niedziela, 19 kwietnia 2026
Imieniny: PL: Alfa, Leonii, Tytusa| CZ: Rostislav
Glos Live
/
Nahoru

Pre-teksty i Kon-teksty Łęckiego: Sojusze i interesy | 13.03.2026

W połowie XIX wieku lord Palmerston na swój sposób skodyfikował (nie wymyślił, ale – właśnie – skodyfikował) podstawową zasadę brytyjskiej polityki. Brzmi ona tak: „Wielka Brytania nie ma wiecznych sojuszników ani wiecznych wrogów; wieczne są tylko interesy Wielkiej Brytanii i obowiązek ich ochrony”.

Ten tekst przeczytasz za 6 min. 45 s
Ateński Akropol. Fot. Pixabay

No cóż, na pewno mógłby ją z pełnym przekonaniem powtórzyć Winston Churchill. Wdrażał ją wszak przez całe swoje polityczne życie – także siadając w Jałcie do stołu z Józefem Wissarionowiczem Stalinem. Tu Jacek Kaczmarski w finale swej słynnej „Jałty” myli się dokumentnie, przekonując, że „tylko ofiary się nie mylą/ i tak rozumieć trzeba Jałtę”. Otóż Lew Albionu doskonale rozumiał tamten świat, nie miał złudzeń, co do zamiarów Stalina, wiedział, co to polityka siły. Znał to wszystko doskonale, nawet jeśli rozmawiając z kalekim Roosveltem sprawiał (chciał sprawiać) Churchill wrażenie dającego się łatwo nabierać naiwniaka („Gdy do Kaleki mówi Lew/ Ja wierzę w szczerość słów Stalina/ Dba chyba o radziecką krew”). Bo przecież mógł się łatwo domyślać, że w „jak nowej rezydencji carów” – „Okna widzą, słyszą ściany”. Nie mając innego wyjścia (prócz bezsilnych humanitarnych pohukiwań) wolał być uznanym za dającego się oszukać polityka, niż polityka, którego stać co najwyżej na gest Rejtana. „Nie miejcie żalu do Churchilla/ Nie on wszak za tym wszystkim stał/ Wszak po to tylko był Triumwirat/ By Stalin dostał to, co chciał”. W innym przypadku musielibyśmy uznać, że dopiero po przegranych, pierwszych powojennych wyborach, w słynnym wykładzie wygłoszonym w Fulton (USA) w marcu 1946 roku Churchill nagle zauważył, że oto „Od Szczecina nad Bałtykiem do Triestu nad Adriatykiem zapadła żelazna kurtyna dzieląc nasz Kontynent”.

I
Jerzy Stempowski w swym wspaniałym eseju „Czytając Tukidydesa” zwraca uwagę na los aliantów i satelitów, głównych aktorów wojny peloponeskiej (301-304 p.n.e.), tj. Aten i Sparty. Podkreśla, że dwie główne potęgi greckiego świata V wieku p.n.e. przez dłuższy czas nie doprowadzając do bezpośredniego starcia, prowadziły działania wojenne kosztem sprzymierzeńców. I tłumaczy Stempowski: „Rola słabszego sprzymierzeńca nigdy nie budziła zazdrości. W starych traktatach o sztuce wojennej znajdujemy wskazówkę, że mając przed sobą dwóch sprzymierzonych przeciwników, należy naprzód atakować słabszego, bo silniejszy zawsze może znaleźć mnóstwo powodów, aby nie przyjść mu z pomocą. Machiavelli odradza w ogóle sprzymierzanie się z silniejszym partnerem, bo – jakikolwiek byłby wynik wojny – słabszy zawsze wyjdzie na niej zawsze źle. W razie przegranej silniejszy będzie się starał zawrzeć pokój kosztem słabszego sprzymierzeńca”. No dobrze, powie może ktoś, a co w razie wygranej? No przecież wówczas znajdą się i dla słabszego sprzymierzeńca zwycięzcy jakieś profity. Chociażby z wdzięczności, że stanął i walczył po dobrej, zwycięskiej stronie. No cóż, Stempowski zdaje się być w tej sprawie znacznie mniejszym optymistą. Według autora szkicu „Czytając Tukidydesa” (ale przecież nie był w tej opinii osamotniony), w razie wygranej słabszy sojusznik zwycięzcy „znajdzie się sam na sam ze zwycięzcą, bez możliwości manewrowania, zdany praktycznie na jego łaskę i niełaskę”.

II
Tak, bycie słabszym sprzymierzeńcem niesie za sobą określone koszty. Także w brzęczącej monecie. Ateny w obliczu narastającego konfliktu przeniosły skarb Związku Morskiego – któremu przecież nieprzypadkowo przewodziły żelazną ręką – z Delos do siebie. Ów wspólny z definicji skarb zasilany był zresztą nie tyle przez opłaty co, nazywając rzecz po imieniu, kontrybucje czy haracze ściągane ze sprzymierzeńców. Z tymi ostatnimi Ateńczycy poczynali sobie „bez ceremonii, nie pytając ich o zdanie w sprawach dysponowania wspólnym funduszem, ani w sprawach polityki ogólnej”. No cóż, mieli tu politycy Aten wolną rękę. Ba, działali zgodnie z prawem – bo taka w zasadzie była lekcja Związku Morskiego, którym Ateny rządziły. Podam ją tu za Aleksandrem Krawczukiem („Perykles i Aspazja”): „W Atenach dobrze zdawano sobie sprawę ze wzburzenia wśród sprzymierzeńców. Jednakowoż stronnictwo Peryklesa było zdecydowane przekształcić Związek Morski w podległe Atenom państwo. Poddanie jego mieszkańców tutejszemu sądownictwu było ważnym krokiem w tym kierunku. Odtąd można było wtrącać się w sprawy wewnętrzne państw związkowych oraz karać lub nagradzać ich obywateli w zależności od nastawienia do ateńskiej władzy”.

III
Uwielbiam zwiedzać Grecję, nie tylko dla pięknych widoków, także (może nawet – przede wszystkim) dla uroku pozostałych tam jeszcze zabytków. Nie sposób nie zauważyć, że ateńskie zabytki choć ciągle niszczeją, to jednocześnie ciągle są „odbudowywane”. Podobne są w tym do ateńskich ambicji politycznych, które nigdy nie znikną.

IV
I jeszcze na koniec zdań kilka o trwałości i niezmienności sojuszy. Po przerażającej klęsce Aten secesje w jednym z najkrwawszych epizodów wojny peloponeskiej, tzw. wyprawie sycylijskiej (415-413 p.n.e.) chętnych do tego, by oderwać się od Aten było tylu, że spartański król Agis, chcąc pomóc Lesbiańczykom, musiał odłożyć obiecaną pomoc Eubejczykom. A w kolejce po lacedemońską pomoc czekali gotowi do skierowanego przeciw Atenom buntu – Chioci i Erytrejczycy. Po raz pierwszy jako aktywny gracz w wojnie peloponeskiej pojawia się wysłannik złowrogiego wschodniego imperium – Persji. I, co ciekawe, acz rzecz jasna specjalnie dziwić nie może, znajdują Persowie wspólne interesy z tymi Grekami, którzy są wrogami Aten. Po ateńskiej klęsce na Sycylii grecka wojna domowa trwać miała jeszcze prawie dekadę. Gdy uważnie prześledzić jej koleje, to okaże się, że mogła przynieść rozstrzygnięcia różne od tych, które znamy z podręczników historii. Niemniej – zwycięska Sparta nie cieszyła się długo z owoców wiktorii. Jej upadek datuje się na rok 371 p.n.e. i bitwę pod Leuktrami, w której uchodzących za najlepszych wojowników starożytnej Grecji Spartan pokonali ich sojusznicy, tak, tak – sojusznicy, tyle że w wojnie z Atenami zwanej peloponeską. I demografia – drastyczny spadek urodzeń.

V
Mam nadzieję, że współcześni politycy, tak liczący się ze zdaniem ekspertów od wizerunku (kolor koszuli, krawat, skarpetki), mają w sprawach pokoju i wojny nieco głębsze przemyślenia niż wynikałoby to z ich zabawiających internetową gawiedź tweetów.
Krzysztof Łęcki




Może Cię zainteresować.