Pre-teksty i kon-teksty Łęckiego: Chwała i chała | 21.08.2025
Zapisać się w historii… Któż by nie chciał? Co prawda Rosjanie
powiadają, że im ciszej jedziesz, tym dalej dojedziesz. Ale jedno z drugim się
wszak nie wyklucza – sława dająca przepustkę do wielkiej historii może zaczynać
się nawet od niepozornej życiowej drogi. Nie wierzycie?
Ten tekst przeczytasz za 6 min. 30 s
Zdjęcie ilustracyjne. Fot. Pixabay
„Cała
przeciętna drobnomieszczańska egzystencja absolutnie nie zapowiadała jego
burzliwej przyszłości” – tak pisał o jednym z najbardziej znanych (i krwiożerczych)
rewolucjonistów Jan Baszkiewicz. Dodajmy, że w przedrewolucyjnej części
biografii Maksymiliana Robespierre’a na wspomnienie zasługuje może jedno,
jednak symboliczne wydarzenie. Otóż przed rewolucją późniejszy kat arystokracji
(i nie tylko) wygłaszał na kolanach mowę na cześć Ludwika XVI, który – jak wiadomo – dokonał
żywota pod gilotyną. Ale, ale… Kto chce poznać koniec rewolucyjnej kariery
Robespierre’a, niech zajrzy do obszernego, właśnie wydanego tomu Colina Jonesa
„Upadek Robespierre’a. Ostatnie 24 godziny terroru”.
I
Okres
rewolucyjnego Wielkiego Terroru trwał nad Sekwaną niecały rok. Były terrory (i
ludobójstwa), które dręczyły (i niszczyły) społeczeństwa znacznie dłużej. Taki
Hitler będzie zapamiętany w historii z pewnością. No cóż, niedawno sympatyczna
pracownica księgarni w Galerii Katowice, gdy kupowałem poświęcony Hitlerowi
reportaż biograficzny zapytała – dlaczego nie piszą takich tomów o postaciach
pozytywnych, o dobrych ludziach po prostu? Tak, to – jak mawiał filmowy
Stirlitz – jest materiał do
przemyślenia.
II
Peter
Bamm, niemiecki lekarz wojskowy, wspomina po latach okres II wojny światowej,
czasy Zagłady: „Wiedzieliśmy o tym. Nie zrobiliśmy nic. Każdy, kto by poważnie
zaprotestował, albo podjął jakieś działania przeciwko jednostce likwidacyjnej,
zostałby aresztowany w ciągu 24 godzin i zniknąłby bez śladu. Perfidia
współczesnych systemów totalitarnych polega między innymi na tym, że nie
pozwalają, by ich przeciwnicy umarli wspaniałą, dramatyczną śmiercią
męczenników za swoje przekonania”. Odarcie tych, którzy sprzeciwiliby się złu z
szacunku, sprawia, że niemiecki lekarz nie zawahał się nazwać ich poświęcenia
daremna ofiarą, ofiarą praktycznie bezużyteczną. Ten punkt widzenia, nie jest
ani specjalnie oryginalny, ani nawet nowy. I nie idzie tu o pokazowe procesy
stalinowskie z lat 30., w których oskarżeni przyznawali się nie tylko do
zbrodni niepopełnionych, ale i takich, których, najzwyczajniej nawet nie mogli
popełnić. Nie idzie nawet o całą straszliwą maszynerię totalitaryzmu
zobrazowaną przez George’a Orwella w
powieści „1984”, idzie o czasy znacznie, znacznie dawniejsze.
III
Oglądałem
jakiś czas temu komiksowy film Franka Millera „300” – historię walki garstki
Spartan, którzy w wąwozie Termopile 480 p.n. Ch. stawili czoła nieprzeliczonej
armii króla perskiego, Kserksesa. Dialog Kserksesa z królem Spartan, Leonidasem
jest ciekawy. Kiedy Leonidas nie daje się skusić, by stać się zdrajcą całej
Grecji i walczyć u boku wielkiego Króla, Kserkses powiada – „W waszym
poświęceniu nie będzie chwały. Wymażę z historii nawet pamięć o Sparcie. Każdy
grecki pergamin zostanie spalony, każdemu greckiemu historykowi i skrybie
wyłupimy oczy i utniemy języki! Samo wymówienie słów Sparta czy Leonidas będzie
karane śmiercią. Świat zapomni o tym, że w ogóle istnieliście”. Leonidas
ripostuje: „Świat będzie wiedział, że wolni ludzie stawili czoło tyranowi, że
niewielu stawiło czoła wielu…”. Oczywiście, wiemy to – i taki był też
dydaktyczny wymiar filmu – to Leonidas miał rację, to jego imię znają wszyscy,
a bohaterska obrona Termopil, choć wydać się mogła daremna – poległ król Spartan
ze swoim 300 osobowym oddziałem, polegli
wspierający go w niewielkiej liczbie inni Hellenowie, droga do Grecji środkowej
stanęła przez Kserksesem otworem. O przejściu przez Termopile zadecydowała
zdrada Greka, nie zapominajmy o tym. Ale przeszedłszy wąwóz – i zdobywszy całe
połaci Hellady – Wielki Król poniósł wreszcie klęskę w bitwie morskiej pod
Salaminą, potem pod Platejami. I
ostatecznie musiał się wycofać z Europy.
Przegrał w rzeczywistości, i przegrał w ludzkiej pamięci, a przynajmniej
przegrywał będzie tak długo, dopóki Europejczycy nie zatracą zmysłu orientacji
i nie dadzą sobie wmówić, że za Kserksesem
też stoją jakieś wartości. To nie przypadek, że degenerat Kserkses
przekonuje Leonidasa: „Nasze kultury mogą wiele się od siebie nawzajem
nauczyć”. Odpowiedź Leonidasa, po stratach jakie zadał wojsku Kserksesa, wydać
się może ironiczna, ale jakże jest trafna: „– Nie zauważyłeś? – pyta
retorycznie król Spartan – Przez cały
ranek uczyliśmy was naszej kultury”.
IV
Wiele
mówiło się jakiś czas temu o nowym typie człowieka, jaki chciano wytworzyć w
Związku Radzieckim, o tzw. homo sovieticusie człowieku sowieckim, którego
komunizm zostawił w spadku Rosji i demoludom. Wyzwolenie się z syndromu homo
sovieticusa miało być dla nas, ludzi zza „żelaznej kurtyny” zadaniem i
wyzwaniem, którym mieliśmy stawić czoła, by stać się dojrzałymi obywatelami
Zachodu. No cóż – przypomnę, bo chyba
wspominałem już kiedyś o tym – w kultowym filmie Juliusza Machulskiego
„Kingsajz” wyzwolone z malowanego totalitaryzmu krasnoludki jadą pociągiem w
stronę upragnionej wolności. Atmosfera w pociągu jest niemal euforyczna. I nic
dziwnego – oto po latach życia w krainie popapranej iluzji, gdzie wszyscy byli
pomniejszani, a często prześladowani, udaje się przedostać do krainy
rzeczywistości. Tam, jak im się zdaje, będzie można normalnie żyć, wszystkie elementy
politycznej groteski i społecznego absurdu pójdą w zapomnienie; gdzie będzie po prostu
– normalnie. Tak właśnie – normalnie. Ale oto nagle uszczęśliwieni, pozornym
jak się okazuje finałem, bohaterowie dostrzegają, że tak naprawdę jadą w
pociągu-kolejce, zabawce dla dzieci, jadą kolejką, którą na trawniku przed
warszawskim Pałacem Kultury kieruje od niechcenia jakiś dzieciak. Okrzyk grozy
wydobywa się z gardeł szczęśliwców. Jeden z nich krzyczy: „Tylko nie na
malucha! Tylko nie na malucha!”. Ale oczywiście bohaterowie „Kingsajzu” znowu
zostaną pomniejszeni, będą igraszką sił może nie złowrogich, ale na pewno
kapryśnych. Kapryśnych jak moda.
Krzysztof Łęcki