wtorek, 21 maja 2024
Imieniny: PL: Jana, Moniki, Wiktora| CZ: Monika
Glos Live
/
Nahoru

Słowa i jeszcze coś | 15.12.2019

Znak rozpoznawczy tego autora – świetne poczucie humoru. A nadarza się okazja, by smak jego dowcipu sobie odświeżyć. Bo właśnie ukazał się kolejny tom tekstów Jeremy’ego Clarksona, pisującego felietony do „The Sunday Times”, choć bardziej bodaj znanego z kultowych programów Top Gear.

Ten tekst przeczytasz za 6 min.
Jeremy Clarkson w swoim żywiole. Fot. ARC

Kiedy przed kilku laty rozpoczynałem przygodę z lekturą felietonów Clarksona to obawiałem się że – jak ostrzegał w swych „Pamiętnikach” Talleyrand – zbyt duża dawka dowcipu bywa dla dowcipu zabójcza. Ale nie. Clarkson, sympatyczny facet w wieku coraz bardziej późno średnim, charakteryzuje się zjadliwym dowcipem, okraszonym jednak tym, że zachowuje do siebie pełen humoru dystans. Kiedy pisze o sobie „Tak naprawdę, jeśli się nad tym zastanowię, to wszystko co wiem o żeglowaniu, sprowadza się do spędzenia całego dnia pod kątem 45 stopni, powolnego kręcenia się w kółko i bycia przez cały czas ochrzanianym”, to wiem, że ten rodzaj autoironii gwarantuje, że nie będzie mnie zanudzał, ktoś, kto po przeczytaniu jakiegoś „Podręcznika małego żeglarza” stara się uchodzić za specjalistę w tej dziedzinie. Ba, często osiąga Clarkson poziom autoironii pewnego autora świetnej skądinąd książki o futbolu, który we wprowadzeniu do niej wyznał: „Jestem fanem futbolu. Gdy byłem mały rodzice odwracali się od boiska, bo nie mogli patrzeć jak gram. Nie mam do nich pretensji. Podstawowe zasady gry dotarły do mnie z opóźnieniem po wielu sezonach ucieczki przed piłką”. Co ważne, felietony Clarksona są nie tylko pełne humoru, są także po prostu mądre. Ot, jedna tylko myśl Clarksona: żyjemy w społeczeństwie, w którym wina tych, których kiedyś nazywano po prostu przestępcami rozpuszczana jest, jak się tylko da, w nieszczęśliwym dzieciństwie i złym wpływie społeczeństwa, któremu tak trudno się oprzeć. Ale, powiada Clarkson, w tym samym typie społeczeństwa w sytuacjach, w których zawinił niedający się wyrugować z rzeczywistości przypadek, poszukuje się winnych do upadłego. Jednak dzisiaj będzie o innym paradoksie czy fenomenie. Związanym z Clarksonem, jak najbardziej. Ale by go naświetlić muszę najpierw poszerzyć nieco perspektywę. Bo, by zacząć od początku, zanim natrafiłem na felietony Clarksona, najpierw zobaczyłem i usłyszałem.

Kiedy dawno temu Harold Ross z „New Yorker’a” usłyszał słynnego filozofa Izajasza Berlina, oświadczył: „Nie zrozumiałem ani jednego słowa, ale jeżeli ma Pan coś do publikacji, opublikuję to”. No właśnie… Nikogo jakoś nie martwi brak urody Sokratesa, ani fakt, że top modelki zwykle nie starają się zawstydzać inteligencją. Ale już gdy uznany pisarz nie błyszczy w rozmowie, jesteśmy zaskoczeni i przynajmniej trochę rozczarowani. By nikt nie poczuł się specjalnie urażony, podam egzotyczny przykład. Joseph Conrad był wielkim stylistą języka angielskiego. A jednocześnie w języku tym rozmawiało się z nim tak fatalnie, że nawet wśród jego wielbicieli krążyły o tym anegdotki. Machinalnie przyjmujemy bowiem, że ktoś, kto czaruje słowem pisanym, powinien być także zajmującym, błyskotliwym rozmówcą. Podobnie uznajemy zwykle za oczywiste, że ktoś, kto uchodzi za mistrza salonowej konwersacji będzie równie dobrze dawał sobie radę z większą publicznością, a nawet tłumem. Wszak albo ma się „gadane”, albo nie. No cóż, a jednak człowiek, który jak może nikt w historii, umiał owinąć sobie swoich rozmówców wokół palca – francuski polityk Talleyrand, mówcą był nie najlepszym, by nie rzec – raczej słabym. Napoleon z kolei porywał swymi mowami żołnierzy, ale polityków tylko nimi rozdrażniał. Nie ta publiczność, oczywiście. A przecież w każdym przypadku w grę wchodziły tylko słowa. Czy jednak rzeczywiście – tylko słowa? Człowiek gdy zwraca się do kogoś wprost, dodaje do słów coś jeszcze – niechby tembr głosu. I często ta właśnie, drugoplanowa wydawałoby się sprawa miewa znaczenie decydujące. Głos sam w sobie może przyciągać, możemy poddawać się jego urokowi, ale może też odpychać. Dlatego nie zawsze ten, kto jest autorem zapisanych słów jest najbardziej powołany do ich publicznej recytacji. Przyjemniej słuchać dzieł Witolda Gombrowicza czytanych przez Zbigniewa Zapasiewicza, niż próbować oswajać się z piskliwym, dość nieprzyjemnym głosem autora „Ferdydurke”. Tak, głos znaczy wiele – wreszcie nie zawsze słowa do nas skierowane w ogóle rozumiemy, niekiedy tylko na nie reagujemy. A to oczywiście nie to samo. Wybitny pisarz węgierski Sandor Marai pisał, że kiedy Sowieci wkroczyli na Węgry w roku 1944, to w rozmowach z czerwonoarmistami „znaczenie słów nie liczyło się, oddziaływały raczej ton, barwa głosu, postawa i spojrzenie”. Dobrze, powie ktoś, na prostych wojakach łatwo zrobić wrażenie. Ale sprawa nie była aż tak prosta. Marai nie przemawiał wszak do nich z pozycji siły. „Uprzejme obejście, ton głosu używany w towarzystwie działał na nich na ogół uspokajająco; była to specyficzna mieszanka stylistyczna, na którą składały się wstępny kredyt zaufania, zdecydowana odmowa, gdy zachodziła potrzeba, a także sposób mówienia człowieka dorosłego, gdy zwraca się do młodszych, przeplatany z rezygnacją pokonanego – to wszystko czasami działało na nich”. Marai, jak widać, nie tylko genialnie przelewał słowa na papier, ale także świetnie panował nad swoim głosem i zachowaniem. Skądinąd – irracjonalna fascynacja czyimś sposobem wyrażania cechuje zresztą nie tylko frontowych sołdatów.

Wróćmy do Clarksona. Otóż muszę przyznać, że nieco podobnie jak na Harolda Rossa zadziałał Izajasz Berlin, na mnie zrobił wrażenie Clarksona sposób opowiadania o autach. Jestem abnegatem w sprawach związanych z techniką, na dodatek zupełnie nie interesuje mnie motoryzacja. A jednak po obejrzeniu odcinka „Top Gear” postanowiłem czytać wszystko, co Clarkson napisze. Że intuicja dobrze mi podpowiedziała, wiem po lekturze kolejnych tomów felietonów Clarksona. To teksty nie tylko o samochodach. Także o wartości zdrowego rozsądku.



Może Cię zainteresować.