niedziela, 14 lipca 2024
Imieniny: PL: Kamili, Kamila, Marcelego| CZ: Karolína
Glos Live
/
Nahoru

Uwagi o polityce | 06.10.2019

Refleksje o kondycji polityki, nie tylko polskiej, w najnowszym felietonie Krzysztofa Łęckiego. Przed wyborami w Polsce temat jak najbardziej aktualny. 

Ten tekst przeczytasz za 6 min. 15 s
Fot. pixabay

I

Gdybym miał podać to, co najbardziej razi mnie we współczesnej polityce, to wskazałbym właśnie na deficyt powagi. Nie idzie o dęte słowa, które niekiedy udaje się politykom zamknąć w zrozumiałe, acz najczęściej wysoce niewiarygodne zdania. Idzie o powagę, której politykom, nie tylko zresztą tym polskim, dzisiaj najzwyczajniej brak. Może w demokracji nie może być inaczej? Może to jeden z niedających się „odzobaczyć” wymiarów tego, co teoretycy nazywają brzydotą demokracji? Festiwal nieprawdopodobnej wręcz niekompetencji, afery, cała feeria kłamstewek i kłamstw – jakie prezentują politycy jest współcześnie trudny do ukrycia, wszystko to tradycyjne mass-media i Internet negliżują bez litości.

II

„Ludzie głosują na partyjne szyldy, nie na nazwiska” – skarżył się w prasie mój uniwersytecki kolega, który bez powodzenia startował w wyborach parlamentarnych. No cóż, nie został wybrany senatorem, choć nazwisko miał na pewno bardziej znane, a na pewno bardziej popularne niż jego konkurenci. Odwróćmy sytuację. Przyjmijmy na moment, że szyldy nie są ważne, że decydują nazwiska, osobowości itd… No cóż powiedzieć, bywa, choć doprawdy rzadko, iż to nazwisko, a nie szyld decyduje. Ale w takim razie skąd tyle kłótni i awantur o miejsce, jakie kandydat czy kandydatka zajmą na liście? Niekiedy, ktoś z nazwiskiem i zasługami (przynajmniej w swoim mniemaniu) rezygnuje z kandydowaniu w wyborach, bo zaproponowano mu odległe od „jedynki” miejsce na liście wyborczej. Cóż za brak wiary w magię swojego nazwiska i rozpoznawalność politycznych dokonań... Cóż za brak wiary w roztropność podzielających zapatrywania polityczne kandydata wyborców…

III

Chamfort pisze o pewnym proboszczu z Bray, który „przechodził kilka razy od katolicyzmu do protestantyzmu; kiedy zaś przyjaciele dziwili się jego obojętności: »Ja, obojętny! – rzekł – Ja niestały! Nic podobnego, przeciwnie, ja się nie zmieniam, ja chcę być proboszczem w Bray«”. No tak, jeszcze polityczne transfery. Zdarzały się zawsze, jak konwersje religijne, ja wiele innych form „stałości”. Wreszcie – „On był stały, tylko one się zmieniały”, jak pisał o wiernym (sobie) kochanku Jan Sztaudynger. Jednak – może to złudzenie, ale w takim razie złudzenie, które niezwykle mocno się mnie trzyma – dzisiaj polityczne transfery mają jakby bardziej komercyjny charakter. Oczywiście mogę wierzyć, że startującym do sejmu Jarosławowi Gowinowi (kiedyś „jedynka” Platformy w Krakowie, dzisiaj krakowska „jedynka” PiS-u) czy Pawłowi Kowalowi (nie tak dawno jedynka PiS-u w Krakowie, dzisiaj krakowska „jedynka” koalicji jednoznacznie kojarzonej z Platformą), i wielu, wielu innym politykom i polityczkom po prostu zmieniły się poglądy, że przejrzeli na oczy i postanowili stanąć po „jasnej stronie mocy”. Otóż, oczywiście, mógłbym, ale jakoś mi trudno.

IV

I znowu, nie jest to zjawisko tylko polskie. Otóż w tekście Piotra Kowalczuka zamieszczonym w tygodniku „Do Rzeczy” czytam, jak to we Włoszech antysystemowy Ruch Pięciu Gwiazd, który kilkanaście miesięcy temu stworzył koalicję z ultraprawicową Ligą, niedawno, by nadal rządzić wszedł w sojusz z lewicową Partia Demokratyczną. Jeszcze jakiś czas temu oba te ugrupowania darzyły się nieskrywaną nienawiścią, a dzisiaj, proszę, to zgodni koalicjanci. Jak wyjaśniają niedawni wrogowie, a dzisiejsi sojusznicy, ten nagły i mocno nieoczekiwany zwrot partyjnych powiązań? Otóż politycy Partii Demokratycznej wymyślili dla swoich zwolenników określenie „transformizm”, co oznacza zmianę „poglądów i lojalności w imię interesu politycznego tłumaczoną wyższą koniecznością”. No cóż, czy może warto polecać używanie zgrabnego pojęcia „transformizm” tym polskim politykom, którzy w swej partyjnej karierze zdołali obiec już wszystkie strony politycznego spektrum? Otóż wydaje się to w zasadzie niepotrzebne. Elektoraty, przynajmniej te żelazne, mamy zdyscyplinowane i żadne tłumaczenia nie są im potrzebne. Przeczytałem na Facebooku, jak pewien zdeklarowany zwolennik opozycji wybacza Michałowi Kamińskiemu (kiedyś PiS, teraz obóz tzw. opozycji demokratycznej) nawet wręczenie ryngrafu Pinochetowi. A wybacza, bo teraz Kamiński wali w PiS.

V

Joseph Conrad bohaterem „Jądra ciemności” (cichym bohaterem, bo choć rzecz jest o nim, to przecież znamy go tylko z opowieści innych postaci noweli Conrada) uczynił Kurtza, człowieka, który w sercu Afryki poczuł się już nie władcą, ale wręcz okrutnym Bogiem. I zwariował. Inna postać tego samego dzieła, dziennikarz, twierdził, że „właściwą dziedziną Kurtza powinna stać się polityka w „zakresie popularnym”. Przekonywał Marlowe’a – „Była w nim wiara - rozumie pan? - była w nim wiara. Potrafił wmówić w siebie wszystko - wszystko. Byłby wspaniałym leaderem skrajnej partii”. Na pytanie Marlowe’a, jakiej konkretnie partii, dziennikarz odpowiada bez wahania, jakiejkolwiek. Jakiejkolwiek… W nieudolnej podróbce genialnej powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza „Kariera Nikodema Dyzmy” – idzie o „Wystarczy być” Jerzego Kosińskiego – cała prawda o współczesnych politykach zawiera się w tytule. A jeśli jeszcze komu mało, to dodam lakoniczną, literacką definicję polityka autorstwa słynnego poety e.e. cummingsa. „polityk – pisze e.e. cummings – jest to mianowicie zad, na którym istota ludzka nigdy nie usiadła”.

VI

I jeszcze. Ktoś – nie pamiętam już kto – porównał dzisiejsze zmagania partyjne w Polsce do wojny religijnej. To ryzykowna hipoteza. A jeśliby miałaby być to diagnoza – to niebezpieczna. Kiedy w 1555 roku cesarz Karol V zawarł pokój z protestanckimi książętami Rzeszy można było wprowadzić zasadę „cuius regio, eius religio” (czyj kraj, tego religia), to w grę wchodziła europejska mozaika. Powiada się i pisze dzisiaj często o dwóch Polskach. Ale Polska pozostaje wszak jednym krajem. Przecież się chyba nie mylę?

 



Może Cię zainteresować.