sobota, 18 kwietnia 2026
Imieniny: PL: Apoloniusza, Bogusławy, Gościsławy| CZ: Valérie
Glos Live
/
Nahoru

Pre-teskty i Kon-teksty Łęckiego: Wolnoć Tomku?  | 13.04.2026

No właśnie – wolnoć Tomku w swoim domku? Znany był niegdyś dość powszechnie(?) wiersz Aleksandra Fredry. To z niego, licząc na pamięć nieco starszych czytelników i czytelniczek, podebrałem tytuł do felietonu, tyle że opatrując go pytajnikiem. Przeznaczony był ów wierszyk dla dzieci. A jak jest w świecie ludzi dorosłych, a nawet – więcej – dojrzałych? 

Ten tekst przeczytasz za 6 min. 45 s
Aleksander Fredro. Źródło: CBN Polona

Oczywiście, wiele zależy od tego, co kryje się za określeniem „mój domek” (może być też „mój kawałek podłogi”). W świecie powieści „1984” Orwella, nawet w zamieszkiwanej przez siebie norze Winston Smith nie mógł robić tego co chciał. Wielki Brat patrzył, widział i słyszał wszystko. I wyciągał konsekwencje. Nawet domowe notatki robił Smith w ukryciu. I – w założeniu – tylko dla siebie.

I
No właśnie, a jak się pisze – w założeniu – nie tylko dla siebie? Żyjemy w czasach Internetu – co mocno zmienia całą sprawę, ale może właśnie dlatego warto spojrzeć wstecz i zobaczyć, jak wyglądało to w galaktyce Gutenberga. Jan Baszkiewicz pisze o spostrzeżeniu, jakim z Ludwikiem XVI podzielił się marszałek de Richelieu. Stryjeczny prawnuk słynnego kardynała objaśniał królowi na czym polegają różnice między nimi: „Za Ludwika XIV nie śmiano niczego powiedzieć. Za Ludwika XV mówiono po cichu i pisano w sekrecie. Pod rządami Waszej Królewskiej Mości pisze się wszystko i mówi się swobodnie”. No cóż, i skończyło się z tą całą swobodą, tak, jak się skończyło. I tak w ostatnim akcie swojego panowania Ludwik XVI – jako „obywatel Kapet” położył głowę pod gilotyną (konstrukcję, której – jak się miało okazać, także dla siebie – przed rewolucją udoskonalił).

II
Czy jest dla słabnącej w oczach poddanych (obywateli), powszechnie nielubianej i nieudolnej (nawet w zarządzanych przez siebie represjach) władzy jakieś dobre wyjście z sytuacji, w której jacyś ludzie chcą mówić to, co akurat przychodzi im do głowy, bo zdaje im się, że przecież są w swoim domku? Nie zawsze idzie o roztrząsanie spraw nad wyraz poważnych, niekiedy tylko o demonstrowanie nonkonformizmu. Pisał kiedyś Kisiel o sportretowanym w powieści Alfreda Neumanna „Drugie Cesarstwo” (czasy Napoleona III) dziennikarzu, Rocheforcie, „który samotnie wojował z ministrami Napoleona III z pomocą satyry, ironii, aluzji i kpiny jawnej czy zamaskowanej, słowem zalewał im sadła piórem, czesał pod włos i ciągnął za wąsy jak mógł, ale zawsze jakoś wywijał się od ich gniewu i spadał na cztery łapy, aby prowadzić swój złośliwy proceder dalej”. Ówczesne tzw. „dobre towarzystwo” snobowało się na ostentacyjne demonstrowanie śladów lektury tekstów Rocheforta. Jeśli mnie pamięć nie myli, chodziło o to, że znakiem lektury było to, że palce czytelników/czytelniczek w jakiś specjalny sposób ubabrane były drukarską farbą.

III
Zaczęliśmy od czasów bardzo odległych. Ale dalekim (od powagi sprawy) pre-tekstem i kon-tekstem dla napisania tego felietonu była, tak naprawdę, publikacja całkiem niedawna. Idzie o  artykuł Piotra Sadzika zatytułowany „Odebranie prawicy monopolu na śmiech to kwestia życia i śmierci” (https://krytykapolityczna.pl/kraj/odebrac-prawicy-monopol-na-smiech-to-kwestia-zycia-i-smierci/). Nie będę streszczał artykułu, kto ciekaw – skorzysta z podanego wyżej linku. Pozostanę na kilku fragmentach poświęconych funkcji ironii. Przekonuje, nie bez swoich racji Sadzik, że ironia „(to) przecież nie tylko narzędzie nieźle wspierające komizm, ale też figura myślowa, w której skondensował się charakter ponowoczesności”. Czyli – jest dobrze – bo – „wspierając różnorodność, ironia miała stanowić skuteczny piorunochron neutralizujący wszelką skrajność, studzący temperaturę sporów”. Tyle że z ironią, dla której Sadzik ma same dobre słowa i zastosowania – rozbijanie fundamentalizmu jednoznaczności, walkę ze społeczną hipokryzją, demaskowanie wzniosłych frazesów – stało się ostatnio coś złego. Została przejęta przez rynek – co właśnie Sadzik odkrył. Nie będę dalej referował uczonych wywodów zawartych w publicystyce Sadzika. Zadowolę się zawartą w leadzie diagnozą: „Ironia i przemoc – biegunowo, jak się wydawało, odmienne zjawiska – w rękach współczesnych faszystów zaczęły się wzajemnie wspierać”. I tak przeciwstawił Sadzik „liberalną ironistkę” (pojęcie z filozofii Richarda Rorty’go) „faszystowskiemu ironiście” (czy to autorski pomysł Sadzika, nie wiem i nie chce mi się sprawdzać).

IV
Sam przez wiele lat prowadziłem na uniwersytecie seminarium „Postmodernizm – kultura i społeczeństwo”. Przedzierałem się więc bez trudu przez akademizujące przekaz odwołania Sadzika do głębokich przemyśleń postmodernistycznych filozofów. I w efekcie – myślę, że wywody publicysty można w zasadzie streścić niezwykle prosto – z ironią coś poszło nie tak, bo ta „nasza” ironia powinna być lepsza niż ta „ich”. Czy zaproponowana przeze mnie prosta formuła nie upraszcza zbytnio wyrafinowanych rozważań Sadzika? Nie sądzę... Aha, pierwszy raz wyłożył podobną filozofię jeden z bohaterów powieści Henryka Sienkiewicza „W pustyni i w puszczy”.

V
No cóż, kiedyś papież postmodernizmu (który sam skądinąd do etykiety postmodernizmu się nie przyznaje), Jacques Derrida na nieco prowokacyjne pytanie mojej żony: czy czyta Szekspira, europocentrystę, fallocentrystę, odpowiedział: „Nie tylko czytam Szekspira, ale czytam go często i uważnie. Ogromnie go podziwiam i mówię o nim. (…) Dla mnie Szekspir jest jednym z tych największych i ciągle z niego czerpię” („Nie jestem postmodernistą. Z Jacquesem Derridą rozmawia Gabriela Łęcka. „Polityka”, 3 stycznia 1998, nr 1 (2122)”. Ale prywatne gusta, gustami, a wielbiciele Mistrza wyciągają z jego nauk bezlitośnie ostateczne konsekwencje. Dla Szekspira skrajnie niekorzystne. Widać nawet bezkrwawe rewolucje pożerają swoich ojców, a już na pewno zaprzeczać mogą ich artystycznym smakom. I tak, zapatrzone przecież w Derridę środowiska uniwersyteckie w USA, Szekspira już najzwyczajniej w świecie nie uznają: „W Bennington College i tak nie należał do grupy najbardziej postępowych uczelni, takich jak chociażby najbardziej prestiżowy Georgetown w Waszyngtonie, na którym słuchaczy kursów literatury angielskiej uwolniono od obowiązku czytania Szekspira, Miltona i Chaucera – ponieważ wymieniona trójka, a zwłaszcza autor „Króla Leara”, w niesprawiedliwym świetle ukazywała postacie kobiet” (Janusz Głowacki: „Z głowy”).

VI

Taki bywa los uczniów czarnoksiężnika, których nauki kolejne pokolenia rozumieją tak, jak na to one zasługują…




Może Cię zainteresować.