I
Moja koncepcja felietonu jest diametralnie różna – co
oczywiście nie oznacza, że jest lepsza. Po prostu – inna. W czasach mojego
dzieciństwa i młodości inne kroniki były bardziej popularne od tych
„tygodniowych”. Idzie o kroniki filmowe – wyświetlane obowiązkowo przed każdym
seansem filmowym. Podobno nie były tak nachalnie propagandowo polityczne i
ideologicznie skażone, jak te z lat pięćdziesiątych, ale przecież... Na Netflixie furorę robi serial „Ołowiane dzieci” – każdy odcinek tego
sześcioodocinkowego mini-serialu poprzedzają fragmenty „kronik filmowych” z
tamtych lat – dygnitarze partyjno-państwowi odwiedzają z całą propagandową fanfaronadą
przodujące zakłady pracy (nazywano to „gospodarskimi wizytami”) albo przecinają
wstęgi otwierając uroczyście „coś tam”. Jest wtedy PRL na najlepszej drodze, by
ogłosić się „10 przemysłową potęgą świata” (kartki na cukier i inne pojawią się
w naszym życiu dopiero kilka lat później).
II
„Ołowiane dzieci” to film Macieja Pieprzycy o epidemii, która
dotknęła mieszkańców Szopienic, dzielnicy Katowic, systematycznie zatruwanej
przez Hutę Metali Nieżelaznych (cynku i ołowiu). Najbardziej ucierpiały dzieci,
„ołowiki”. „Ołowiane dzieci” – taki tytuł nosi książka napisana przez mojego
kolegę Michała Jędrykę – na jej kanwie powstał scenariusz serialu. Tak, dzieci
znikały wówczas z szopienickich klas szkolnych niemal jak w filmie „Indiana
Jones i Świątynia Zagłady”. Tyle że nie były porywane, by pracować w
kamieniołomach dla złej bogini Kali. Nie, po prostu (po prostu...) traciły
zdrowie a często i życie – zarażone ołowicą. Niekiedy trafiały do prewentorium,
czasem odchodziły na zawsze. Pisałem o tym na łamach „Głosu” dobrych kilka lat
temu, kiedy zaproponowano mi napisanie rekomendacji dla projektu filmu, który
sfinansować miała jakaś państwowa instytucja. Jakieś kompetencje na pewno w tym
względzie miałem – nie tylko jako socjolog opisywałem i analizowałem w wielu
publikacjach „świat społeczny Ślązaków”, ale miałem też, by tak rzec – specjalne
empatyczne kwalifikacje – do dziewiątego roku życia mieszkałem o 200 metrów od
szopienickiej huty. No cóż, instytucje państwa, gdy idzie o dofinansowanie
„Ołowianych dzieci” chyba zawiodły, więc wzięli to – z finansowym sukcesem – „prywaciarze”.
Teraz wspominam o „Ołowianych dzieciach” ze względu na filmowy chwyt – zderzenia
„hurraoptymistycznych” kronik filmowych lat 70. ze smutną rzeczywistością ludzi
tworzących podwaliny „10 potęgi przemysłowej świata”.
III
Jedną z pierwszych scen serialu „Człowiek z Wysokiego Zamku” (na
podstawie Philipa K. Dicka) jest oglądana w kinie kronika filmowa. Dla porządku
akcja filmu (i powieści) toczy się w alternatywnej historii – w świecie, w
którym II wojnę światową wygrały Niemcy i Japonia. I podzieliły między sobą
terytorium USA. I tak w (wymyślonym) roku 1962, w nowojorskim kinie oglądamy
kronikę filmową. Lukrowanym obrazkom idealnych obywateli „Wielkiej Rzeszy
Nazistowskiej” towarzyszy podobnie optymistyczny podkład muzyczny i terapeutyczny
głos lektora – „Zaczyna się nowy dzień. Słońce wstało na wschodzie. W całym
kraju mężczyźni i kobiety spieszą do pracy w fabrykach i na farmach. Zapewniają
byt rodzinom. Każdy ma zajęcie. Każdy zna swoją rolę. Dzięki czemu nasz kraj
jest silny i bezpieczny. Dziękujemy za to naszym przywódcom. Wiedząc, że
jesteśmy silni – jesteśmy dumniejsi i lepsi. Nad naszą ojczyzną wstał nowy
świt. Ale dni największej chwały dopiero nadejdą...”. Nieliczna kinowa
publiczność w zasadzie nie reaguje na tę propagandową papkę.
IV
Zupełnie inaczej jest w
ekranizacji „Roku 1984” Georga Orwella (reż. Michael Radford, z Johnem Hurtem i
Richardem Burtonem z roku 1984). Widownia jest pełna po brzegi. „Dwie minuty
nienawiści” zaczynają się od wyświetlenia filmu, w zasadzie – właśnie kroniki
filmowej. Początek jest niemal sielankowy – obrazy wzorowych obywateli, pełen
dumy głos lektora: „Oto nasz kraj. Kraina pokoju i obfitości. Pełna harmonii i
nadziei. Oto nasz Lud. Ciężko pracujący robotnicy, nasi budowniczowie. Nasi
Ludzie. (Tu zmienia się muzyka na jazgot i obraz, na sceny wojny, wrogowie
skrajnie odhumanizowani). W imię budowy wspólnego świata walczą poświęcają krew
i życie. Na ulicach naszych miast i na odległych polach bitew stawiają czoło
tym, którzy nasze nadzieje i marzenia chcą obrócić wniwecz. Kim są tamci! (tu
na ekranie ukazuje się wzburzony tłum, krzyczący: zdrajcy! zdrajcy!) To budzące
grozę hordy Eurazji. Na jałowych pustyniach Afryki i Indii, na oceanach
Australolandii odwaga, siła i młodość padają ofiarą walki z barbarzyńcami,
których wyróżnia jedynie bestialstwo. Jednak nawet gdy zwycięstwo jest na
wyciągnięcie ręki, pozostaje niszczycielski nowotwór rozrastający się pośród
nas. Wykrzyczcie jego imię! (i widownia wyje: Goldstein!!!)”. I Goldstein
przemawia z ekranu: „Partia nigdy nie mówi prawdy. Partia nigdy nie czyni
dobra. Nawet wojna nie istnieje naprawdę. Kultywuje się wiarę w stan wojny
dając upust waszej agresji, którą moglibyście inaczej skierować przeciwko
Partii. »Wielki Brat« nie jest rzeczywisty. To czysta fikcja, stworzona przez
Partię, prawdziwe władze państwa to bezimienni manipulatorzy. Dzięki temu, że
pozostają w cieniu, mogą sprawować władzę bez przeszkód. Ludu Oceanii, padasz
ofiarą oszustwa. Partia nie służy wam, lecz samej sobie. Nie jesteśmy w stanie
wojny z Eurazją. Zamieniono was w posłusznych, głupich niewolników.
Przejrzyjcie na oczy. Dostrzeżcie czynione wam zło. Partia zrzuca bomby na
obywateli Oceanii, naszym wrogiem nie są Eurazjaci, lecz Partia. Powstańcie! Zrzućcie
jarzmo! Nie macie nic do stracenia, a wiele do zyskania”. Przemówieniu
Goldsteina towarzyszy wrzask wyzwisk i wściekłość na twarzy zgromadzonego
tłumu. Gdyby Goldstein pojawił się nie na ekranie, a na widowni, rozszalały
tłum z pewnością by go rozszarpał. I nagle muzyka zmienia się na niemalże
relaksacyjną. Na ekranie pojawia się facjata „Wielkiego Brata”. Zgromadzeni na
spektaklu „Dwie minuty nienawiści” ludzie niemal płaczą ze szczęścia.
V
I to jest swego rodzaju ideał –
pozwolić mówić prawdę Goldsteinowi i być pewnym, że nikt mu nie uwierzy. Bo
wszyscy (wszyscy!) są w jednej propagandowej bańce. Bańce tak wielkiej jak cała
Oceania.
Krzysztof Łęcki