niedziela, 19 kwietnia 2026
Imieniny: PL: Alfa, Leonii, Tytusa| CZ: Rostislav
Glos Live
/
Nahoru

Z gitarą między kontynentami  | 22.02.2026

Do Michała Ranosza pasuje szereg określeń: człowiek wielu zawodów, łowca przygód, wolny duch kochający podróże po Kanadzie, gitarzysta, śpiewak, mąż, ojciec gromadki dzieci. I to jeszcze nie wszystko.

Ten tekst przeczytasz za 9 min. 15 s
Michał Ranosz gra i śpiewa przy kominku piosenki, do których teksty napisał jego ojciec. Fot. Danuta Chlup

Od czego rozpocząć rozmowę z takim człowiekiem? Próbuję od muzyki, a to sprawia, że błyskawicznie przenosimy się za ocean. – Moje granie zaczęło się w Kanadzie. Kiedy przed laty posypało mi się małżeństwo, postanowiłem wyjechać w świat. – Pan Michał zaczyna opowieść przy kawie w domu swoich rodziców w Czeskim Cieszynie. Mieszka w Bystrzycy, lecz na czeskocieszyńskim Rozwoju nie spotkaliśmy się przypadkowo. Większość tekstów, które adaptuje na piosenki, została napisana przez jego ojca. Ale po kolei.

Michał Ranosz z dwóch powodów obrał sobie za cel Kanadę: razem z tatą lubił oglądać westerny i ciekaw był miejsc związanych z gorączką złota, a prócz tego jeździł na snowboardzie i marzył o słynących ze śnieżnego puchu stokach w okolicy Vancouveru. – Wyjechałem na sześciotygodniowy pobyt edukacyjny ze Student Agency, a zostałem w Kanadzie przez 17 lat – mówi.

Na miejscu się przekonał, że w Vancouverze nietrudno o pracę, tym bardziej, gdy ma człowiek konkretne umiejętności. Był po kursie spawania, zatrudnił się zatem w firmie spawającej duże konstrukcje, na przykład mosty. Potem razem z pewnym Słowakiem zaczął pracować jako malarz pokoi i elewacji (wyjaśnia, że tam domy są drewniane i nie mają takich tynków jak u nas, elewacje się po prostu maluje), a gdy nauczył się rzemiosła, usamodzielnił się i zaczął sobie organizować pracę według własnych zasad. Jakich?

Vancouver prezentuje się okazale. Fot. ARC

– Odkryłem, że człowiek nie musi harować pięć dni w tygodniu przez osiem godzin, brać kredytów, być uzależnionym od pracy i niewiele mieć z życia. Chciałem mieć więcej wolnego czasu, podróżować. Nauczyłem się pracować przez 5-6 godzin cztery razy tygodniowo i zupełnie mi to wystarcza. Nie pojechałem do Kanady, aby się dorobić i przywieźć do domu kasę, chciałem przede wszystkim dużo zobaczyć i przeżyć – przekonuje.

Dziki Zachód na żywo

Marzenia, z jakimi leciał do Kanady, się spełniły. Zobaczył Dziki Zachód, uprawiał snowboarding na legendarnym puchu. Tłumaczy, że Vancouver leży nad oceanem i to sprawia, że klimat tam jest łagodny – w lecie nie ma upałów, w zimie mrozów. Dlatego też sporo Kanadyjczyków przenosi się tam na emeryturę. Ale już kawałek dalej na północ, choćby w Whistler, gdzie rozgrywano część dyscyplin Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2010 roku, śniegu bywa mnóstwo, a temperatury spadają zimą do -20 czy nawet -30 stopni.

Vancouver leży w prowincji Kolumbia Brytyjska graniczącej z Jukonem. „Westernowe” miasteczka w Jukonie wyglądają, zdaniem Ranosza, podobnie jak w epoce gorączki złota. Ludzie jeżdżą konno, hodują krowy, nadal pozyskuje się tam złoto, choć dziś za pomocą kombajnów, a konie nie są jedynym środkiem lokomocji. Ulice, styl zabudowy, kowbojskie bary przypominają te z filmów przygodowych o Dzikim Zachodzie. – To takie skanseny nastawione na turystów, ale ludzie normalnie tam mieszkają – wyjaśnia pan Michał.

Już jako dziecko uczył się gry na instrumentach, chodził do szkoły muzycznej na skrzypce, później na perkusję. W Kanadzie zaczął grać na gitarze, bardziej pasowała do muzyki country, do śpiewu przy ognisku.

– Jako perkusista grałem w Vancouverze w kapeli rockowej, w różnych klubach w mieście i okolicy. Ale spotykałem się także z grupami grającymi country – opowiada. – Śpiewałem po angielsku, ale też w naszej gwarze, gdy wspominałem Beskidy. Wymyślałem teksty i układałem do nich muzykę.

Kamperem po Kanadzie

Zasada, aby pracy zarobkowej poświęcić tylko tyle czasu, ile jest konieczne, przełożyła się na styl życia Michała Ranosza. Dużo podróżował, przejechał całą Kolumbię Brytyjską, Jukon, Terytoria Północno–Zachodnie, dotarł aż za krąg polarny. Najpierw miał bazę w okolicach Vancouveru, później kupił sobie kampera. Jeździł po Kanadzie i pracował tam, gdzie akurat przebywał. W końcu go sprzedał, osiadł na farmie pewnego starszego Szkota i przerobił sobie na dom kupiony od niego kontener – taki zwykły, jakimi wozi się towar statkami.

Widok na kanadyjską miejscowość Squamish z góry Stawamus Chief. Fot. ARC M. Ranosza

Kolejnym ciekawym doświadczeniem Michała Ranosza, takim z dreszczykiem emocji, były prace na wysokości – malowanie elewacji drapaczy chmur – w firmie pewnego Polaka, również Michała. Asekurowany na linach, na chwiejnej platformie spuszczanej z dachu wysokościowca, spoglądał nieraz w dół z wysokości kilkudziesięciu pięter.

Zgoła odmiennym doświadczeniem była praca statysty w filmach. – W Vancouverze są znane studia filmowe, nazywane „West of Hollywood”. Kręci się tam znane seriale. Był taki okres, kiedy takich drobnych ról w filmie miałem tyle, że tylko to robiłem – opowiada Ranosz. – Udało mi się na przykład być przez chwilę na planie razem z takim słynnym aktorem jak Antonio Banderas. Wtedy pomyślałem o aktorstwie.

Z tym wiązała się decyzja o zapisaniu się na kurs kaskaderski. Ostatecznie okazała się niezbyt fortunna, chociaż…. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Pan Michał zaraz na początku kursu upadł tak nieszczęśliwie, że poważnie poranił sobie kolano. Konieczna była operacja.

– Nie było mnie stać na operację w Kanadzie, wiedziałem, że muszę wrócić do domu i gdzieś tutaj dać się zoperować – przyznaje.

Do Krakowa po żonę

Wrócił, wyleczył kolano i w wieku 42 lat zapisał się do dwuletniej prywatnej szkoły teatralnej w Krakowie. Pojechał nad Wisłę, szukał miejsca, gdzie na początek mógłby się zatrzymać i na radę znajomego trafił na ulicę Czarodziejską, gdzie wynajmowało mieszkanie kilka studentek z Zaolzia. Tam poznał przyszłą żonę Anetę. Od blisko sześciu lat są małżeństwem i mieszkają w Bystrzycy. Mają już trójkę dzieci, czwarte jest w drodze. Pan Michał zajmuje się, podobnie jak w Kanadzie, malowaniem ścian i elewacji, prócz tego restauruje podłogi, drzwi, framugi. Jako aktor nie pracuje, ale może w przyszłości... Nie wyklucza tego, tak samo jak powrotu do Kanady.

– Mam kanadyjskie obywatelstwo, chyba po sześciu latach pobytu udało mi się go wyrobić. Musiałem owszem zdać egzamin z angielskiego i z historii Kanady. Załatwiłem je już także moim dzieciom. W każdej chwili moglibyśmy wyjechać do Kanady, już dwa razy tam zresztą byliśmy. Dom z kontenera wynająłem pewnemu Czechowi, a on przechowuje tam moje rzeczy, zostały tam nawet moje narzędzia, których używałem do pracy.

Ojciec pisze wiersze

W domu starszych państwa Ranoszów w Czeskim Cieszynie dużo jest książek –Władysław Ranosz zawsze bardzo lubił czytać. Są także zeszyty i luźne kartki z jego wierszami. Nie liczył, ile ich napisał, ale szacuje, że ok. pięćdziesięciu, część podczas przerw w pracy na suwnicy w Hucie Trzynieckiej. Pisze w gwarze, w wierszach wraca do dzieciństwa, gdy spędzał lato u starki na mosteckich Szańcach, nawiązuje do teraźniejszości. Niektóre jego wiersze, w tym „hymn Bukowca” zostały opublikowany w lokalnym periodyku w Bukowcu. Pan Władysław przyznaje, że mieszkająca w tej podgórskiej wiosce jego córka Gabriela Pazdera – zmarła w 2022 roku znana folklorystka, działaczka, konferansjerka Gorolskigo Święta w Jabłonkowie – była osobą, która motywowała go do dalszej twórczości. Po jej śmierci również napisał wiersz do bukowieckiej gazety – smutny, żałobny. – Może kiedyś napiszę treny jak Kochanowski – mówi, a ja nie jestem pewna, czy to taki smutny żart, czy faktycznie o czymś takim myśli.

Władysław Ranosz napisał kilkadziesiąt utworów. Fot. Danuta Chlup

Już ponad dziesięć lat temu Władysław Ranosz napisał na prośbę polskiej szkoły w Bukowcu gwarową sztukę pt. „Stary bacza”. Główne role zagrali jego wnukowie Ondra i Wojta, wówczas uczniowie podstawówki.

Starszy pan pokazuje mi broszurkę z jego wydrukowanymi wierszami – niespodziankę, którą przygotowała mu kiedyś córka z okazji jubileuszu. Prawie wszystkie zawarte w niej wiersze mają już także formę piosenek. To z kolei zasługa syna Michała.

– Śpiewam i gram piosenki do tekstów taty, razem ze mną występują czasem dzieci siostry: Ondra, Wojta i Johanka – ta skończyła śpiew operowy w Ostrawie. Występowaliśmy na przykład na rynku w Czeskim Cieszynie. Mam taki plan, aby w Bystrzycy zorganizować koncert charytatywny dla Mary’s Meals, organizacji, która zapewnia bezpłatne obiady szkolne dla dzieci w najbiedniejszych krajach, głównie w Afryce. Chciałbym zaprosić na ten koncert także jakieś góralskie kapele – snuje plany.

Jedna data jest już pewna – 9 marca Michał Ranosz będzie grał na gitarze i śpiewał dla pań na wieczorze poetycko-muzycznym z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet w Bibliotece Miejskiej w Cieszynie.


Może Cię zainteresować.