niedziela, 8 marca 2026
Imieniny: PL: Beaty, Juliana, Wincentego| CZ: Gabriela
Glos Live
/
Nahoru

Przygoda życia w Nowym Jorku. Gimnazjaliści pracowali nad rezolucjami ONZ  | 24.02.2026

Trójka uczniów Polskiego Gimnazjum im. J. Słowackiego w Czeskim Cieszynie wróciła z tygodniowego pobytu w Nowym Jorku. Tegoroczni maturzyści Maria Wania, Tiffany Sajdok i Mateo Rucki przez pięć dni uczestniczyli w symulacjach obrad Organizacji Narodów Zjednoczonych przeznaczonych dla uczniów szkół średnich i studentów. Dwoje z nich przyszło się podzielić wrażeniami do Redakcji „Głosu”.

Ten tekst przeczytasz za 10 min. 15 s
Mateo Rucki, Tiffany Sajdok i Maria Wania w Nowym Jorku. Fot. ARC uczestników

Spróbujcie w paru słowach opisać Nowy Jork.
Maria Wania:– Opisałabym je jako miasto bardzo zróżnicowane, otwarte – czułam, że mogę z kimkolwiek pogadać, nawiązać przyjaźń, od przypadkowej, zwykłej osoby na ulicy po celebrytę, którego spotkaliśmy w windzie w naszym hotelu.
Mateo Rucki: – Nowy Jork można opisać jakimkolwiek słowem – i to mi się na tym mieście bardzo podoba. W Nowym Jorku wszystko jest możliwe. Na początku byliśmy kompletnie przebodźcowani tym wszystkim, co tam widzieliśmy. A potem któregoś dnia czekam w kolejce na śniadanie, obok mnie pan z dredami opakowanymi w folii aluminiowej, każdy dred sterczy w górę, około pół metra długości każdy, a mnie już nawet coś takiego nie zdziwiło.

Czyli nie byliście tylko zamknięci na obradach. Mieliście okazję poznać trochę miasto?
Maria: – Obrady trwały przez pięć dni, od godziny dziewiątej do siedemnastej trzydzieści, z przerwą na obiad. Były bardzo intensywne. Po ich zakończeniu nie mieliśmy sił na więcej niż zwiedzenie jednego miejsca i powrót do hotelu. Czułam się, jak bym pracowała w jakiejś korporacji, tak bardzo byłam zmęczona. Ale przedłużyliśmy pobyt i dodatkowe dni przeznaczyliśmy na zwiedzanie. Zobaczyliśmy bardzo dużo. Każdego dnia zaliczyliśmy ok. 27 tys. kroków.

Co udało wam się zobaczyć?
Mateo: – Ponieważ obrady odbywały się w centrum, podczas każdego wyjścia na obiad czy kolację mijaliśmy znane miejsca. Patrzymy – a tu siedziba „New York Times”, idziemy dalej – Grand Central Station. Ale specjalnie dodaliśmy trzy dni, żeby zrobić całodniowe wycieczki. Udało nam się zobaczyć wszystkie znane miejsca Manhattanu, korzystaliśmy z metra, przeszliśmy się po słynnym Brooklyn Bridge do dzielnicy Brooklyn i popłynęliśmy promem na Staten Island, po drodze podziwiając Statuę Wolności. Skorzystaliśmy nawet z trochę mniej znanej kolejki linowej, z której można podziwiać panoramę miasta.

Nowojorskie metro nie cieszy się najlepszą opinią…
Maria: – To w dużej mierze zależało od konkretnej stacji. Z wyglądu wszystkie były podobnie, ale zapachem się różniły. Niektóre pachniały neutralnie, niektóre nawet ładnie, a inne wręcz śmierdziały i było tam nie do wytrzymania. O nowojorskim metrze różne rzeczy się opowiada, i sama, zwłaszcza wieczorem, może bym się trochę bała, ale jeździliśmy grupą i nie, powiedzmy, o północy, więc czułam się bezpiecznie.

Obrady odbywały się w siedzibie ONZ?
Mateo: – Modelowe obrady ONZ są organizowane na całym świecie – w ramach jednego państwa, nawet w ramach jednego uniwersytetu czy szkoły średniej. My byliśmy na zjeździe ogólnoświatowym. Oficjalny początek obrad i ich zakończenie odbyły się w siedzibie ONZ, główne obrady toczyły się w hotelowych salach konferencyjnych. W tych hotelach także mieszkaliśmy, znajdowały się blisko centrum. Każde z nas pracowało w innym komitecie, zajmującym się innym tematem.
 
GALERIE Gimplocy w Nowym Jorku
 
Zaskoczyła mnie informacja, że byliście delegatami zupełnie obcych państw.
Maria: – To właśnie było celem, żeby nikt nie reprezentował swojego kraju, może też dlatego, że z niektórych były liczne delegacje, na przykład z Włoch, z innych pojedyncze osoby. Ja reprezentowałam Chiny, Tiffany Sierra Leone, Mateo Norwegię.

To oznaczało, że musieliście najpierw dowiedzieć się czegoś więcej o „swoim” kraju i odpowiednio się przygotować?
Maria: – Ja byłam w komisji do spraw statusu kobiet. Czytałam artykuły na ten temat, starałam się zebrać jak najwięcej informacji. Podczas dyskusji musiałam bronić stanowiska Chin, nawet jeżeli się z nim nie zgadzałam. Cały czas musiałam pamiętać o tym, że to, co mówię, musi być zgodne z oficjalnym podejściem Chin. Wspólnie tworzyliśmy dokument końcowy – rezolucję. I to nie taką, którą przegłosuje większość. Celem było to, aby ostatecznie wszystkie państwa zgodziły się z jej ostatecznym brzmieniem.
Mateo: – Miałem reprezentować Norwegię. Najpierw sobie powiedziałem – okay, kraj europejski, będzie fajnie. Ale wszystko zależało od tematu i komitetu. Zostałem przydzielony do komitetu pierwszego Zgromadzenia Ogólnego ONZ. To komitet zajmujący się sprawami rozbrojenia, bezpieczeństwa międzynarodowego i kontrolą zbrojeń. Konkretnym tematem były śmiercionośne autonomiczne systemy uzbrojenia.Problem z tym jest taki, że nie ma ogólnej definicji, z którą zgodziłyby się wszystkie państwa. Ogólnie to są te wszystkie drony, które myślą w sposób autonomiczny i które same od siebie decydują, czy zaatakują jakiś cel, czy to jest cel wojskowy, czy cywilny. Naszym zadaniem było opracowanie rezolucji w sprawie tych broni, z którą zgadzałyby się wszystkie państwa. Bardzo mi się podobało, że choć broniliśmy odmiennych opinii, nigdy się nie pokłóciliśmy. Najpierw ustalono listę tematów, które miały znaleźć się w dokumencie. Następnie poszczególne grupy regionalne przygotowywały propozycje akapitów preambuły – opisujących kontekst i sytuację – oraz akapitów operacyjnych, czyli zawierających konkretne działania i rozwiązania. Wszystko było formułowane w dyplomatyczno-prawnym języku.
W kolejnych etapach wspólnie negocjowaliśmy treść dokumentu – wybieraliśmy, łączyliśmy i wielokrotnie poprawialiśmy poszczególne zapisy aż do momentu, gdy wszystkie państwa doszły do konsensusu.
Maria:– Mówimy dobrze po angielsku, ale posługujemy się raczej językiem codziennym. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do komunikowania się w takim dyplomatycznym języku. Niektórzy uczestnicy dosłownie żyją tymi debatami, uczestniczyli już w nich wiele razy. I byli bardzo dobrze przygotowani, świetnie się orientowali nie tylko w temacie, ale w całym ONZ. Z drugiej strony były też osoby, które prawie w ogóle nie angażowały się w dyskusji. Biorąc pod uwagę, że my byliśmy tam po raz pierwszy, dobrze sobie radziliśmy.

Maria Wania i Mateo Rucki w naszej redakcji w Cz. Cieszynie. Fot. Norbert Dąbkowski

Mogliście liczyć na wsparcie grupy?
Mateo: – Żaden wyjazd w życiu nie dał mi tyle co ten, choć to nie był wyjazd, który bym wspominał słowami: „tam było tak zabawnie, tak śmiesznie”. Było to bardzo motywujące, bo na przykład prowadzący obrady naszego komitetu był dawniej ich uczestnikiem. I powiedział nam, że na pierwszych pięciu czy sześciu obradach w ogóle się nie odzywał. Dzięki temu też wiedział, że dużo ludzi boi się włączyć do dyskusji. Organizatorzy naprawdę się starali, żeby nikt się nie bał zabrać głosu, nie został wykluczony.

W dzisiejszym świecie trudno o porozumienie, konsensus czy choćby tolerancję odmiennego poglądu – w polityce, w mediach społecznościowych i tak dalej. Każdy forsuje swoje. Wy uczestniczyliście w obradach, gdzie dojście do porozumienia i poszanowanie odmiennych poglądów było konieczne. Uważacie, że takie doświadczenie przyda się w życiu?
Maria: – Tam trzeba było uważnie słuchać innych, poznać ich poglądy. To by się przydało także tutaj, żebyśmy nauczyli się wzajemnie słuchać i dojść do porozumienia, a kiedy ktoś ma odmienny pogląd, to nie starać się go od razu „przegłosować”.
Mateo: – To mi się tak bardzo podobało… Wszystkie osoby były tak emocjonalnie dojrzałe, że naprawdę można było powiedzieć cokolwiek. W pewnym momencie Norwegia chciała wprowadzić ograniczenia autonomicznych broni, USA nie chciały żadnych ograniczeń, ale pierwszą rzeczą, którą powiedziała delegatka Stanów, było: „Ok, co mamy wspólnego? Co możemy razem zrobić? W czym się zgadzamy?” I to jest tak ważna rzecz w dzisiejszym świecie, aby dojść do porozumienia – czy to w rodzinie, czy w szkole, wśród znajomych.

Na koniec lżejsze pytanie: co wam najbardziej smakowało w Nowym Jorku?
Maria: – Ze względu na to, że wszystko toczyło się w centrum, restauracje oferujące klasyczne obiady były dla nas i cenowo, i czasowo niedostępne, dlatego na obiady i kolacje chodziliśmy najczęściej do fast foodów. Na śniadanie często kupowaliśmy w kawiarniach bajgle – bułki z dziurą w środku. Mój ulubiony bajgiel był z bekonem, serem i jajkiem.
Mateo: – Dla mnie też były idealnym śniadaniem. Te wszystkie fast foody są smaczne, owszem raz na jakiś czas. Od naszych różnią się tym, że wszystko tam jest większe, tłustsze i słodsze. Najbardziej mi smakowało, kiedy po kilku dniach jedzenia typowo amerykańskich posiłków poszliśmy do indyjskiej restauracji.
Tiffany Sajdok o pobycie w Nowym Jorku
Byłam w szóstym komitecie Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Moim podtematem było wzmacnianie rządów prawa. Reprezentowałam afrykańskie państwo Sierra Leone i w rozmowach z innymi delegatami krajów afrykańskich zgodziliśmy się co do tego, że państwa te potrzebują dużo pomocy finansowej i na przykład w zakresie edukacji od państw, które są w lepszej sytuacji.
Podobało mi się, że byłam delegatką za Sierra Leone, ponieważ miałam już wcześniej okazję pojechać do Afryki i zorientować się, jak to tam wygląda, dzięki temu Afryka stała mi się bliższa.
Pobyt w Nowym Jorku dał mi dużo inspiracji do życia. Interesuję się sprawami dyplomatycznymi, trochę też politycznymi. Teraz w czwartej klasie gimnazjum staram się zdecydować, jaką drogą pójdę w przyszłości i trochę mnie to zmotywowało do tego, żeby spróbować czegoś w tym zakresie. Poznałam także wielu kolegów z innych państw, na przykład z Kostaryki czy Papui – Nowej Gwinei. Chciałabym jeszcze kiedyś pojechać na następne debaty. Wiem już teraz, jak się do tego przygotować i jak to całe przebiega. 



Może Cię zainteresować.