U Kieślowskiego wszystko było przemyślane. Ciekawy wywiad na 30-lecie śmierci | 18.03.2026
W piątek 13 marca minęło 30
lat od śmierci Krzysztofa Kieślowskiego – jednego z najważniejszych polskich
reżyserów. Operator filmowy Jacek Petrycki powiedział, że jego relacja z
Kieślowskim wykraczała poza wspomnienie z jakiegoś filmu czy grupy filmów. –
Nasza przyjaźń rozwijała się równolegle z robieniem filmów – dodał.
Ten tekst przeczytasz za 12 min. 15 s
Jacek Petrycki. Fot. Wikimedia Commons
W swojej karierze
operatorskiej stworzył pan potężne filmowe portfolio i duża część tego to filmy
reżyserowane przez Krzysztofa Kieślowskiego. Jak wspomina pan tę relację?
– Moja relacja z Krzysztofem Kieślowskim
wykraczała poza wspomnienie z jakiegoś filmu czy grupy filmów. Moje ogólne
wrażenie jest zdecydowanie bardziej kompleksowe. Ono dotyczy po prostu życia.
Kiedy zaczęliśmy pracować razem, byłem jeszcze asystentem jego operatorów jako
najmłodszy w grupie twórczej WFDiF. W ten sposób trafiłem do filmu „Przed
rajdem”. Przy filmie „Robotnicy 1971” Kieślowski mi zlecił takie ornamenty do
podstawowych zdjęć robionych przez innych kolegów, którzy tworzyli „mięso”
główne filmu – spotkania z robotnikami, merytoryczne rozmowy – a ja robiłem
takie ozdobniki typu droga do pracy czy wejście do fabryki.
Równolegle od pierwszego
kontaktu rozpoczęło się coś w rodzaju narastającej przyjaźni, która była
związana z takimi uroczymi rzeczami, jak dziedziczenie wózka dziecięcego czy
ubranek. To była tego rodzaju znajomość, która polegała również na nabieraniu
od troszkę starszego kolegi mądrości życiowych. Był osobą, która bardzo
umiejętnie potrafiła poradzić, w ogóle nie stwarzając wrażenia, że się
wymądrza.
Grupa, która ukonstytuowała
się na samym początku lat 70. wokół Wytwórni Filmów Dokumentalnych tworzyła
nowy gatunek filmowy, takiego nowoczesnego filmu dokumentalnego. Było to dla
mnie też przedłużenie szkoły filmowej, gdzie jeszcze nie do końca rozumiałem,
na czym polega kondycja artysty. Dopiero właśnie tam zrozumiałem, że przed nami
są jakieś zadania, które wymagają podejmowania zupełnie nowych i ciekawych
decyzji.
Ta współpraca była częścią
wybuchu wolnościowego, który pozwolił pokazać nowy zapis rzeczywistości. Czuł
pan, że patronujecie temu nowemu ruchowi?
– Była to bardzo czytelna gra z władzą. Z
każdym filmem przesuwaliśmy granice cenzury, oczywiście o milimetry, ale
jednak. W przypadku Kieślowskiego było to bardzo widoczne, dlatego były to
bardzo nowe, twórcze dokumenty w sensie formalnym. Pozbawione komentarza, byle
jakiej lekkości, która dotychczas byłą charakterystyczna dla dokumentów, które
były robione z komentarzem i muzyką. U nas to bohaterowie musieli mieć głos.
Musieliśmy ich wszystkich rejestrować dźwiękiem, to było bardzo ważne i nowe.
Przesuwanie tej granicy było
bardzo ważne i w przypadku Kieślowskiego objawiło się to tym, że już w 1975 r.
zrobiliśmy film, który został zakwalifikowany jako szkolenie partyjne. Ponieważ
władza uznała, że społeczeństwo nie dojrzało do tego, aby takie trudne tematy
poruszać – chodziło o „Życiorys”. Potem przyjęliśmy zamówienie na następny obraz,
który docelowo był kierowany tylko do członków partii, ponieważ opowiadał o
bardzo trudnych i bolesnych sprawach w naszym życiu społeczno-politycznym – chodzi
mi o „Nie wiem”.
Mieliśmy świadomość, że te
filmy rezonują, ale władza nam ułatwiała takie myślenie. Zatrzymywano nam film
przed pokazami kinowymi, ale na festiwalach już mogliśmy je pokazywać. Więc te
filmy istniały, one żyły, były oglądane, komentowane – nawet w prasie – były
recenzowane, a jednocześnie były zakazane w kinach. To było dosyć śmieszne,
czuliśmy, że ta władza była „miękka”. Dzięki naszej zdeterminowanej postawie
władza prowadziła z nami tę grę w sposób, który rozumieliśmy, nam odpowiadał,
im może mniej, ale to kontynuowali i pozwalali nam na wiele.
Współpracował pan z
największymi reżyserami, był to właśnie Kieślowski, Marcel Łoziński, Agnieszka
Holland, Ryszard Bugajski. Kim w tej grupie był Kieślowski?
– Każdy
reżyser jest inny i każdy ma swoją specyfikę. Krzysztof miał jako reżyser taką
specyfikę, że był dokładnie taki sam jak w życiu. W życiu też był bardzo
skrupulatny i kalkulujący. Wszystko było przemyślane, żeby było jak najmniej
spontanicznych decyzji, żeby wszystko szło w określonym kierunku, było dobre
dla jego przyjaciół i jego ekipy, żeby przypadkiem kogoś nie skrzywdzić.
Natomiast, w porównaniu z niektórymi innymi reżyserami, dawał dużo swobody i
zaufania. Agnieszka Holland oraz Marcel Łoziński byli na przykład bardzo
wymagający przy kamerze i to mi nie przeszkadzało, też to lubiłem. Natomiast
różniło się to od pracy z Krzysztofem.
Po pierwszych
doświadczeniach, kiedy robiłem taką trzecią kamerę przy „Robotnikach 1971”,
nagle wypadło, że muszę przejąć za kolegę, właściwie przy kluczowej scenie.
Kieślowski w sposób bardzo miły kierował mną przy tych zdjęciach i
przypuszczam, że w rezultacie był zadowolony, bo po tym spotkaniu pojawiła się
pierwsza propozycja wspólnego filmu ze mną jako operatorem głównym i wtedy już
dawał mi zdecydowanie dużą swobodę i zaufanie. Było to niesamowicie budujące,
ponieważ obdarzony tą swobodą i zaufaniem, wiedziałem, że mogę naprawdę zacząć
się rozwijać i mogę myśleć po swojemu. To była szalenie przyjazna współpraca.
Krzysztof po tych pierwszych doświadczeniach potem już właściwie nie
kontrolował mi tych kadrów, nie kontrolował mojej pracy nawet przy fabule.
Myślę, że jego odejście od dokumentu ludzie
jeszcze przełknęli. Natomiast to, że zaczął z sukcesem robić filmy dla
zagranicy było po prostu polskim piekiełkiem. Na szczęście miał fantastycznego
obrońcę, swojego kolegę z zespołu, czyli Krzysztofa Zanussiego
Twórczość Krzysztofa
Kieślowskiego przeszła słynną zmianę gatunkową i w pewnym sensie pan mu w tej
zmianie towarzyszył m.in. jako operator na planie „Spokoju” oraz „Amatora”. Ta
zmiana u reżysera przyszła naturalnie?
– Obserwowaliśmy to już wcześniej, kiedy
zrobił półgodzinny telewizyjny film fabularny „Przejście podziemne” (1973), do
którego zdjęcia nakręcił Sławek Idziak. Trzy lata później zrobił z nim też
„Bliznę” (1976). Myślę, że on początkowo w ogóle nie myślał o mnie jako o
partnerze do fabuły. Kiedy okazało się, że będzie robił dla telewizji
pełnometrażowy film fabularny „Spokój” i to mi zaproponował, był to dla mnie
kompletny szok. Próbowałem się przed tym bronić, myślałem, że nie dam rady. On
mnie jednak przekonał, ponieważ zaznaczył, że chce, żeby ten film wyglądał jak
dokument, żeby wyglądał jak samo życie i dlatego chciał, żebym właśnie ja to
robił. W tym sensie było to bardzo płynne i ciekawe.
Przyszedł taki etap, kiedy on
powiedział, że nie będzie już nigdy robił dokumentów. Zadeklarował się, że
doszedł do ściany i do takiego momentu, kiedy już dalej się nie może posunąć,
żeby nie krzywdząc ludzi, nie wchodząc im z butami do życia.
Ludzie zarzucali
Kieślowskiemu wówczas, że zdradził kino zarówno odchodząc od dokumentu oraz
rozwijając swoją twórczość za granicą.
– Myślę,
że jego odejście od dokumentu ludzie jeszcze przełknęli. Natomiast to, że
zaczął z sukcesem robić filmy dla zagranicy było po prostu polskim piekiełkiem.
Na szczęście miał fantastycznego obrońcę, swojego kolegę z zespołu, czyli
Krzysztofa Zanussiego, który był niesamowicie lojalnym, nie tylko szefem w
zespole TOR, ale również przyjacielem i to było bardzo ładne, że tak bronił
swojego przyjaciela. Nie pamiętam, żeby Kieślowski się żalił na tę nieładną
reakcję Polaków na jego sukcesy. Może trochę zaowocowało to tym, że on – nie
zważając na to jak wyczerpującą pracą był dekalog – rozpoczął kolejny
wyczerpujący projekt, czyli „Trzy kolory”.
Czy Kieślowski faktycznie
całkiem wyrzekł się pracy dokumentalnej, czy jednak właśnie dokumentowanie
rzeczywistości przeniósł na kanwę filmów fabularnych?
– Jego ewolucja była bardzo czytelna. Od
filmów moralnego niepokoju do takich dążących w stronę metafizyki. To jest dla
mnie bardziej charakterystyczne niż to, że opowiadają o życiu. Oczywiście
pojawiały się elementy, które przypominały jego stary sposób spojrzenia na
świat. Wielu krytyków przypomina taką scenę w „Niebieskim”, w której starsza
pani wyrzuca butelki do recyklingu ledwie sięgając na palcach do otworu.
Niewątpliwie musiał to gdzieś zaobserwować. Pokazuje coś, co się dzieje w
prawdziwym życiu, ale opowiada o czymś co się rozgrywa gdzieś w głowie
człowieka, może jego duszy, jeśli takie coś jest.
W jaki sposób dziedzictwo
Kieślowskiego dalej żyje? Czy nadal inspiruje wielkich zagranicznych reżyserów,
a może również młode pokolenia?
– Obserwuję to dziedzictwo z zadowoleniem
właściwie od początku. Po śmierci Krzysztofa dostałem pierwszą propozycję pracy
za granicą. Pewna turecka reżyserka była tak zakochana w filmach Kieślowskiego,
że szukała jego operatorów. Odnalazła Idziaka, ale on nie miał czasu i przesłał
namiary na mnie. Dzięki temu zrobiłem dwa tureckie filmy. Widziałem też jak te
filmy żyją na kampusach uniwersyteckich, szczególnie w Stanach Zjednoczonych.
„Dekalog” jest tam w pewnym sensie dekalogiem dla studentów niektórych wydziałów
humanistycznych, a już dla takich bliższych filmu to na pewno. Obserwowałem ten
wpływ Kieślowskiego i to jak warsztaty filmowe dla studentów na całym świecie
powielają schemat „Gadających głów”. Ćwiczą tego typu filmy i rejestracje, bo
to zostało bardzo mocno zapamiętane.Potem zaczęło się Sokołowsko,
to jest w tej chwili coś co mnie i wielu innych spadkobierców Krzysztofa bardzo
cieszy i jest bardzo dobrze przygotowane, wymyślone i trwałe. Tego już się nie
zmieni, to będzie trwało. Szczególnie jego archiwum w Sokołowsku jest czymś
nadzwyczajnym.
System produkcji był wtedy taki, że filmy, które
szły na półkę prawie nie były honorowane finansowo. I Krzysztof mi powiedział:
„słuchaj, my będziemy sobie radzić. Jeżeli nasze rodziny będą cierpieć, my
będziemy cierpieć, to będziemy sobie pomagać i zrobimy wtedy jakiś film
zleceniowy
Czy Krzysztof Kieślowski
powiedział kiedyś panu coś, co zostało z panem do dzisiaj?
– Była jedna taka poważna rozmowa na tematy
zasadnicze. Powiedział wtedy coś takiego, co już przeczuwałem w jakiś sposób,
że nasza przyjaźń, która rozwijała się równolegle z robieniem filmów jest
szalenie ważna. W pewnym momencie on powiedział tak: „Słuchaj, jeżeli ty
będziesz z nami, to ja wiem, że my mamy kłopot, ponieważ to, co robimy,
powoduje, że my nie mamy za co żyć”. System produkcji był wtedy taki, że filmy,
które szły na półkę prawie nie były honorowane finansowo. I Krzysztof mi
powiedział: „słuchaj, my będziemy sobie radzić. Jeżeli nasze rodziny będą
cierpieć, my będziemy cierpieć, to będziemy sobie pomagać i zrobimy wtedy jakiś
film zleceniowy – nie taki propagandowy, żeby się trzeba było tego wstydzić –
za który dostaniemy pełne honorarium i damy naszym kobietom i naszym dzieciom
żyć. To było fantastyczne połączenie życia z filmem.
Jacek Petrycki to polski
operator i realizator filmów fabularnych, dokumentalnych i teatrów telewizji.
Autor zdjęć do najgłośniejszych dokumentów lat 70., takich jak „Życiorys”
(1975) i „Szpital” (1976) Krzysztofa Kieślowskiego, „Jak żyć” (1977) i „Próba
mikrofonu” (1980) Marcela Łozińskiego, a także filmów innych dokumentalistów. W
swojej karierze regularnie pracował z Krzysztofem Kieślowskim. Jest laureatem nagrody BAFTA
Brytyjskiej Akademii Filmowej za zdjęcia do filmu „The Betrayed” (1996), a
także wielu zagranicznych i polskich nagród, w tym nominacji do Polskiej
Nagrody Filmowej „Orzeł” za zdjęcia do filmu Mariusza Malca „Człowiek wózków” (2002).