_-_transp.png)
Gdyby stworzyć ranking najbardziej obciachowych imprez, to Eurowizja, a dokładnie Konkurs Piosenki Eurowizji, zajmowałby jedno z czołowych miejsc. Kiedy dwa lata temu w tej zabawie uczestniczył pochodzący z Trzyńca Albert Černý z grupą Lake Malawi, sam piosenkarz tłumaczył mi swoje parcie na szkło prozaicznie: chcemy przebić się na rynek europejski. I co? I nic.
Podobno już sam fakt udziału w Eurowizji otwiera ekskluzywne drzwi do świata wielkiego show-biznesu. Tak twierdzą przynajmniej uczestnicy, którzy w jakiś sposób po prostu muszą wytłumaczyć powody, dla których kompromitują się na żywo, licząc na pięć minut sławy. Rzeczywistość wygląda jednak zgoła odmiennie. W sobotę w Rotterdamie podczas 65. edycji ponownie wystąpi więc armia większych lub mniejszych muzycznych koszmarków, z których tylko kompletnie pijany producent potrafiłby stworzyć coś więcej, niż tylko zabawkę marketingową z ograniczoną datą ważności. Już za półfinałową burtą tegorocznego konkursu znalazł się polski reprezentant Rafał Brzozowski, identyczny los spotkał też wysłannika Czeskiej Telewizji Bena Cristo. I to była dobra wiadomość, bo obaj panowie oszczędzili swoim, jakby nie było bardzo umuzykalnionym narodom, wstydu. Muzykę pop można uprawiać tak, jak robi to od wielu lat chociażby Lady Gaga. Z artyzmem, polotem, talentem od Boga. Można też inaczej – skacząc, a jak pasuje, to płacząc do rytmu dziwacznych ambicji, które po opadnięciu kurtyny Eurowizji pryskają jak bańka mydlana. Mógłbym nadmienić, że Eurowizja to przecież tylko zabawa z przymrużeniem oka, więc po co te moje surowe oceny… Tak, to wprawdzie tylko zabawa, ale również rozrywkę trzeba robić z odpowiednim wyczuciem.