Tomasz Wolff: andaluzyjska iskierka szaleństwa | 19.07.2026
Ciszę popołudnia przecina warkot silnika. Po chwili góry zaczynają tonąć w kurzu. Na horyzoncie pojawia się bus. Jesteśmy na przełęczy: 2700 metrów nad poziomem morza. Kierowca wyciąga z kieszeni pomiętą kartkę papieru i sprawdza, czy jesteśmy na liście pasażerów. Nie jesteśmy. Umówiliśmy się na słowo, że dotrzemy na ostatni kurs tego dnia, o 18.00, wchodząc kilka godzin wcześniej na najwyższy szczyt Hiszpanii kontynentalnej, Pico de Mulhacén (3479 m n.p.m.). – Rzeczywiście, pamiętam was – uśmiecha się po chwili.
Ten tekst przeczytasz za 7 min. 30 s
W drodze na Pico de Mulhacén. Fot. Tomasz Wolff
Gdyby jeszcze miesiąc temu ktoś powiedział mi, że zdobędę zaliczany do Korony Europy najwyższy szczyt Hiszpanii kontynentalnej Pico de Mulhacén (najwyższy szczyt całej Hiszpanii to wulkan Pico del Teide, 3718 m n.p.m; położony jest na Wyspach Kanaryjskich, należących geograficznie do Afryki – przyp. T.W.), złapałbym się za głowę. Ale kiedy dostajesz iskierkę szaleństwa, nie możesz jej stracić. Idziesz za głosem serca, żeby to, co nierealne, stało się namacalne. Gotowi? Tak, to możemy ruszać.
Nieco ponad trzy tygodnie – tyle czasu upłynęło od pomysłu do wejścia na szczyt. Przyznam się bez bicia, że kiedy padła propozycja, Sierra Nevada, w których leży najwyższy szczyt Hiszpanii kontynentalnej, kojarzyła mi się wyłącznie ze Stanami Zjednoczonymi. Dodatkową motywacją był fakt, że Mulhacén należy do Korony Europy, czyli najwyższych szczytów w całej Europie. Najpierw więc cała logistyka – ogarniecie lotów do miasta najbliżej położonego górskiego pasma – wybór mógł paść tylko na Malagę, zarezerwowanie noclegów oraz samochodu, którym mogliśmy bezpiecznie poruszać się po słonecznej Andaluzji. A że przylecieliśmy do Malagi późnym wieczorem, nie pozostawało nic innego, jak przespać się w tym liczącym blisko 600 tysięcy mieście i dopiero nad ranem wyruszyć do Capileiry, z której prowadzi jeden ze szlaków na wierzchołek.
Do You Speak English? Odpowiada cisza…
Trudno do końca zinterpretować otaczającą nas rzeczywistość. Momentami czujemy się, jakbyśmy stanęli w samym centrum południowoamerykańskiej pampy, co jakiś czas w głowie kotłują się myśli, że to tak jakby trochę Tatry, ktoś rzuca: Mała Fatra, ale z zamyślenia wyrywają nas cykady, które tną gorące powietrze jak tort. A wisienką na nim jest Pico de Mulhacén. Szkopuł w tym, że wciąż nie chce wyłonić się za horyzontu, więc podążamy spokojnie szutrową drogą, podziwiając widoki. Horyzont wydaje się być rozciągnięty, jakby był z gumy. Na szlaku żywej duszy. W plecaku trzy litry płynów, zapas jedzenia na cały dzień i czołówki. Choć nie wszyscy – zapominam albo po prostu nie zakładam, że przyjdzie nam spędzić noc w górach Sierra Nevada.
– Naprawdę nie wziąłeś czołówki? – odpowiada niemalże pytaniem znajoma, która zawsze zabiera do plecaka zestaw przetrwania. I trochę się dziwi mojej – nazwijmy to otwarcie – lekkomyślności. Spieramy się więc, o której będziemy na szczycie. Mój optymizm, że stanie się to faktem najpóźniej o 14.00 (wychodzimy na szlak o 10.30, czyli dość późno, jak na gorące powietrze w Andaluzji), słabnie, patrząc na zegarek. Wędrujemy już blisko trzy godziny, kiedy sportowy Garmin pokazuje, że do szczytu wciąż mamy 800 przewyższenia. Ale nagle pojawia się nadzieja. Za horyzontu wyłania się… bus, który pokonuje dostojnie kolejne zakręty. – Co on tutaj robi? O co w tym wszystkim chodzi? – cisną się nam na usta pytania. Bok pojazdu oklejony „Orgiva bus”.
Autor na szczycie.
– Przecież Orgiva to wioska, przez którą przejeżdżaliśmy w drodze do Capileiry. Może to jakaś regularna komunikacja – wtrąca ktoś.
Macham ręką, kierowca zatrzymuje pojazd. Po odkaszlnięciu z tumanów kurzu można przejść do konwersacji.
– Do you speak English? – pytam, a cisza wydaje się być zawieszona między górami i dolinami, między tu i teraz, między tym, co za nami i tym, co przyjdzie nam pokonać. Koniec końców dogadujemy się, że ostatni kurs z przełęczy położonej na wysokości 2700 metrów nad poziomem morza, jest zaplanowany na godzinę 18.00. Umawiamy się z kierowcą, że postaramy się dotrzeć na czas. Szczerze? Patrzy na nas trochę na wariatów. A nam zapala się lampka ostrzegawcza. I znowu licytacja: zdążymy czy nie? No cóż, najwyżej będziemy zbiegać ze szczytu, żeby załapać się na ostatni tego dnia kurs.
»Na czuja«
GPS traci zasięg, szlak nie jest praktycznie w ogóle oznaczony, jakby Andaluzyjczycy oszczędzali na farbie, dlatego idziemy trochę „na czuja”. Spotkana na przełęczy na wysokości 2700 metrów nad poziomem morza, na której – jak się później okazuje – jest „pętla” komunikacji andaluzyjskiej, jak ją wspólnie określamy, grupa kilku Hiszpanów, nie dość, że nie rozwiewa naszych wątpliwości, w którą stronę się udać, bo możliwości jest kilka, to jeszcze potęguje niepewność. W końcu wchodzę w buty człowieka, który w górach się wychował i mam zmysł orientacji nawet 2500 kilometrów od domu, i zarządzam marsz w prawo. Nie mylę się, bo po chwili spotykamy ojca z synem z… Krakowa, którzy utwierdzają nas w przekonaniu, że zmierzamy do celu. Najpierw jednak trzeba wyjść na Mulhacén II (3362 m n.p.m.), skąd do celu podobno jest tylko 20 minut.
Po drodze żadnych trudności, szlak mozolnie pnie się do góry, dla mnie zawsze jakąś cezurą w górach jest bariera 3000 metrów nad poziomem morza. Nagle znajoma rzuca: – Kiedyś wchodziła tutaj grupa moich znajomych. Stwierdzili, że Mulhacén to taka wyższa Babia Góra w Beskidzie Żywieckim.
Z najwyższego szczyty Hiszpanii kontynentalnej rozciągają się widoki na wszystkie strony świata.
Wypadałoby się zgodzić, ale czy w ten sposób nie zdeprecjonowałbym najwyższego szczyty Hiszpanii kontynentalnej? Zegarek pokazuje 13 kilometr, na szczęście nie wskazuje temperatury. I kolejne skojarzenie z Tatrami. Bo na Mulhacénie II stoi „obelisk” żywcem przypominający tego z Barańca w Tatrach Zachodnich. I w końcu ukazuje się cel naszej wędrówki. Ostatnie metry pokonujemy na pełnej petardzie, tym bardziej że wejście jest lekkie, łatwe i przyjemne.
Niebo błękitne jak topaz
Jest 15.00, po blisko pięciu godzinach wędrówki, pokonaniu 15 kilometrów i ponad 1400 metrów przewyższenia meldujemy się na szczycie. Jest pusto, góry na wyłączność, kto miał tego dnia w planie wyjście na najwyższy punkt Hiszpanii kontynentalnej, już to zrobił. Charakterystycznej skały na szczycie strzeże kozica andaluzyjska. Nie do końca zdecydowana: bać się czy nie człowieka? Chyba wybiera tę drugą opcję, po chwili pojawiają się kolejne, także z młodymi. Siadamy obok ogromnego kopca usypanego z kamieni, to jeden ze znaków charakterystycznych Sierra Nevada, żeby odpocząć i nasycić oczy widokami. Niebo błękitne jak topaz, góry aż po horyzont srebrzą się w słońcu. To początek. Korony Europy. Wszystkiego. Wspólnej wędrówki aż po horyzontu kres.
Czas schodzić w doliny… Do 18.00 musimy być na przełęczy, na której wsiądziemy do busa kierowanego przez sympatycznego Hiszpana. Jest mocno zdziwiony, kiedy proponuję mu selfie. Ale ustawia się ochoczo, po czym wsiadamy do środka i drogą przypominającą – znowu te skojarzenia – azjatyckie bezdroża zjeżdżamy do parkingu na wysokości 2100 metrów, gdzie zostawiliśmy samochód. A wieczorem czas na kulinarną ucztę – na stół wjeżdżają różowe wino oraz podsmażane ziemniaki z sadzonym jajkiem, chorizo oraz „jelitem”, ale jakże różniącym się od tego, które znamy. Bo przyrządzonym na słodko, z dodatkiem między innymi imbiru i goździków. Proszę państwa, oto plato alpujarreño. To był naprawdę smaczny dzień.