wtorek, 25 czerwca 2024
Imieniny: PL: Łucji, Witolda, Wilhelma| CZ: Ivan
Glos Live
/
Nahoru

Pop Art: HANIA RANI – On Giacometti (recenzja). Pod jej dłonią fortepian śpiewa | 22.05.2023

Hania Rani, jedna z gwiazd tegorocznych Coloursów, polska kompozytorka łącząca neoklasycyzm z elektroniką, wydała wiosną świetny album „On Giacometti”. Dla wędrowców zakochanych w krainie łagodności to pozycja obowiązkowa. 



Ten tekst przeczytasz za 5 min. 30 s
Fot. mat. pras.

Jedna z gwiazd zbliżającego się festiwalu muzycznego Colours of Ostrava (19-22 lipca), polska kompozytorka, pianistka i wokalistka Hania Rani (prawdziwe nazwisko Hanna Maria Raniszewska), nagrała w tym roku kolejny wyjątkowy album. Fanom muzycznego minimalizmu tej artystki nie trzeba bliżej przedstawiać, pozostałym słuchaczom polecam z całego serca właśnie najnowsze wydawnictwo „On Giacometti” nagrane w hołdzie dla tworzącego we Francji szwajcarskiego rzeźbiarza i malarza Alberto Giacomettiego (1901–1966), jednego z pionierów rzeźby modernistycznej na pograniczu ekspresjonizmu i surrealizmu. 

Hanię Rani, wielką miłośniczkę sztuki współczesnej, do nagrania muzyki opisującej dzieło szwajcarskiego mistrza nie trzeba było długo namawiać. Album posłużył za ścieżkę dźwiękową do filmu dokumentalnego o legendarnym artyście w reżyserii Susanne Fanzun, zawiera jednak tak uniwersalną muzykę, że idealnie słucha się go również w samotności, bez bodźców wizualnych. Zresztą każda z trzynastu kompozycji na płycie to samodzielna, przepiękna muzyczna ilustracja, wystarczy tylko zamknąć oczy i zanurkować trochę głębiej, niż zwykle. 



Urodzona w 1990 roku w Gdańsku Hania Rani stworzyła własny, rozpoznawalny od pierwszych tonów styl grania na fortepianie. Nieco inny, niż Ludovico Einaudi czy Ólafur Arnalds, z którymi to kompozytorami często jest porównywana. Jej muzyka znacznie mocniej zahacza o neoklasycyzm spopularyzowany w ostatnich dwóch dekadach najpełniej przez Maxa Richtera, a wyczuwalny w wielu utworach dysonans jest jej znakiem firmowym. Wspomniana dysharmonia na płycie „On Giacometti” została najbardziej zaznaczona w genialnym temacie „Time”, ukrytym pod numerem 10. W oddali słychać stary, jak gdyby nieco zepsuty zegar, na pierwszym planie zaś fortepian kreślący cudowną melancholię. Z fenomenem czasu zmierzyło się w swoich utworach wielu wspaniałych artystów. Art rockowa grupa Pink Floyd na swoim kultowym albumie „The Dark Side Of The Moon” (1973) stworzyła z tego tematu prawdziwe arcydzieło, z kolei włoski kompozytor Ludovico Einaudi, bardzo bliski sercu naszej bohaterki, na albumie „In a Time Lapse” (2013) czas potraktował jako swoistą podróż po własnych, najważniejszych doświadczeniach w życiu. Oddając się w pełni muzyce zawartej na „On Giacometti”, utożsamimy się z przemijaniem tak, jak gdyby był to nasz najlepszy przyjaciel. 

Album rozpoczyna się od nieco kosmicznej inwokacji „Allegra” wywołującej obrazy rodem ze „spotkania trzeciego stopnia” z przybyszami z obcej planety. Szybko jednak schodzimy w rejony muzycznej medytacji za sprawą „Spring”, drugiego, pachnącego wiosennym deszczem tematu, w którym Hania Rani już w pełni oddała się grze na fortepianie. „Stampa” swoim spokojnym majestatem chwili w ciągu zaledwie dwóch minut wprowadza słuchacza w najbardziej dynamiczny utwór w zestawieniu – „Struggle”, którego też jednak artystka nie przeciągała poza granice wytrzymałości. Atmosfera chwili, a nie męczenie fortepianu, w tej muzyce liczy się przecież najbardziej. W dwóch utworach pojawiła się gościnnie długoletnia współpracowniczka Hani Rani, wiolonczelistka Dobrawa Czocher. Najpiękniej, przynajmniej dla mnie, w temacie „In Between”, w którym rytmicznie brzmiąca wiolonczela zamieniła się prawie w perkusję.


Hania Rani nagrywała płytę na szwajcarskim bezludziu, pośród górskich pejzaży. Jak zdradziła w jednym z wywiadów poprzedzających wydanie „On Giacometti”, „dom znajdował się w dolinie otoczonej wysokimi górami, gdzie zimowe słońce nie wschodziło na zbyt długo”. Myślę, że właśnie siódmy na płycie „Knots”, z przetworzonym komputerowo fortepianem, najbardziej oddaje klimat gór, zwłaszcza zaś wyjątkową dla pustkowia ezoteryczną akustykę. Znacznie bardziej – wbrew temu, co sugeruje nazwa – niż jedenasty w zestawieniu „Mountains”, spokojny, zrównoważony harmonijnie, przypominający raczej spacer po plaży niż górską wędrówkę. O tym, jak mocna potrafi być przyroda, słychać też w temacie „Storm”. Wsłuchując się w ten piękny utwór nie sposób jednak nie zauważyć, że ta burza szybko minie i znów wyjdzie słońce. Wiara w lepsze jutro wpisuje się w klimat romantycznego „Dreamy”, utworu utrzymanego w rytmie walca, chyba najbardziej zbliżonego do dokonań jednego z moich ulubieńców, Ludovica Einaudiego. 

Polska kompozytorka chciała na płycie zmieścić szeroki wachlarz uczuć, które formowały artystę podczas jego kariery twórczej. Wspomnienia z dzieciństwa, tak ważne dla każdego z nas, pojawiły się w finale albumu. „Annette” opisuje matkę wspierającą syna w chwilach sukcesu, ale też zwątpienia. Hania Rani na sam koniec płyty wybrała temat będący hołdem dla samego Giacomettiego. „Alberto”, wtopiony w przestrzeń pomiędzy pędzlem a klawiszem fortepianu, w podniosły sposób wieńczy cały album. Jestem ciekaw, czy Rani odważy się zagrać w całości „On Giacometti” na swoim koncercie w ramach tegorocznych Coloursów. Wiem jednak na pewno, że jej występ zaplanowany na środę 19 lipca, w pierwszym dniu festiwalu, będzie niezapomnianym przeżyciem. 








Może Cię zainteresować.