środa, 19 sierpnia 2026
Imieniny: PL: Emilii, Julinana, Konstancji| CZ: Ludvík
Glos Live
/
Nahoru

Blaski i cienie „Gorola” 2026. Prof. Daniel Kadłubiec podsumowuje | 07.08.2026

Powiem od razu – blasków było zdecydowanie więcej, ale niektóre z cieni przyćmiły całego „Gorola”. I tu zacznę od tego, że to, co działo się w piątek i sobotę obejrzałem dokładnie w internecie. Gdybym zaś miał porównać wszystkie trzy dni, oceniłbym piątek jako najlepszy, niedzielę zaś jako najsłabszą. Ale po kolei.

Ten tekst przeczytasz za 9 min. 15 s
W ocenie profesora Daniela Kadłubca, piątek był najlepszym dniem tegorocznego „Gorolskigo Święta”. Fot. Danuta Chlup

Piątek
Prawie od samego początku bywam na „Gorolu”, widziałem i spłoszone konie w „Ameryce”, obserwowałem Michoła, Jurę, Macieja, ale tak znakomitego naszego programu, jakim był „Za chlebem”, nie pamiętam. Pomysłowa koncepcja i dramaturgia, świetni narratorzy-aktorzy, pokazanie dokumentów nie na zasadzie przerywników, ale jako pełnowartościowych elementów całości, potęgujących emocje widowiska. No i włączenie do niego, choć tylko luźno, dwóch kapel – południowomorawskiej P. Mički i szariskiej z okolic Raslavic Stana Baláža. Ta druga grała, bawiła, tańczyła tak, że dech zapierało. Brawura. W dodatku prymista był nie tylko wirtuozem, ale także przewodnikiem po swoim regionie, narratorem, wszystkim. To, że się to wszystko udało zrobić Ch. Heczce, napisać scenariusz, wyszperać dokumenty, ściągnąć kapele, wybrać wykonawców, zasługuje na wielki szacunek. Tu tylko drobna uwaga: „Kiejsi żeś mie widzioł przez dziewióntóm ścianym” jest pieśniczką smutno-miłosną, wykonywaną zazwyczaj, co wynika z jej charakteru, nie w dwutakcie, ale wolno, beztaktowo, wolnometrycznie. Jednak to nie koniec piątkowych niespodzianek. Zagrała bowiem dziecięca kapela skrzypcowa spod Ochodzitej. Nie wiem, ilu ich było. W każdym razie pełna scena gorolskiej muzyki, wykonanej z uśmiechem i z potrzeby serca. Nigdy nie zaginie w Beskidach śpiywani.
W piątek i sobotę było widać, że młodzi zabrali się do roboty z przemyślaną wizją. Jak już jesteśmy przy młodych, spójrzmy na dwoje goroli, prowadzących ten piątkowy spektakl – Karolinę Filipczyk i Dominika Poločka. Robili to naturalnie, żywo, spontanicznie, choć zdarzały się wpadki („jo by tu przedała” – w sensie wręczyła – „kwiotka”, „wyświetliłbyś” – w sensie wyjaśniłbyś – „mi to, jo tego nie ścignył”,  gawędziarz z Hażlach – prawidłowo z Hażlacha, „kapela by sie naportowała” itp.), ale to drobiazgi, choć warto o nich pamiętać, w porównaniu z tym, jacy byli.
Do piątkowych wartości dodajmy konkurs na „łowiynzioka”, może inspirowany strażnickim „verbuňkym”, ale trzeba przyswajać to, co atrakcyjne i cenne.
No i jeszcze seminarium nieetnograficzne, poświęcone Pioseczaninowi, którego prawie nikt nie zna, a on zdobył rozgłos w świecie jako fotograf. Dwie jego córki były w Jabłonkowie (niestety, nie nauczyły się po słowiańsku), bardzo sympatyczne, ciekawie opowiadające o losach swego ojca, który nazywał się Jan Sadowy (John Sadovy). Także ten atrakcyjny fragment „Gorola” urzeczywistnił włącznie wystawy Ch. Heczko, a bardzo ciekawe dialogi tłumaczył perfekcyjnie Norbert Dąbkowski.
Bohaterem kolejnej wystawy plenerowej, pełnej unikatowych dokumentów, był Paweł Lipka, nauczyciel i społecznik, a ich pokazanie zawdzięczamy Marianowi Steffkowi i Stanisławowi Gawlikowi.

Sobota
Przewodnikami byli: spokojny i skłonny do merytorycznych rozważań Jan Michalik (rzutki, młody i skuteczny działacz regionalny) oraz spontaniczna Adrianna Łysek. Poprowadzili nas przez parę ciekawych, odkrywczych inicjatyw autorstwa Doroty i Marcina Filipczyków. Mam tu na myśli tańcowani pod Jurowicami, coś w rodzaju warsztatów tanecznych, które zatarły granicę między prowadzącymi a wykonawcami, garnącymi się gromadą do opanowania podstaw naszej kultury tanecznej. Miło było patrzeć. Były także pokazy tańców z innych regionów, co okazało się również strzałem w dziesiątkę, podobnie jak warsztaty dla dzieci, prezentujące obróbkę wełny, zwłaszcza zaś malowanie na szkle, kierowane przez Irenę Kawulok, córkę śp. Antoniego Szpyrca.
Sobotnią ofertę dopełniły imprezy sportowo-turystyczne, bardzo istotne m. in. dlatego, że ściągają dzieci z rodzicami, że pozwalają poznawać przyrodę, nasz mikroregion, że utrwalają nawyk bycia na „Gorolu”.
Zwracam też uwagę na wysoki poziom młodych gawędziarzy i śpiewaków, którym należałoby poświęcić odrębny blok programowy ze swoją ideą, zamiarem artystycznym, by nie była to tylko składanka, porozrzucana bez logiki po całym „Gorolu”.

Niedziela
I tu było najwięcej cieni, choć unosiły się często ponad możliwościami decyzyjnymi autorów niedzielnego bloku. Za długie przemówienia – delikatnie zasugerować, że powinny się zmieścić w pięciu minutach. W zasadzie nikogo nie interesują. Kompozycja całości była mechaniczna, ale pokazała znowu, że naszych gawędziarzy, śpiewaków, nasze zespoły dziecięce i dorosłe z kapelami można pokazać na każdym festiwalu. Poziom idzie w górę, choć z jednym zastrzeżeniem – trzeba koniecznie rozbijać skostniały, stereotypowy repertuar przez wprowadzanie do niego nowych wartości, których mamy tyle, że starczy do końca świata.
Brakowało dramaturga, który by to wszystko poukładał w coś, co miałoby logikę, spójność, co zmierzałoby z rosnącą dynamiką do finału.
I znowu zderzyliśmy się z absolutnym niepanowaniem nad relacjami czasowymi. A wynik – półtorej godziny poślizgu. Program kończył się wtedy, kiedy powinien ruszać karnawał.
Zespoły Klimka Bachledy i „Zemplin” (zaskakująco słaba kapela) bardzo mierne, pokazami bazującymi, szczególnie u Podhalan, na paru figurach tanecznych i muzycznych, powtarzanych do znudzenia. Trzeba być mistrzem, by z tego materiału skonstruować porywające widowisko. A tak nie było. Obeszlibyśmy się bez nich, i to bez uszczerbku dla niedzieli. Dzień najważniejszy i najliczniej oglądany, powtarzam, okazał się najmniej porywający.
Ktoś ze sztabu „Gorola” chyba uczestniczy lub powinien uczestniczyć w naradach Regionalnego Ośrodka Kultury w Bielsku-Białej, czuwającego nad całym Tygodniem Kultury Beskidzkiej, do którego „Gorol” należy. I tam powinien paść rygorystyczny postulat, by delegowane do Jabłonkowa zespoły zagraniczne miały do dyspozycji po 30 minut, tak, by ich udział zakończył się o 19.30. I dlatego program musi mieć minutaż, określający nieprzekraczalny (lub tylko lekuśko) czas przeznaczony na jego poszczególne punkty, pilnowany przez prowadzących. To nie jest odpust czy jarmark, ale 80-letnia tradycja.

I na ostatek
* Tradycyjnie się dziękuje wszystkim, którzy przygotowali wszystko, by „Gorol” trwał. Setki, tysiące bezinteresownych godzin i za to ukłon do samej ziemi.
* Młodzi pokazali perspektywy „Gorola”, którego tradycyjne ramy wypełnili świeżymi, atrakcyjnymi pomysłami.
* Organizacyjnie ciężar imprezy spoczywa na Jabłonkowianach, a to praca wielka, często niewidoczna. Gdy jednak chodzi o sens „Gorola”, jego wagę i znaczenie, przekracza on opłotki Jabłonkowa i obejmuje całą ziemię cieszyńską, stąd powinna nad nim czuwać Rada Programowa, wyzyskująca doświadczenia i wiedzę tych, którym przyszłość „Gorolskigo Święta” leży na sercu. Za rok mamy jubileusz, toteż od jutra trzeba działać.
* W związku z tym pojawia się propozycja do wykorzystania. Przed paru laty na prestiżowym festiwalu w Vychodnej wystawiliśmy wysoko oceniony program, pokazujący najciekawsze fragment cieszyńskiej tradycji kulturowej od źródeł Olzy do jej ujścia, nazwany „Z biegiem Olzy”.
* Na seminarium można by zaprosić prof. Jana Miodka z tematem kulturowo-gwarowym. Gdyby coś takiego wchodziło w grę, należałoby się pospieszyć.
* W proponowanej Radzie Programowej powinien być dramaturg, który miałby oko na całość, na to, by każdy dzień „Gorola” miał swój charakter jako całość, by „Gorol” był sprofilowany artystycznie.
* Wiadomo, że nie byłoby „Gorola” bez kół PZKO, bez ich wozów alegorycznych, bez ich stoisk, za które trzeba płacić organizatorom, czyli jabłonkowskiemu kołu za piątek 3 tys. koron, za sobotę i niedzielę po 4 tys., razem 11 tys. Do czego zmierzam. Do tego, by te opłaty zróżnicować wg miejsca stoiska (te w centrum mają inną sytuację zarobkową od tych na obrzeżach), inną stawkę dałbym małym kołom, walczącym o każdą koronę. Na pewno byłoby to bez uszczerbku dla finalnego efektu finansowego.
* „Gorol” powinien stać na straży tradycji, również gwary. To ważna jego misja. Od lat przekonuję, że u nas jest kolyba, a nie koliba, mówimy przecież kolybać, kolybka, a nie kolibać, kolibka, ale my jesteśmy niereformowalni i afiszujemy się żywiecko-podhalańską Kolibą Wydawców. Podobnie ubieramy bruclyk, a nie bruclik, pojawiający się od Żywca po Podhale. Górnolotnie powiem, że w ten sposób podważamy, kim jesteśmy, czyli własną tożsamość.
* I jeszcze spróbujmy się zastanowić nad tym, jak zatrzymać w Jabłonkowie naszych gości na całe trzy dni, i to z wiadomych powodów. Prestiżowe festiwale budują w tym celu miasteczka namiotowe, w których ciągle brakuje miejsc. Może młodzi znajdą na to pomysł i odwagę. Dla mnie największym objawieniem programowym tegorocznego „Gorola” byli właśnie oni.
Prof. Daniel Kadłubiec



Może Cię zainteresować.