plany.
– Szkoda tej
Punta Peni. Zaryzykujmy – oponuje jedna z dziewczyn.
Księżycowy krajobraz, czyli widok na Piz Boe. Fot. Tomasz Wolff
Inna rzuca
pomysł, żeby ruszyć na Piz Boe, określany jako najłatwiejszy trzytysięcznik w
Dolomitach. I tak też robimy. Czy rzeczywiście najłatwiejszy? Może tak, ale i
tak czeka nas prawie 1000 metrów podejścia z przełęczy Pordoi. Koniec końców,
okaże się, że tego dnia burze pojawią się dopiero po 21.00, ale nikt nie żałuje
tych kolejnych 20 kilometrów w Dolcach, jak określa te góry jeden z moich
znajomych, który przeprowadził się do Włoch i żyje w kamperze. Stanowi dla nas
cenne wsparcie logistyczne.
Trudno mi
polemizować z Déodatem de Dolomieu, ale ja w Dolomitach widzę coś innego.
Przenoszę się, o ironio, nad morze. Wyobraźnia podsuwa mi następujący obraz:
dzieci budujące zamki z piasku, które polewane wodą przybierają różne, często
kosmiczne kształty. Takie właśnie są Dolomity – dla mnie to góry stworzone ręką
dzieci, doprawione pikantnym sosem natury.
Na dachu
Dolomitów
W środę nie
popełniamy już błędu. Zarządzam pobudkę na 5.00 i wszyscy jak jeden mąż
krzątają się po pensjonacie. Ktoś sennym głosem mówi: „Nie dam rady bez kawy”,
inny pyta, która łazienka jest wolna, jeden z panów częstuje mięsem z puszki.
Wszyscy w bojowych nastrojach. Kwadrans przed 7.00 ruszamy po marzenia z
położonej na wysokości 2057 metrów nad poziomem morza Przełęczy Fedaia. Przed
nami zatem prawie 1300 metrów podejścia pod górę. Internet podpowiada: na
szczyt wejdziemy za pięć godzin. Serio? Nie do końca, o czym przekonamy się
później.

W drodze na Puna Penię. Nierealność lodowca... Fot. Tomasz Wolff
Najpierw
droga pnie się zakosami, dopiero po blisko trzech godzinach wędrówki wchodzimy
w wysokogórski krajobraz. Człowiek ma wrażenie, że ściany dosłownie spadają na
niego, a prawdziwa zabawa dopiero się rozpoczyna – przed nami krótki, ale
bardzo wymagający lodowiec, którego pokonanie zajmie nam ponad godzinę, potem
szalony marsz po piargach (to naprawdę dziwne uczucie osuwać się co jakiś czas
kilkanaście metrów w dół razem z tysiącami kamieni) i na deser ferrata.
Wyceniona na C, bo to tak naprawdę ciąg stromych ścian, które pokonujemy za
pomocą klamer, oczywiście cały czas przypięci do stalowej liny poręczowej. Po
przekroczeniu bariery 3000 metrów krajobraz zmienia się nie do poznania. Z
lewej strony majaczy lodowiec, a krajobraz się znacznie wypłaszcza. Sam
wierzchołek Punta Peni pomieści wiele osób i trudno oprzeć się wrażeniu, że
jesteśmy tak wysoko. Mija 14.00, więc, jak łatwo policzyć, wejście na dach
Dolomitów zajmuje nam siedem godzin. Wszyscy zgodnie przyznają, że są
wyczerpani. I nawet nie chodzi o zjazd fizyczny, ale po tylu godzinach
aktywności w bardzo trudnym terenie głowa nie pracuje już tak, jak powinna.
– Czy możemy
poprosić o zdjęcie? – pytamy mężczyznę spotkanego na szczycie. Ku naszemu
zdziwieniu odpowiada, że nie. Dlaczego? Całkiem serio odpowiada, że… jest
żonaty. Drugą próbę podejmujemy pod schronem w bezpośrednim sąsiedztwie
szczytu. I znowu to samo: „Nie zrobię wam zdjęcia, bo jestem żonaty”. I trochę,
jakby przerażony „dziwną” propozycją, zaczyna schodzić, ba, uciekać w dół.

Ekipa na szczycie Punta Peni. Fot. Tomasz Wolff
Słuchajcie,
on ogląda filmy na YouTubie…
Zamiast
mozolnego powrotu przez lodowiec, wybieramy szybszą drogę do wioski Penia. W
schronisku Rifugio Contrin, czekając aż przejdzie burza (w końcu nas dopadła)
sympatyczna Ukrainka stojąca za barem, słysząc język polski, mówi o wielu
Polakach, którzy tego lata pojawili się w Dolomitach. W doliny docieramy po
21.00, a trzeba jeszcze dostać się na przełęcz, gdzie zaparkowaliśmy rano busa.
Kierowca taksówki tnie zakręty niczym masło, nic sobie nie robiąc, że z 1500
metrów musimy wyjechać na ponad 2000.–
Słuchajcie, on ogląda filmy na YouTubie – zauważa z przerażeniem ktoś jadący z
przodu.
Nie, to nie
film. Taksówkarz, widząc, że wiezie Polaków, puszcza najpierw „Przez twe oczy
zielone”, a następnie „Miłość w Zakopanem”. Mimo zmęczenia cały bus wtóruje
Zenkowi i Sławomirowi, rycząc ze śmiechy. Na miejscu jesteśmy przed 22.00. Do
kwatery docieramy pół godziny później. Szklanka „kartonello” rozkłada na
łopatki. Kolejny dzień w Dolomitach zamknął za sobą drzwi.
Czy kucharzowi
odjechał peron?
Czwartkowy
poranek, dzień wyjazdu, kolejny raz zapowiadają burze. Punta Penia odbija się w
mięśniach, dlatego szybka decyzja: krótki spacer i powrót do domu. Na koniec
obiad petarda. Rosół jaki jest, każdy widzi, ale ten jest szczególny. A właściwie
to osobliwa jest wkładka: dwie ogromne kule „utoczone” z jajek, szczypiorku, boczku
i… szprotek. Skąd szprotki w Dolomitach? Czy kucharzowi odjechał peron? Pierwsze
kęsy rozwiewają wszelkie wątpliwości: danie smakuje wyśmienicie. I jeszcze na
koniec mocne postanowienie: to pierwszy i na pewno nie ostatni raz w Dolcach.
Podejrzewam, że większość osób, które zobaczyły góry uformowane jak nadmorskie
babki z piasku, wyjeżdża z nich z mocnym postanowieniem powrotu.
Czy ktoś tu widział szprotki? Fot. Tomasz Wolff