niedziela, 19 kwietnia 2026
Imieniny: PL: Alfa, Leonii, Tytusa| CZ: Rostislav
Glos Live
/
Nahoru

Pre-teksty i Kon-teksty Łęckiego: Tygodniowe i filmowe | 17.03.2026

Nie piszę nowych „Kronik tygodniowych” – choć w polskiej publicystyce to dobra tradycja, że przypomnę Bolesława Prusa (pisał na przełomie XIX i XX wieku) czy Antoniego Słonimskiego (pisał w czasie, który miał zyskać określenie „międzywojnie”).

Ten tekst przeczytasz za 6 min. 45 s
Kadr z filmu „Ołowiane dzieci”. Fot. Materiały prasowe Netflix

I
Moja koncepcja felietonu jest diametralnie różna – co oczywiście nie oznacza, że jest lepsza. Po prostu – inna. W czasach mojego dzieciństwa i młodości inne kroniki były bardziej popularne od tych „tygodniowych”. Idzie o kroniki filmowe – wyświetlane obowiązkowo przed każdym seansem filmowym. Podobno nie były tak nachalnie propagandowo polityczne i ideologicznie skażone, jak te z lat pięćdziesiątych, ale przecież... Na Netflixie furorę robi serial „Ołowiane dzieci” – każdy odcinek tego sześcioodocinkowego mini-serialu poprzedzają fragmenty „kronik filmowych” z tamtych lat – dygnitarze partyjno-państwowi odwiedzają z całą propagandową fanfaronadą przodujące zakłady pracy (nazywano to „gospodarskimi wizytami”) albo przecinają wstęgi otwierając uroczyście „coś tam”. Jest wtedy PRL na najlepszej drodze, by ogłosić się „10 przemysłową potęgą świata” (kartki na cukier i inne pojawią się w naszym życiu dopiero kilka lat później).

II
„Ołowiane dzieci” to film Macieja Pieprzycy o epidemii, która dotknęła mieszkańców Szopienic, dzielnicy Katowic, systematycznie zatruwanej przez Hutę Metali Nieżelaznych (cynku i ołowiu). Najbardziej ucierpiały dzieci, „ołowiki”. „Ołowiane dzieci” – taki tytuł nosi książka napisana przez mojego kolegę Michała Jędrykę – na jej kanwie powstał scenariusz serialu. Tak, dzieci znikały wówczas z szopienickich klas szkolnych niemal jak w filmie „Indiana Jones i Świątynia Zagłady”. Tyle że nie były porywane, by pracować w kamieniołomach dla złej bogini Kali. Nie, po prostu (po prostu...) traciły zdrowie a często i życie – zarażone ołowicą. Niekiedy trafiały do prewentorium, czasem odchodziły na zawsze. Pisałem o tym na łamach „Głosu” dobrych kilka lat temu, kiedy zaproponowano mi napisanie rekomendacji dla projektu filmu, który sfinansować miała jakaś państwowa instytucja. Jakieś kompetencje na pewno w tym względzie miałem – nie tylko jako socjolog opisywałem i analizowałem w wielu publikacjach „świat społeczny Ślązaków”, ale miałem też, by tak rzec – specjalne empatyczne kwalifikacje – do dziewiątego roku życia mieszkałem o 200 metrów od szopienickiej huty. No cóż, instytucje państwa, gdy idzie o dofinansowanie „Ołowianych dzieci” chyba zawiodły, więc wzięli to – z finansowym sukcesem – „prywaciarze”. Teraz wspominam o „Ołowianych dzieciach” ze względu na filmowy chwyt – zderzenia „hurraoptymistycznych” kronik filmowych lat 70. ze smutną rzeczywistością ludzi tworzących podwaliny „10 potęgi przemysłowej świata”.

III
Jedną z pierwszych scen serialu „Człowiek z Wysokiego Zamku” (na podstawie Philipa K. Dicka) jest oglądana w kinie kronika filmowa. Dla porządku akcja filmu (i powieści) toczy się w alternatywnej historii – w świecie, w którym II wojnę światową wygrały Niemcy i Japonia. I podzieliły między sobą terytorium USA. I tak w (wymyślonym) roku 1962, w nowojorskim kinie oglądamy kronikę filmową. Lukrowanym obrazkom idealnych obywateli „Wielkiej Rzeszy Nazistowskiej” towarzyszy podobnie optymistyczny podkład muzyczny i terapeutyczny głos lektora – „Zaczyna się nowy dzień. Słońce wstało na wschodzie. W całym kraju mężczyźni i kobiety spieszą do pracy w fabrykach i na farmach. Zapewniają byt rodzinom. Każdy ma zajęcie. Każdy zna swoją rolę. Dzięki czemu nasz kraj jest silny i bezpieczny. Dziękujemy za to naszym przywódcom. Wiedząc, że jesteśmy silni – jesteśmy dumniejsi i lepsi. Nad naszą ojczyzną wstał nowy świt. Ale dni największej chwały dopiero nadejdą...”. Nieliczna kinowa publiczność w zasadzie nie reaguje na tę propagandową papkę.

IV
Zupełnie inaczej jest w ekranizacji „Roku 1984” Georga Orwella (reż. Michael Radford, z Johnem Hurtem i Richardem Burtonem z roku 1984). Widownia jest pełna po brzegi. „Dwie minuty nienawiści” zaczynają się od wyświetlenia filmu, w zasadzie – właśnie kroniki filmowej. Początek jest niemal sielankowy – obrazy wzorowych obywateli, pełen dumy głos lektora: „Oto nasz kraj. Kraina pokoju i obfitości. Pełna harmonii i nadziei. Oto nasz Lud. Ciężko pracujący robotnicy, nasi budowniczowie. Nasi Ludzie. (Tu zmienia się muzyka na jazgot i obraz, na sceny wojny, wrogowie skrajnie odhumanizowani). W imię budowy wspólnego świata walczą poświęcają krew i życie. Na ulicach naszych miast i na odległych polach bitew stawiają czoło tym, którzy nasze nadzieje i marzenia chcą obrócić wniwecz. Kim są tamci! (tu na ekranie ukazuje się wzburzony tłum, krzyczący: zdrajcy! zdrajcy!) To budzące grozę hordy Eurazji. Na jałowych pustyniach Afryki i Indii, na oceanach Australolandii odwaga, siła i młodość padają ofiarą walki z barbarzyńcami, których wyróżnia jedynie bestialstwo. Jednak nawet gdy zwycięstwo jest na wyciągnięcie ręki, pozostaje niszczycielski nowotwór rozrastający się pośród nas. Wykrzyczcie jego imię! (i widownia wyje: Goldstein!!!)”. I Goldstein przemawia z ekranu: „Partia nigdy nie mówi prawdy. Partia nigdy nie czyni dobra. Nawet wojna nie istnieje naprawdę. Kultywuje się wiarę w stan wojny dając upust waszej agresji, którą moglibyście inaczej skierować przeciwko Partii. »Wielki Brat« nie jest rzeczywisty. To czysta fikcja, stworzona przez Partię, prawdziwe władze państwa to bezimienni manipulatorzy. Dzięki temu, że pozostają w cieniu, mogą sprawować władzę bez przeszkód. Ludu Oceanii, padasz ofiarą oszustwa. Partia nie służy wam, lecz samej sobie. Nie jesteśmy w stanie wojny z Eurazją. Zamieniono was w posłusznych, głupich niewolników. Przejrzyjcie na oczy. Dostrzeżcie czynione wam zło. Partia zrzuca bomby na obywateli Oceanii, naszym wrogiem nie są Eurazjaci, lecz Partia. Powstańcie! Zrzućcie jarzmo! Nie macie nic do stracenia, a wiele do zyskania”. Przemówieniu Goldsteina towarzyszy wrzask wyzwisk i wściekłość na twarzy zgromadzonego tłumu. Gdyby Goldstein pojawił się nie na ekranie, a na widowni, rozszalały tłum z pewnością by go rozszarpał. I nagle muzyka zmienia się na niemalże relaksacyjną. Na ekranie pojawia się facjata „Wielkiego Brata”. Zgromadzeni na spektaklu „Dwie minuty nienawiści” ludzie niemal płaczą ze szczęścia.

V
I to jest swego rodzaju ideał – pozwolić mówić prawdę Goldsteinowi i być pewnym, że nikt mu nie uwierzy. Bo wszyscy (wszyscy!) są w jednej propagandowej bańce. Bańce tak wielkiej jak cała Oceania.
Krzysztof Łęcki



Może Cię zainteresować.