poniedziałek, 15 lipca 2024
Imieniny: PL: Henryka, Igi, Włodzimierza| CZ: Jindřich
Glos Live
/
Nahoru

Obraniak, czyli kto cię zna? | 05.11.2022

W wierszu „Pisanie życiorysu” Wisława Szymborska radziła: „Ważniejsze, kto cię zna, niż kogo znasz”. To istotna życiowa porada, z której – dla własnego dobra, chociażby po to, by nie stawiać się w niezręcznej sytuacji – warto skorzystać. No cóż, nie wszyscy czytają poezję noblistki, a może, nawet czytając, nie biorą jej sobie do serca. A – powtarzam – warto, nawet jeśli wiersz Szymborskiej aż kipi od ironii...

Ten tekst przeczytasz za 6 min. 15 s
Fot. Pixabay

Zdarzenie, o którym mowa, miało miejsce na tegorocznej, październikowej gali tygodnika „France Football”. Wręczano na niej prestiżową nagrodę Złotej Piłki. W trakcie uroczystości dziennikarz „L’Equipe” zapytał futbolistę Bayernu Monachium Sadio Mane, czy cieszy się na ponowne spotkanie z byłym reprezentantem Polski w piłce nożnej Lodovikiem Obraniakiem. Mane grał w kilku klubach – FC Metz, Red Bull Salzburg, Southampton i był jedną z gwiazd Liverpoolu, z którym wygrał i Premier League, i Champions League. W tegorocznym plebiscycie „France Football” Mane zajął miejsce tuż za tryumfatorem, Karimem Benzemą. Na pytanie, czy cieszy się na spotkanie (ponowne) z Obraniakiem, zapytał: „Kto to jest?”. Łatwo mi zrozumieć, że odpowiedź Mane nie miała charakteru aroganckiej prowokacji. Krótkie pytanie senegalskiego piłkarza nie było kwestią typu „Któż to jest ten Obraniak, żebym ja, wielki Sadio Mane, miał go znać i na dodatek cieszyć się z możliwości ponownego z nim spotkania?”. Nie, przyjmuję, że Mane po prostu nie zapamiętał futbolisty, z którym na progu swojej piłkarskiej kariery, ponad dziesięć lat temu, grał okazjonalnie w FC Metz. Kiedy Obraniak starał się przypomnieć senegalskiemu piłkarzowi ów epizod, ten tylko „odmachnął ręką” (wzruszył ramionami?) i – jak napisano „nie kontynuował rozmowy z Obraniakiem”.

Jakiej rozmowy? – że tak zapytam. Rozmowy, w której Mane ograniczył się do pytania „Kto to jest?” i machnięcia ręką? Paradoksalnie – jeszcze bardziej zabawna (przynajmniej dla mnie) była sytuacja, która miała „wpadkę” z Mane jakoś... No nie wiem... Uratować? Osłodzić? Unieważnić? Otóż, jak opowiedział Obraniak portalowi Sportowefakty.wp.pl, tuż po niezręcznej sytuacji z Mane do studia trafił Robert Lewandowski. Najlepszego napastnika świata (wg. „France Football”) nie zapytano już jednak, czy cieszy się na ponowne spotkanie z Lodowikiem Obraniakiem, ale – „czy zna Obraniaka?”. I relacjonuje Obraniak – „Wtedy zamarłem, pomyślałem: „Nie no, jak jeszcze »Lewy« powie, że mnie nie zna, to już po mnie. Zawijam się ze studia i kończę z dziennikarstwem”. Ale nie. Czytamy na portalu Sportowefakty.wp.pl: „Na szczęście dla byłego reprezentanta Polski Robert Lewandowski rozwiał wszelkie wątpliwości i nie tylko zaznaczył, że słyszał o kimś takim, jak Ludovic Obraniak, ale też dodał, że wiele mu zawdzięcza. Dla obecnego dziennikarza był to ważny gest, który pozwolił przykryć wpadkę z udziałem Sadio Mane”.

Czyli – wszystko dobrze, co się dobrze kończy? Ale czy – doprawdy – dobrze się skończyło? Trzeba bardzo nieuważnie czytać, żeby wyciągnąć tak optymistyczny wniosek. Robert Lewandowski gra w kadrze narodowej od roku 2008, Lodovic Obraniak był do niej powoływany w latach 2009-2014, czyli 5 lat; zagrał w 34 meczach, w których strzelił 6 bramek. I po tych pięciu latach, kilkudziesięciu meczach „Lewy” mówi, że „słyszał o kimś takim, jak Ludovic Obraniak”, powtórzę i podkreślę – że słyszał... I zawodnikowi, o którym „Lewy” (tylko) słyszał, „wiele zawdzięcza”... Ktoś powie, że Lewandowski po prostu posłużył się cienką ironią – w sensie, że „to przecież oczywiste, że zna Obraniaka”, więc żartobliwie powiada, że „tylko” o niej słyszał. Nie wykluczam i takiej możliwości, ale znając wiele innych wypowiedzi kapitana reprezentacji Polski, raczej jej bym nie obstawiał.

Bodaj ćwierć wieku temu byłem „ekspertem” w cyklicznym programie TVP Katowice, do którego zapraszano „barwne osobowości” . Kiedyś gościem specjalnie zaproszonym był w nim osobnik, którego życiową ambicją było wypicie drinka ze sławnymi osobami. Ciułał zatem i ciułał, by potem polecieć do USA, gdzie chciał wypić drinka bodaj z Jackiem Nicholsonem. I był w knajpie, w której bawił się bohater „Lotu na kukułczym gniazdem”, i podniósł szklanicę, i krzyknął coś tam w stronę Nicholsona. I wrócił do kraju – sukces: wypił drinka z Nicholsonem. Zapytałem tego dość specjalnie zakręconego osobnika – „Czy Jack Nicholson o tym wie?”.

Zdarza się, że w pisanych dla „Głosu” felietonach przywołuję postaci moich przyjaciół, anegdotyczne sytuacje z nimi związane. Jedni są znani, są i mniej znani, inni jeszcze nieznani zupełnie. Najbardziej znany z nich jest z pewnością pisarz Szczepan Twardoch, cytowałem też wiele razy już to anegdotyczne sytuacje z jego udziałem, których byłem świadkiem, już to jego publikowane wypowiedzi. Trudno zaprzeczyć, że wszystkie one jakoś tam podkreślały konfidencjonalność łączących nas przyjacielskich więzów. Zatem – by nie być posądzonym o bycie „Obraniakiem felietonu” – zacytuję dzisiaj inne jeszcze – też publikowane – fragmenty wywiadów Szczepana, w których o mnie (tylko dobrze) wspomina: 1. „Jako pisarz najwięcej zawdzięczam mojemu przyjacielowi i nauczycielowi Krzysztofowi Łęckiemu, który kilkanaście lat temu zaczął mnie uczyć myślenia, chodząc ze mną na piwo i zadając lektury. I uczy mnie tego do dziś. Na piwo też dalej chodzimy” („Gazeta Wyborcza”, 12 sierpnia 2015); 2. „Potem na studiach trafiłem na raczej konserwatywnych nauczycieli, którzy jakoś pokierowali moim rozwojem intelektualnym, szczególnie doktor Krzysztof Łęcki, którego przyjaźnią mam zaszczyt cieszyć się do dziś” („Krytyka Polityczna”); 3. „Życie studenckie nie miało mi nic ciekawego do zaoferowania, więc w nim nie uczestniczyłem. Za to praca intelektualna dzięki kilku wybitnym wykładowcom, przede wszystkim Krzysztofowi Łęckiemu, który nauczył mnie myśleć, okazała się przygodą” („Na Górze się bywa”, Ze Szczepanem Twardochem rozmawiała Anita Szarlik, „Twój Styl”).

Ufff... Starczy tego samochwalstwa na dzisiaj. Ale – ostrzegam – mam (i nie idzie tylko o Szczepana Twardocha) w zanadrzu znacznie więcej podobnego samochwalstwa. I nie zawaham się go użyć…



Może Cię zainteresować.