Pisałeś o
wielu postaciach z kultury polskiej, które zmagały się z XX wiekiem. Mam
wrażenie, że Gałczyński chyba najbardziej z nich wszystkich poległ w tej walce –
genialny poeta okazuje się konformistą. Zgadzasz się z tym?
– Nie.
Podjąłbym się obrony Gałczyńskiego. Wszyscy moi bohaterowie żyli w XX wieku, w
czasie dwóch największych wojen w dziejach ludzkości, i borykali się z
największymi totalitaryzmami, jakie trafiły się w historii świata, niemieckim
nazizmem i stalinizmem. I wszyscy jakąś ścieżką w tamtej rzeczywistości musieli
pójść, dokonać wyborów, próbować jakoś żyć. A nie każdy człowiek to materiał na
bohatera. Ale nie wydaje mi się, żeby Gałczyński był ze wszystkich największym
oportunistą. Był za to chyba jedną z najbardziej tragicznych postaci wśród
moich bohaterów. Poetą, takim trochę z XIX-wiecznych wyobrażeń, który nic
innego w życiu nie potrafił. Każdy z pozostałych moich bohaterów miał jeszcze
jakiś zawód w ręku. Jak Brzechwa, który był prawnikiem, czy Tuwim zarabiający
naprawdę duże pieniądze na pisaniu tekstów do kabaretów. Gałczyński był
człowiekiem słabym, dodatkowo uzależnionym, a bardzo kochał Natalię, swoją
żonę, i chciał dać uwielbianej kobiecie życie, na które jego zdaniem
zasługiwała. A potrafił tylko pisać wiersze. Przez trzy miesiące był
urzędnikiem w jakimś towarzystwie emigracyjnym, przez kolejne trzy w
magistracie, przez dwa lata pracował w konsulacie w Niemczech, gdzie nic nie
robił. Mógł żyć wyłącznie z pisania. I właśnie po to, żeby mieć pieniądze i móc
opiekować się żoną, a potem też córką, przed wojną i po niej prócz przepięknej
poezji wypisywał głupoty.
Wprost
nie do wiary, że autor „Zaczarowanej dorożki” był też autorem listu „Do
przyjaciół z »Prosto z mostu«”.