Niezwykle
łatwo byłoby mi podać ilustracje mojego niezbyt wyrafinowanego gustu. Ot, nie
bardzo rozróżniam szlachetną whiskey single malt od najzwyklejszej blended, ba,
do trzydziestego roku życia sądziłem, że „czerwony” Johnny Walker to najlepsza
szkocka whiskey. Zresztą i tak wolałem w tamtych czasach pić whiskey – nie
czyniąc żadnej różnicy pomiędzy Jimem Beamem i Jackiem Danielsem. Dalej – jakoś
częściej wracam do powieści sensacyjnych Alistair’a Mac Leana niż cenionej klasyki
kryminału Raymonda Chandlera. I jeszcze – w czasach wczesnej młodości wolałem
słuchać Smokie niż Rolling Stonsów. Podobnie – w dobrym towarzystwie jest mi
najzupełniej obojętnie, czy siedzimy przy butelce chardonnay czy savignon
blanc. Tyle że, gdy idzie o dobór towarzystwa jestem już jednak – jeśli tylko
mogę – nieco bardziej wybredny.
I
Jestem
wybredny, ale przecież nie aż tak jak pisarz Szczepan Twardoch – ten pije
chardonnay tylko w ostateczności. I pije tylko w dobrym towarzystwie, tak jak
on je rozumie. Nie jest to przy tym jakoś bardzo szeroki krąg. Szczepan w tzw. „Kwestionariuszu
Prousta”pisał: „Wino chcę pić tylko z tymi, których już znam i kocham
tak, jak kocha się przyjaciół, i mogę policzyć ich na palcach jednej ręki. (…) Moja
samotność rozwiewa się czasem, kiedy telefon odzywa się z wiadomościami od nich
albo kiedy dzwonią kieliszki”.
II
Wspominał pierwsze
spotkanie „twarzą w twarz” z Witoldem Gombrowiczem redaktor paryskiej „Kultury”
Jerzy Giedroyć: „Ja na pewno nie jestem łatwy w kontaktach, on również był pod
tym względem podobny, nie było więc mowy o przyjaźni”. No cóż, i ja nie jestem
łatwy w kontaktach, więc dostrzegam tu pewnego rodzaju podobieństwo z
redaktorem paryskiej „Kultury”. Niemniej od ponad ćwierćwiecza przyjaźnię się
ze Szczepanem Twardochem. I cieszę się, że możemy od czasu do czasu spotkać
się, napić wina i podyskutować (czy też po prostu – pogadać). O czym? O
literaturze, ludziach, filmach, o wszystkim o czym rozmawiają przyjaciele, „kiedy dzwonią kieliszki”. A przecież – jak wspomniałem – i on, i ja wcale nie
jest jesteśmy łatwi w towarzyskich kontaktach. Na różny sposób, bo ja nie
jestem aż tak radykalny, jak autor „Morfiny”, który zresztą ostrzega: „(k)iedy
ktoś mnie nudzi, to przerywam w pół zdania, bo mogę, a piekłem jest uprzejme
słuchanie nudziarzy”.
III
Spotkanie ze znanym pisarzem… Wspomina
wtedy dwudziestoośmioletni młody badacz literatury, późniejszy wybitny profesor
literaturoznawstwa, Michał Głowiński: „Gdy dzwoniłem do niego (Gombrowicza – przyp.
K.Ł.), drżał mi ze zdenerwowania głos. Był dla mnie postacią mityczną, wielkim,
prawie legendarnym pisarzem. Umówiliśmy się na dzień następny, czyli 5 maja
1963 roku o godzinie dziesiątej rano w pokoju hotelowym. Poszedłem tam nie sam,
ale z zaprzyjaźnionym kompozytorem, Romualdem Twardowskim. (...) I ja, i
Twardowski byliśmy tak speszeni, że zapomnieliśmy zamknąć za sobą drzwi do
windy. Zaraz więc był telefon z portierni. Musieliśmy wychodzić, zamykać drzwi,
co oczywiście jeszcze naszą tremę pogłębiło.
– Który z panów zajmuje się
literaturą?
– To ja – powiedziałem.
A on: – Od razu się domyśliłem, bo
tak pan właśnie wygląda. I tonem egzaminującym: – Co wobec tego wie pan na
temat sądów syntetycznych a priori? Zbaraniałem zupełnie. Nie odpowiedziałem
słowa, choć normalnie umiałbym na to pytanie odpowiedzieć. – Trzeba znać Kanta
– mówił z naganą w głosie. – Może więc pytanie następne: czy czytał pan »Logische
Untersuchungen« Husserla?
– Nie czytałem tego – przyznałem. Do
dziś zresztą tego nie zrobiłem, Husserl jest bardzo trudny”. Ba, zaryzykuję
stwierdzenie, że trudniejszy nawet niż Gombrowicz w rozmowie.
IV
Podobnie wyglądała rozmowa
Gombrowicza z Wojciechem Karpińskim (który po latach dał się poznać jako
znakomity eseista: „My tu sobie niewinnie rozmawiamy – mówił (Gombrowicz – K.Ł.),
a czy pan zdaje obie sprawę z powagi sytuacji? – Mogę przecież napisać w »Dzienniku«,
że nie zna pan »Bytu i nicości« i będzie pan skończony na wieki!”. Dla Karpińskiego
„(to) był początek i zarazem koniec znajomości. Wyszedł właściwie z uczuciem
ulgi, a przede wszystkim ogromnego zawodu. (...) Tak jak przewidywał
Gombrowicz, rozpamiętywał oczywiście ich spotkanie, które – szczególnie w
porównaniu z jego fascynującą twórczością – bardzo go rozczarowało. Nie było
zupełnego olśnienia, jakiego zaznał poznając np. Miłosza, Wata czy Jeleńskiego.
Od razu nawiązał z nimi kontakt. Z Gombrowiczem natomiast – nawet
najmniejszego”.
V
Czy może
zatem dla czytelników/czytelniczek „jedyny sensowny kontakt z pisarzem to
przeczytanie tego, co napisał”? Najwyraźniej tego zdania był Zbigniew Herbert. Jego
spotkanie z Gombrowiczem we Francji miało charakter bardziej niż zdawkowy – „Owszem, spotkali się – przywiózł Gombrowiczowi
lekarstwa od jego paryskich znajomych, i to wszystko. Wręczył mu paczkę, spytał
o zdrowie – stan Gombrowicza był wtedy dość poważny, po czym pożegnali się. Nie
rozmawiali ze sobą”. Wspominał po latach Herbert:
„Ceniłem i cenię twórczość Gombrowicza, napisałem nawet kiedyś o nim esej. Lecz
jego dzieła, czyli to, co najważniejsze, naprawdę mi wystarczają”.
VI
Gdy idzie o spotkanie autora z osobą
ledwie co poznaną, to może – nie wiem, zapytam, przy okazji – ideałem Szczepana
Twardocha byłby dialog, jaki dał (pisarz) Guillaume Musso w „Sekretnym życiu pisarzy”: „–
Czy trudno jest pisać powieści? – Tak, ale z pewnością jest dużo trudniejszych
zajęć. (...) – Czy sądzi pan, że pańskie książki przejdą do historii? – Mam
nadzieję, że nie. – Jak widzi pan rolę literatury we współczesnym świecie? –
Nigdy się nad tym nie zastanawiałem i nie zamierzam tego robić”.
VII
Zdarza się,
że ze Szczepanem czasem dyskutujemy dla publiczności. Ostatnio, 17 kwietnia,
rozmawialiśmy na scenie Biblioteki Śląskiej w czasie poświęconej twórczości
autora „Pokory” konferencji naukowej „Szczepan Twardoch i (nie)fikcje.
Literatura/publicystyka/formy zaangażowania”. Organizatorzy określili ją potem
na Facebooku jako „nieszablonową”. No cóż, inna być nie mogła.
Krzysztof Łęcki