Pre-teskty i Kon-teksty Łęckiego: Wolnoć Tomku? | 13.04.2026
No
właśnie – wolnoć Tomku w swoim domku? Znany był niegdyś dość powszechnie(?) wiersz
Aleksandra Fredry. To z niego, licząc na pamięć nieco starszych czytelników i
czytelniczek, podebrałem tytuł do felietonu, tyle że opatrując go pytajnikiem. Przeznaczony
był ów wierszyk dla dzieci. A jak jest w świecie ludzi dorosłych, a nawet –
więcej – dojrzałych?
Ten tekst przeczytasz za 6 min. 45 s
Aleksander Fredro. Źródło: CBN Polona
Oczywiście, wiele zależy od tego, co kryje się za określeniem „mój domek” (może być też „mój kawałek podłogi”). W świecie powieści „1984” Orwella, nawet w zamieszkiwanej przez siebie norze Winston Smith nie mógł robić tego co chciał. Wielki Brat patrzył, widział i słyszał wszystko. I wyciągał konsekwencje. Nawet domowe notatki robił Smith w ukryciu. I – w założeniu – tylko dla siebie.
I
No
właśnie, a jak się pisze – w założeniu – nie tylko dla siebie? Żyjemy w czasach
Internetu – co mocno zmienia całą sprawę, ale może właśnie dlatego warto
spojrzeć wstecz i zobaczyć, jak wyglądało to w galaktyce Gutenberga. Jan
Baszkiewicz pisze o spostrzeżeniu, jakim z Ludwikiem XVI podzielił się
marszałek de Richelieu. Stryjeczny prawnuk słynnego kardynała objaśniał królowi
na czym polegają różnice między nimi: „Za Ludwika XIV nie śmiano niczego
powiedzieć. Za Ludwika XV mówiono po cichu i pisano w sekrecie. Pod rządami Waszej
Królewskiej Mości pisze się wszystko i mówi się swobodnie”. No cóż, i skończyło
się z tą całą swobodą, tak, jak się skończyło. I tak w ostatnim akcie swojego
panowania Ludwik XVI – jako „obywatel Kapet” położył głowę pod gilotyną (konstrukcję,
której – jak się miało okazać, także dla siebie – przed rewolucją udoskonalił).
II
Czy
jest dla słabnącej w oczach poddanych (obywateli), powszechnie nielubianej i
nieudolnej (nawet w zarządzanych przez siebie represjach) władzy jakieś dobre
wyjście z sytuacji, w której jacyś ludzie chcą mówić to, co akurat przychodzi
im do głowy, bo zdaje im się, że przecież są w swoim domku? Nie zawsze
idzie o roztrząsanie spraw nad wyraz poważnych, niekiedy tylko o demonstrowanie
nonkonformizmu. Pisał kiedyś Kisiel o sportretowanym w powieści Alfreda
Neumanna „Drugie Cesarstwo” (czasy Napoleona III) dziennikarzu, Rocheforcie, „który
samotnie wojował z ministrami Napoleona III z pomocą satyry, ironii, aluzji i
kpiny jawnej czy zamaskowanej, słowem zalewał im sadła piórem, czesał pod włos
i ciągnął za wąsy jak mógł, ale zawsze jakoś wywijał się od ich gniewu i spadał
na cztery łapy, aby prowadzić swój złośliwy proceder dalej”. Ówczesne tzw.
„dobre towarzystwo” snobowało się na ostentacyjne demonstrowanie śladów lektury
tekstów Rocheforta. Jeśli mnie pamięć nie myli, chodziło o to, że znakiem
lektury było to, że palce czytelników/czytelniczek w jakiś specjalny sposób ubabrane
były drukarską farbą.
III
Zaczęliśmy od czasów bardzo odległych. Ale dalekim (od
powagi sprawy) pre-tekstem i kon-tekstem dla napisania tego felietonu była, tak
naprawdę, publikacja całkiem niedawna. Idzie o artykuł Piotra Sadzika zatytułowany „Odebranie
prawicy monopolu na śmiech to kwestia życia i śmierci” (https://krytykapolityczna.pl/kraj/odebrac-prawicy-monopol-na-smiech-to-kwestia-zycia-i-smierci/). Nie będę streszczał artykułu, kto ciekaw – skorzysta z podanego wyżej
linku. Pozostanę na kilku fragmentach poświęconych funkcji ironii. Przekonuje,
nie bez swoich racji Sadzik, że ironia „(to) przecież nie tylko narzędzie
nieźle wspierające komizm, ale też figura myślowa, w której skondensował się
charakter ponowoczesności”. Czyli – jest dobrze – bo – „wspierając
różnorodność, ironia miała stanowić skuteczny piorunochron neutralizujący
wszelką skrajność, studzący temperaturę sporów”. Tyle że z ironią, dla której
Sadzik ma same dobre słowa i zastosowania – rozbijanie fundamentalizmu
jednoznaczności, walkę ze społeczną hipokryzją, demaskowanie wzniosłych
frazesów – stało się ostatnio coś złego. Została przejęta przez rynek – co właśnie
Sadzik odkrył. Nie będę dalej referował uczonych wywodów zawartych w
publicystyce Sadzika. Zadowolę się zawartą w leadzie diagnozą: „Ironia i
przemoc – biegunowo, jak się wydawało, odmienne zjawiska – w rękach
współczesnych faszystów zaczęły się wzajemnie wspierać”. I tak przeciwstawił
Sadzik „liberalną ironistkę” (pojęcie z filozofii Richarda Rorty’go)
„faszystowskiemu ironiście” (czy to autorski pomysł Sadzika, nie wiem i nie
chce mi się sprawdzać).
IV
Sam przez wiele lat prowadziłem na uniwersytecie seminarium „Postmodernizm
– kultura i społeczeństwo”. Przedzierałem się więc bez trudu przez
akademizujące przekaz odwołania Sadzika do głębokich przemyśleń
postmodernistycznych filozofów. I w efekcie – myślę, że wywody publicysty można
w zasadzie streścić niezwykle prosto – z ironią coś poszło nie tak, bo ta
„nasza” ironia powinna być lepsza niż ta „ich”. Czy zaproponowana przeze mnie prosta
formuła nie upraszcza zbytnio wyrafinowanych rozważań Sadzika? Nie sądzę...
Aha, pierwszy raz wyłożył podobną filozofię jeden z bohaterów powieści Henryka
Sienkiewicza „W pustyni i w puszczy”.
V
No
cóż, kiedyś papież postmodernizmu (który sam skądinąd do etykiety
postmodernizmu się nie przyznaje), Jacques Derrida na nieco prowokacyjne
pytanie mojej żony: czy czyta Szekspira, europocentrystę, fallocentrystę,
odpowiedział: „Nie tylko czytam Szekspira, ale czytam go często i uważnie.
Ogromnie go podziwiam i mówię o nim. (…) Dla mnie Szekspir jest jednym z tych
największych i ciągle z niego czerpię” („Nie jestem postmodernistą. Z Jacquesem
Derridą rozmawia Gabriela Łęcka. „Polityka”, 3 stycznia 1998, nr 1 (2122)”. Ale
prywatne gusta, gustami, a wielbiciele Mistrza wyciągają z jego nauk
bezlitośnie ostateczne konsekwencje. Dla Szekspira skrajnie niekorzystne. Widać
nawet bezkrwawe rewolucje pożerają swoich ojców, a już na pewno zaprzeczać mogą
ich artystycznym smakom. I tak, zapatrzone przecież w Derridę środowiska
uniwersyteckie w USA, Szekspira już najzwyczajniej w świecie nie uznają: „W
Bennington College i tak nie należał do grupy najbardziej postępowych uczelni,
takich jak chociażby najbardziej prestiżowy Georgetown w Waszyngtonie, na
którym słuchaczy kursów literatury angielskiej uwolniono od obowiązku czytania
Szekspira, Miltona i Chaucera – ponieważ wymieniona trójka, a zwłaszcza autor „Króla
Leara”, w niesprawiedliwym świetle ukazywała postacie kobiet” (Janusz Głowacki: „Z głowy”).
VI
Taki
bywa los uczniów czarnoksiężnika, których nauki kolejne pokolenia rozumieją
tak, jak na to one zasługują…