No cóż, na
pewno mógłby ją z pełnym przekonaniem powtórzyć Winston Churchill. Wdrażał ją
wszak przez całe swoje polityczne życie – także siadając w Jałcie do stołu z
Józefem Wissarionowiczem Stalinem. Tu Jacek Kaczmarski w finale swej słynnej
„Jałty” myli się dokumentnie, przekonując, że „tylko ofiary się nie mylą/ i tak
rozumieć trzeba Jałtę”. Otóż Lew Albionu doskonale rozumiał tamten świat, nie
miał złudzeń, co do zamiarów Stalina, wiedział, co to polityka siły. Znał to
wszystko doskonale, nawet jeśli rozmawiając z kalekim Roosveltem sprawiał
(chciał sprawiać) Churchill wrażenie dającego się łatwo nabierać naiwniaka („Gdy do Kaleki mówi Lew/ Ja wierzę w
szczerość słów Stalina/ Dba chyba o radziecką krew”). Bo przecież mógł się
łatwo domyślać, że w „jak nowej rezydencji carów” – „Okna widzą, słyszą
ściany”. Nie mając innego wyjścia (prócz bezsilnych humanitarnych pohukiwań)
wolał być uznanym za dającego się oszukać polityka, niż polityka, którego stać
co najwyżej na gest Rejtana. „Nie miejcie żalu do Churchilla/ Nie on wszak za
tym wszystkim stał/ Wszak po to tylko był Triumwirat/ By Stalin dostał to, co
chciał”. W innym przypadku musielibyśmy uznać, że dopiero po przegranych,
pierwszych powojennych wyborach, w słynnym wykładzie wygłoszonym w Fulton (USA)
w marcu 1946 roku Churchill nagle zauważył, że oto „Od Szczecina nad Bałtykiem
do Triestu nad Adriatykiem zapadła żelazna kurtyna dzieląc nasz Kontynent”.
I
Jerzy
Stempowski w swym wspaniałym eseju „Czytając Tukidydesa” zwraca uwagę na los
aliantów i satelitów, głównych aktorów wojny peloponeskiej (301-304 p.n.e.),
tj. Aten i Sparty. Podkreśla, że dwie główne potęgi greckiego świata V wieku
p.n.e. przez dłuższy czas nie doprowadzając do bezpośredniego starcia,
prowadziły działania wojenne kosztem sprzymierzeńców. I tłumaczy Stempowski:
„Rola słabszego sprzymierzeńca nigdy nie budziła zazdrości. W starych
traktatach o sztuce wojennej znajdujemy wskazówkę, że mając przed sobą dwóch
sprzymierzonych przeciwników, należy naprzód atakować słabszego, bo silniejszy
zawsze może znaleźć mnóstwo powodów, aby nie przyjść mu z pomocą. Machiavelli odradza
w ogóle sprzymierzanie się z silniejszym partnerem, bo – jakikolwiek byłby
wynik wojny – słabszy zawsze wyjdzie na niej zawsze źle. W razie przegranej
silniejszy będzie się starał zawrzeć pokój kosztem słabszego sprzymierzeńca”.
No dobrze, powie może ktoś, a co w razie wygranej? No przecież wówczas znajdą
się i dla słabszego sprzymierzeńca zwycięzcy jakieś profity. Chociażby z
wdzięczności, że stanął i walczył po dobrej, zwycięskiej stronie. No cóż,
Stempowski zdaje się być w tej sprawie znacznie mniejszym optymistą. Według
autora szkicu „Czytając Tukidydesa” (ale przecież nie był w tej opinii
osamotniony), w razie wygranej słabszy sojusznik zwycięzcy „znajdzie się sam na
sam ze zwycięzcą, bez możliwości manewrowania, zdany praktycznie na jego łaskę
i niełaskę”.
II
Tak, bycie
słabszym sprzymierzeńcem niesie za sobą określone koszty. Także w brzęczącej
monecie. Ateny w obliczu narastającego konfliktu przeniosły skarb Związku
Morskiego – któremu przecież nieprzypadkowo przewodziły żelazną ręką – z Delos
do siebie. Ów wspólny z definicji skarb zasilany był zresztą nie tyle przez
opłaty co, nazywając rzecz po imieniu, kontrybucje czy haracze ściągane ze
sprzymierzeńców. Z tymi ostatnimi Ateńczycy poczynali sobie „bez ceremonii, nie
pytając ich o zdanie w sprawach dysponowania wspólnym funduszem, ani w sprawach
polityki ogólnej”. No cóż, mieli tu politycy Aten wolną rękę. Ba, działali
zgodnie z prawem – bo taka w zasadzie była lekcja Związku Morskiego, którym Ateny rządziły. Podam ją
tu za Aleksandrem Krawczukiem („Perykles i Aspazja”): „W Atenach dobrze zdawano
sobie sprawę ze wzburzenia wśród sprzymierzeńców. Jednakowoż stronnictwo
Peryklesa było zdecydowane przekształcić Związek Morski w podległe Atenom
państwo. Poddanie jego mieszkańców tutejszemu sądownictwu było ważnym krokiem w
tym kierunku. Odtąd można było wtrącać się w sprawy wewnętrzne państw
związkowych oraz karać lub nagradzać ich obywateli w zależności od nastawienia
do ateńskiej władzy”.
III
Uwielbiam zwiedzać Grecję, nie tylko
dla pięknych widoków, także (może nawet – przede wszystkim) dla uroku pozostałych
tam jeszcze zabytków. Nie sposób nie zauważyć, że ateńskie zabytki choć ciągle
niszczeją, to jednocześnie ciągle są „odbudowywane”. Podobne są w tym do
ateńskich ambicji politycznych, które nigdy nie znikną.
IV
I
jeszcze na koniec zdań kilka o trwałości i niezmienności sojuszy. Po
przerażającej klęsce Aten secesje w jednym z najkrwawszych epizodów wojny
peloponeskiej, tzw. wyprawie sycylijskiej (415-413 p.n.e.) chętnych do tego, by
oderwać się od Aten było tylu, że spartański król Agis, chcąc pomóc
Lesbiańczykom, musiał odłożyć obiecaną pomoc Eubejczykom. A w kolejce
po lacedemońską pomoc czekali gotowi do skierowanego przeciw Atenom buntu –
Chioci i Erytrejczycy. Po raz pierwszy jako aktywny gracz w wojnie
peloponeskiej pojawia się wysłannik złowrogiego wschodniego imperium – Persji.
I, co ciekawe, acz rzecz jasna specjalnie dziwić nie może, znajdują
Persowie wspólne interesy z tymi Grekami, którzy są wrogami Aten. Po
ateńskiej klęsce na Sycylii grecka wojna domowa trwać miała jeszcze prawie
dekadę. Gdy uważnie prześledzić jej koleje, to okaże się, że mogła przynieść
rozstrzygnięcia różne od tych, które znamy z podręczników historii. Niemniej – zwycięska
Sparta nie cieszyła się długo z owoców wiktorii. Jej upadek datuje się na rok
371 p.n.e. i bitwę pod Leuktrami, w której uchodzących za najlepszych
wojowników starożytnej Grecji Spartan pokonali ich sojusznicy, tak, tak –
sojusznicy, tyle że w wojnie z Atenami zwanej peloponeską. I demografia –
drastyczny spadek urodzeń.
V
Mam
nadzieję, że współcześni politycy, tak liczący się ze zdaniem ekspertów od
wizerunku (kolor koszuli, krawat, skarpetki), mają w sprawach pokoju i wojny
nieco głębsze przemyślenia niż wynikałoby to z ich zabawiających internetową
gawiedź tweetów.
Krzysztof Łęcki