Co dzieje się w mózgu osoby chorej na depresję?
– Jednoznaczny opis tego, co dzieje się w mózgu, nie jest
możliwy, bo depresja to zaburzenie bardzo heterogenne. W przestrzeni publicznej
funkcjonuje przekaz, że depresja to niedobór serotoniny. To jednak ogromne
uproszczenie. Historycznie hipoteza monoaminowa – dotycząca serotoniny, ale też
noradrenaliny i dopaminy – odegrała istotną rolę w rozwoju farmakoterapii.
Monoaminy to neuroprzekaźniki, czyli substancje chemiczne, za pomocą których
neurony komunikują się między sobą w szczelinie synaptycznej – mikroskopijnej
przestrzeni między komórkami nerwowymi. Pierwsze leki przeciwdepresyjne
pojawiły się pod koniec lat 50. XX wieku i wpływały właśnie na dostępność tych
przekaźników. Problem polega na tym, że zwiększenie poziomu serotoniny w
synapsie następuje niemal natychmiast po podaniu leku, a efekt kliniczny
pojawia się dopiero po dwóch, trzech, czasem czterech tygodniach. Gdyby
mechanizm był prosty – więcej serotoniny, mniej depresji – poprawa
następowałaby od razu. Tak nie jest.
Dziś wiemy, że kluczowe znaczenie mają zmiany w
neuroplastyczności, czyli w zdolności mózgu do odbudowy i modyfikowania
połączeń synaptycznych, zwłaszcza w strukturach odpowiedzialnych za emocje i
pamięć, takich jak hipokamp czy kora przedczołowa. Istotną rolę odgrywa BDNF –
brain-derived neurotrophic factor, czyli mózgowy czynnik neurotroficzny. To
białko wspierające przeżycie neuronów, sprzyjające tworzeniu nowych połączeń i
ich wzmacnianiu. Można powiedzieć obrazowo, że jest to jak nawóz dla mózgu, wspomagający
jego regenerację.
Kolejnym mechanizmem jest dysregulacja osi stresu –
podwzgórze–przysadka–nadnercza. Przewlekła aktywacja tej osi i nadmiar
kortyzolu mogą działać neurotoksycznie, zwłaszcza na hipokamp, a wtórnie
zaburzać procesy neuroplastyczności. Opisywane są także procesy zapalne,
szczególnie w podtypach depresji opornych na leczenie. Depresja jest więc
zaburzeniem wieloczynnikowym, w którym splatają się mechanizmy biologiczne,
środowiskowe i psychospołeczne.
Zdjęcie ilustracyjne. Fot. ARC
Coraz częściej mówi się też o roli mikrobioty jelitowej.
– Rzeczywiście pojawia się wiele badań dotyczących tzw. osi
jelito–mózg. Dysbioza, czyli zaburzenie składu mikrobioty, może wpływać na
różne procesy chorobowe, w tym na depresję. To jeden z mechanizmów, który może
mieć znaczenie, ale na pewno nie jest to jedyny ani decydujący czynnik.
Odpowiednia dieta może wspierać leczenie, natomiast probiotykiem czy
prebiotykiem nie wyleczymy depresji.
A czy depresję można uznać za zaburzenie regulacji
stresu?
– To bardzo trafne ujęcie. Coraz częściej mówimy nie tyle o
prostym zaburzeniu nastroju, ile o dysregulacji systemów odpowiedzialnych za
przetwarzanie stresu, emocji i adaptację do zmieniających się warunków.
Opisywane są zaburzenia komunikacji między strukturami limbicznymi –
odpowiadającymi za emocje – a korą przedczołową, która pełni funkcję kontrolną
i poznawczą.
Czyli depresję można uznać bardziej za zaburzenie
regulacji stresu, a nie tylko chorobę złego nastroju?
– Depresja nie zawsze objawia się wyłącznie smutkiem. U
części pacjentów dominują objawy somatyczne – bezsenność, zaburzenia apetytu,
dolegliwości bólowe. U innych, zwłaszcza u mężczyzn, może przeważać drażliwość
i dysforia, czyli przewlekły stan rozdrażnienia, napięcia i wewnętrznego
niezadowolenia, często przejawiający się wybuchowością.
W języku potocznym słowo „depresja” bywa nadużywane. Jak
odróżnić ją od zwykłego smutku?
– Smutek jest naturalną emocją. Jak pisał Antoni Kępiński, „smutek
jest dolą człowieka”, a depresja jest ciężką chorobą całego organizmu. W
depresji mamy nie tylko obniżony nastrój, ale też anhedonię – utratę zdolności
odczuwania przyjemności – oraz wyraźne zaburzenie funkcjonowania. Pacjent w
głębokiej depresji może mieć problem ze wstaniem z łóżka i wykonaniem
podstawowych czynności. W smutku nastrój jest reaktywny – jeśli zmieni się
sytuacja, poprawia się samopoczucie. W depresji, nawet gdy czynnik wyzwalający
ustąpi, choroba może trwać dalej. Mówiąc obrazowo, jeśli mamy chandrę, bo za
oknem pochmurno, zimno i gołoledź, to jeśli kupimy bilet i polecimy do ciepłego
kraju, humor natychmiast nam się poprawi. W przypadku depresji tak to nie
działa.
Chorować na depresję nie jest dziś rzeczą wstydliwą, ba,
w niektórych środowiskach jest to wręcz w dobrym tonie. Niektóre osoby każdy
spadek nastroju diagnozują u siebie jako depresję i biegną do specjalisty,
domagając się pigułek. Czy grozi nam nadrozpoznawalność depresji?
– Istnieje napięcie między dwiema skrajnościami: nadmiernym
„upsychiatrycznianiem” codziennych trudności a koniecznością leczenia
rzeczywistych zaburzeń. Tak jak niekorzystne jest szukanie choroby w każdym
przygnębieniu, tak niedopuszczalne jest bagatelizowanie objawów depresji.
Spotkałam się z przypadkami, kiedy lekceważono np. chorych z nowotworami,
argumentując: z czego ma się cieszyć - ma raka. A przecież często się zdarza,
że do cierpienia płynącego z choroby nowotworowej dochodzi cierpienie
psychiczne związane z depresją. Natomiast ma pani rację, jeśli chodzi o te
nadrozpoznania i łatwość, z jaką lekarze wypisują recepty - presja systemu,
krótki czas wizyt i oczekiwanie szybkiego rozwiązania sprzyjają medykalizacji
przemijających kryzysów. Czasem lekarz psychiatra – podobnie jak inni
specjaliści – znajduje się pod presją pacjenta oczekującego natychmiastowego
zaordynowania leków.
Ponadto nowoczesne leki przeciwdepresyjne są dobrze
tolerowane i stosunkowo bezpieczne, co także może sprzyjać ich częstszemu
przepisywaniu. Z drugiej strony nie wolno bagatelizować prawdziwej depresji. To
realna choroba, wymagająca leczenia, czasem szybkość reakcji ze strony lekarza
decyduje o być albo nie być pacjenta.
Zdjęcie ilustracyjne. Fot. Pixabay
Czy w przypadku depresji wciąż stosowane są
elektrowstrząsy?
– Tak, zdecydowanie. To jedna z najbardziej skutecznych
metod w depresji lekoopornej, w depresjach psychotycznych, czy wiążących się z
zagrożeniem życia. Zabiegi wykonywane są w znieczuleniu ogólnym, po
wcześniejszej kwalifikacji internistycznej i anestezjologicznej. Nie mają nic
wspólnego z obrazem znanym z filmu „Lot nad kukułczym gniazdem”, który –
nawiasem mówiąc – nie był dokumentem opowiadającym o życiu na oddziale
psychiatrycznym, tylko fabułą, alegorią dyktatury. Elektrowstrząsy można
traktować jako formę neuromodulacji – swoisty reset mózgu, jak restart
komputera, który przestał działać prawidłowo. Coraz częściej stosowana jest też
przezczaszkowa stymulacja magnetyczna (TMS). To metoda polegająca na
nieinwazyjnym pobudzaniu określonych obszarów mózgu za pomocą impulsów
magnetycznych. Wymaga jednak codziennych sesji przez kilka tygodni i
specjalistycznego sprzętu, dlatego jej dostępność jest ograniczona.
A psychoterapia?
– W łagodnych depresjach jest równie skuteczna jak
farmakoterapia, a najlepsze efekty daje połączenie obu metod, choć nie u
każdego pacjenta – zwłaszcza takiego z ciężką depresją, która zaburza procesy
myślowe – da się ją od razu wdrożyć. Co ważne, psychoterapia działa
biologicznie. Erik Kandel, psychiatra i neurobiolog, laureat Nagrody Nobla w
2000 roku, badał mechanizmy uczenia się na modelu ślimaków morskich. Wykazał,
że proces uczenia się prowadzi do trwałych zmian w połączeniach synaptycznych.
To oznacza, że doświadczenie – a więc również psychoterapia – realnie zmienia
mózg. To nie jest tzw. przegadanie problemu, lecz biologiczny proces
modyfikacji sieci neuronalnych.
Czy widzi pani szanse na przełom w leczeniu?
– Nowością są ketamina i esketamina, które działają szybko,
poza klasycznym mechanizmem monoaminowym. Mogą być szczególnie pomocne w
depresji lekoopornej i w stanach zagrożenia samobójczego. Rozwijają się też
metody neuromodulacyjne. Nadal jednak nie dysponujemy biomarkerami
pozwalającymi precyzyjnie dobrać terapię.
Jak częsta jest depresja?
– W populacji dorosłych choruje kilka procent osób rocznie.
W niektórych grupach – np. w depresji poporodowej czy w wieku podeszłym –
odsetki są wyższe. U osób z przewlekłymi chorobami somatycznymi (np. cukrzycą,
chorobą niedokrwienną serca) mogą sięgać około 20 proc.
Jaka puenta na kanwie Ogólnopolskiego Dnia Walki z
Depresją?
– Depresja jest uleczalna. Coraz lepiej ją rozumiemy i coraz
skuteczniej leczymy. Nie ma się czego wstydzić. A jeśli miałabym naszą rozmowę
zakończyć cytatem, wybrałabym ten z 2. Listu do Koryntian (2 Kor 12,9) świętego
Pawła z Tarsu: „Moc bowiem w słabości się doskonali”.