Objął pan
funkcję konsula generalnego Ukrainy w Gdańsku jeszcze przed pełnoskalową
inwazją Rosji. Kiedy rozpoczął pan misję w Polsce?
– Przyjechałem
do Polski 20 sierpnia 2021 roku, czyli dokładnie pół roku przed inwazją.
Jak wojna
zmieniła charakter pracy konsulatu?
– Bardzo
mocno. Skala naszych obowiązków wzrosła może 20-50 razy. Placówki ukraińskie w
Polsce były na pierwszej linii przyjęcia ludzi uciekających przed wojną. Wielu
z nich nie miało nawet podstawowych dokumentów, które pozwalałyby im
kontynuować podróż czy tymczasowo zamieszkać.
Z jakimi
sprawami zgłaszali się najczęściej?
– Przede
wszystkim z problemem braku dokumentów. Polska przyjmowała naszych obywateli
nawet bez paszportów, a my przez pierwsze miesiące nie mogliśmy ich wydawać, bo
fabryka dokumentów w Kijowie była zamknięta ze względów bezpieczeństwa. W
porozumieniu z władzami polskimi wydawaliśmy więc specjalne dokumenty uznawane
przez stronę polską. Dziennie obsługiwaliśmy od 400 do tysiąca osób.
Konsulat
zajmował się także pomocą humanitarną?
– Tak, w
ciągu kilku godzin otworzyliśmy punkt przyjmowania darów – to była zupełnie
nietypowa funkcja dla konsulatu. Ludzie spontanicznie przynosili pomoc, a nasze
pomieszczenia natychmiast się zapełniły. Bardzo szybko zorganizowaliśmy magazyn
i transporty do Ukrainy.
Pomoc
nie jest już tak masowa jak w 2022 roku, ale większość społeczeństwa nadal
uważa, że Ukrainę trzeba wspierać. W codziennych relacjach nadal odczuwamy
życzliwość.
Jak
zapamiętał pan pierwsze dni wojny?
– Zapamiętałem
przede wszystkim ogromną solidarność. Plac Solidarności w Gdańsku był pełen
ludzi, pod konsulat przyjeżdżały samochody, kierowcy dawali sygnały wsparcia.
Dostawaliśmy telefony od mieszkańców: „Mam dom, mogę przyjąć osiem osób”.
Czy były
momenty szczególnie trudne?
– Tak, na
przykład, gdy pojawiła się prośba o wysłanie pomocy do Mariupola. Musiałem
odmówić, bo miasto było już otoczone przez wojska rosyjskie i transport nie
miał szans dotrzeć. To była bardzo bolesna decyzja.
Jak układała
się współpraca z lokalnymi władzami?
– Bardzo
dobrze. Nigdy nie spotkałem się z odmową pomocy czy rozmowy. Szczególnie
doceniam zaangażowanie samorządów, w tym prezydent miasta Aleksandry
Dulkiewicz. Udało się rozwinąć partnerstwa między regionami, m.in. z Odessa.
Ilu
obywateli Ukrainy przebywa obecnie w woj. pomorskim?
– Dokładnych
danych nie ma, ale szacujemy, że w Trójmieście mieszka od 60 do 80 tys.
Ukraińców, a w całym województwie pomorskim – do 100 tys. Około 20-30 proc.
osób, które przyjechały po wybuchu wojny, wróciło do kraju lub wyjechało dalej.
Kijów
to nasz dom i chcemy wracać. Oczywiście jest lęk, szczególnie o dziecko, bo
nocne ataki dronów mogą zdarzyć się w każdej chwili.
Czy na
przestrzeni lat zmieniło się nastawienie Polaków do pomocy Ukrainie?
– Myślę, że
stało się bardziej racjonalne. Pomoc nie jest już tak masowa jak w 2022 roku,
ale większość społeczeństwa nadal uważa, że Ukrainę trzeba wspierać. W
codziennych relacjach nadal odczuwamy życzliwość.
Kończy pan
misję i w marcu br. wraca do Ukrainy. Jakie refleksje towarzyszą temu
powrotowi?
– Przyjechałem
do kraju, o którym niewiele wiedziałem, a wyjeżdżam bogatszy o doświadczenie,
znajomość języka i relacje z ludźmi. To były ponad cztery bardzo intensywne
lata.
Wraca Pan do
Kijowa, miasta wciąż atakowanego. Czy to budzi obawy w rodzinie?
– Kijów to
nasz dom i chcemy wracać. Oczywiście jest lęk, szczególnie o dziecko, bo nocne
ataki dronów mogą zdarzyć się w każdej chwili. Jest to jednak część naszego
życia. My walczymy za naszą wolność i musimy to przetrwać.
Jak widzi pan
przyszłość?
– Wierzę, że
Ukraina nie przegra. Z pomocą Polski i innych państw nie pozwolimy, by agresja
poszła dalej. Będziemy walczyć do końca.