Piątek
Prawie
od samego początku bywam na „Gorolu”, widziałem i spłoszone konie w „Ameryce”,
obserwowałem Michoła, Jurę, Macieja, ale tak znakomitego naszego programu,
jakim był „Za chlebem”, nie pamiętam. Pomysłowa koncepcja i dramaturgia,
świetni narratorzy-aktorzy, pokazanie dokumentów nie na zasadzie przerywników,
ale jako pełnowartościowych elementów całości, potęgujących emocje widowiska.
No i włączenie do niego, choć tylko luźno, dwóch kapel – południowomorawskiej
P. Mički i szariskiej z okolic Raslavic Stana Baláža. Ta druga grała,
bawiła, tańczyła tak, że dech zapierało. Brawura. W dodatku prymista był nie
tylko wirtuozem, ale także przewodnikiem po swoim regionie, narratorem,
wszystkim. To, że się to wszystko udało zrobić Ch. Heczce, napisać scenariusz,
wyszperać dokumenty, ściągnąć kapele, wybrać wykonawców, zasługuje na wielki
szacunek. Tu tylko drobna uwaga: „Kiejsi żeś mie widzioł przez dziewióntóm
ścianym” jest pieśniczką smutno-miłosną, wykonywaną zazwyczaj, co wynika z jej
charakteru, nie w dwutakcie, ale wolno, beztaktowo, wolnometrycznie. Jednak to
nie koniec piątkowych niespodzianek. Zagrała bowiem dziecięca kapela skrzypcowa
spod Ochodzitej. Nie wiem, ilu ich było. W każdym razie pełna scena gorolskiej
muzyki, wykonanej z uśmiechem i z potrzeby serca. Nigdy nie zaginie w Beskidach
śpiywani.
W piątek i sobotę było widać, że młodzi zabrali się do roboty z przemyślaną
wizją. Jak już jesteśmy przy młodych, spójrzmy na dwoje goroli, prowadzących
ten piątkowy spektakl – Karolinę Filipczyk i Dominika Poločka. Robili to
naturalnie, żywo, spontanicznie, choć zdarzały się wpadki („jo by tu przedała” –
w sensie wręczyła – „kwiotka”, „wyświetliłbyś” – w sensie wyjaśniłbyś – „mi to,
jo tego nie ścignył”, gawędziarz z
Hażlach – prawidłowo z Hażlacha, „kapela by sie naportowała” itp.), ale to
drobiazgi, choć warto o nich pamiętać, w porównaniu z tym, jacy byli.
Do piątkowych wartości dodajmy konkurs na „łowiynzioka”, może inspirowany
strażnickim „verbuňkym”, ale trzeba przyswajać to, co atrakcyjne i cenne.
No i jeszcze seminarium nieetnograficzne, poświęcone Pioseczaninowi,
którego prawie nikt nie zna, a on zdobył rozgłos w świecie jako fotograf. Dwie
jego córki były w Jabłonkowie (niestety, nie nauczyły się po słowiańsku),
bardzo sympatyczne, ciekawie opowiadające o losach swego ojca, który nazywał
się Jan Sadowy (John Sadovy). Także ten atrakcyjny fragment „Gorola”
urzeczywistnił włącznie wystawy Ch. Heczko, a bardzo ciekawe dialogi tłumaczył
perfekcyjnie Norbert Dąbkowski.
Bohaterem kolejnej wystawy plenerowej, pełnej unikatowych dokumentów, był
Paweł Lipka, nauczyciel i społecznik, a ich pokazanie zawdzięczamy Marianowi
Steffkowi i Stanisławowi Gawlikowi.
Sobota
Przewodnikami
byli: spokojny i skłonny do merytorycznych rozważań Jan Michalik (rzutki, młody
i skuteczny działacz regionalny) oraz spontaniczna Adrianna Łysek. Poprowadzili
nas przez parę ciekawych, odkrywczych inicjatyw autorstwa Doroty i Marcina
Filipczyków. Mam tu na myśli tańcowani pod Jurowicami, coś w rodzaju warsztatów
tanecznych, które zatarły granicę między prowadzącymi a wykonawcami, garnącymi
się gromadą do opanowania podstaw naszej kultury tanecznej. Miło było patrzeć.
Były także pokazy tańców z innych regionów, co okazało się również strzałem w
dziesiątkę, podobnie jak warsztaty dla dzieci, prezentujące obróbkę wełny,
zwłaszcza zaś malowanie na szkle, kierowane przez Irenę Kawulok, córkę śp.
Antoniego Szpyrca.
Sobotnią
ofertę dopełniły imprezy sportowo-turystyczne, bardzo istotne m. in. dlatego,
że ściągają dzieci z rodzicami, że pozwalają poznawać przyrodę, nasz
mikroregion, że utrwalają nawyk bycia na „Gorolu”.
Zwracam
też uwagę na wysoki poziom młodych gawędziarzy i śpiewaków, którym należałoby
poświęcić odrębny blok programowy ze swoją ideą, zamiarem artystycznym, by nie
była to tylko składanka, porozrzucana bez logiki po całym „Gorolu”.
Niedziela
I tu było najwięcej cieni, choć unosiły się często ponad możliwościami
decyzyjnymi autorów niedzielnego bloku. Za długie przemówienia – delikatnie
zasugerować, że powinny się zmieścić w pięciu minutach. W zasadzie nikogo nie
interesują. Kompozycja całości była mechaniczna, ale pokazała znowu, że naszych
gawędziarzy, śpiewaków, nasze zespoły dziecięce i dorosłe z kapelami można
pokazać na każdym festiwalu. Poziom idzie w górę, choć z jednym zastrzeżeniem –
trzeba koniecznie rozbijać skostniały, stereotypowy repertuar przez
wprowadzanie do niego nowych wartości, których mamy tyle, że starczy do końca
świata.
Brakowało
dramaturga, który by to wszystko poukładał w coś, co miałoby logikę, spójność,
co zmierzałoby z rosnącą dynamiką do finału.
I
znowu zderzyliśmy się z absolutnym niepanowaniem nad relacjami czasowymi. A
wynik – półtorej godziny poślizgu. Program kończył się wtedy, kiedy powinien ruszać
karnawał.
Zespoły Klimka Bachledy i „Zemplin” (zaskakująco słaba kapela) bardzo
mierne, pokazami bazującymi, szczególnie u Podhalan, na paru figurach tanecznych
i muzycznych, powtarzanych do znudzenia. Trzeba być mistrzem, by z tego
materiału skonstruować porywające widowisko. A tak nie było. Obeszlibyśmy się
bez nich, i to bez uszczerbku dla niedzieli. Dzień najważniejszy i najliczniej
oglądany, powtarzam, okazał się najmniej porywający.
Ktoś ze sztabu „Gorola” chyba uczestniczy lub powinien uczestniczyć w
naradach Regionalnego Ośrodka Kultury w Bielsku-Białej, czuwającego nad całym
Tygodniem Kultury Beskidzkiej, do którego „Gorol” należy. I tam powinien paść
rygorystyczny postulat, by delegowane do Jabłonkowa zespoły zagraniczne miały
do dyspozycji po 30 minut, tak, by ich udział zakończył się o 19.30. I dlatego
program musi mieć minutaż, określający nieprzekraczalny (lub tylko lekuśko)
czas przeznaczony na jego poszczególne punkty, pilnowany przez prowadzących. To
nie jest odpust czy jarmark, ale 80-letnia tradycja.
I na ostatek
* Tradycyjnie się dziękuje wszystkim, którzy przygotowali wszystko, by „Gorol”
trwał. Setki, tysiące bezinteresownych godzin i za to ukłon do samej ziemi.
* Młodzi pokazali perspektywy „Gorola”, którego tradycyjne ramy wypełnili
świeżymi, atrakcyjnymi pomysłami.
* Organizacyjnie ciężar imprezy spoczywa na Jabłonkowianach, a to praca
wielka, często niewidoczna. Gdy jednak chodzi o sens „Gorola”, jego wagę i
znaczenie, przekracza on opłotki Jabłonkowa i obejmuje całą ziemię cieszyńską,
stąd powinna nad nim czuwać Rada Programowa, wyzyskująca doświadczenia i wiedzę
tych, którym przyszłość „Gorolskigo Święta” leży na sercu. Za rok mamy
jubileusz, toteż od jutra trzeba działać.
* W związku z tym pojawia się propozycja do wykorzystania. Przed paru laty
na prestiżowym festiwalu w Vychodnej wystawiliśmy wysoko oceniony program, pokazujący
najciekawsze fragment cieszyńskiej tradycji kulturowej od źródeł Olzy do jej
ujścia, nazwany „Z biegiem Olzy”.
* Na seminarium można by zaprosić prof. Jana Miodka z tematem kulturowo-gwarowym.
Gdyby coś takiego wchodziło w grę, należałoby się pospieszyć.
* W proponowanej Radzie Programowej powinien być dramaturg, który miałby
oko na całość, na to, by każdy dzień „Gorola” miał swój charakter jako całość,
by „Gorol” był sprofilowany artystycznie.
* Wiadomo, że nie byłoby „Gorola” bez kół PZKO, bez ich wozów alegorycznych,
bez ich stoisk, za które trzeba płacić organizatorom, czyli jabłonkowskiemu
kołu za piątek 3 tys. koron, za sobotę i niedzielę po 4 tys., razem 11 tys. Do
czego zmierzam. Do tego, by te opłaty zróżnicować wg miejsca stoiska (te w
centrum mają inną sytuację zarobkową od tych na obrzeżach), inną stawkę dałbym
małym kołom, walczącym o każdą koronę. Na pewno byłoby to bez uszczerbku dla
finalnego efektu finansowego.
* „Gorol” powinien stać na straży tradycji, również gwary. To ważna jego
misja. Od lat przekonuję, że u nas jest kolyba, a nie koliba, mówimy przecież
kolybać, kolybka, a nie kolibać, kolibka, ale my jesteśmy niereformowalni i
afiszujemy się żywiecko-podhalańską Kolibą Wydawców. Podobnie ubieramy bruclyk,
a nie bruclik, pojawiający się od Żywca po Podhale. Górnolotnie powiem, że w
ten sposób podważamy, kim jesteśmy, czyli własną tożsamość.
* I jeszcze spróbujmy się zastanowić nad tym, jak zatrzymać w Jabłonkowie
naszych gości na całe trzy dni, i to z wiadomych powodów. Prestiżowe festiwale
budują w tym celu miasteczka namiotowe, w których ciągle brakuje miejsc. Może
młodzi znajdą na to pomysł i odwagę. Dla mnie największym objawieniem
programowym tegorocznego „Gorola” byli właśnie oni.
Prof. Daniel Kadłubiec