Stanisław Ćmiel: w góry wyjeżdżam, żeby zwolnić tempo życia | 24.12.2025
Chociaż
nie zdołasz wspiąć się na sam szczyt, nie traktuj tego jako zmarnowanego czasu. Zaś udana wyprawa to
taka, kiedy w zdrowiu powrócisz do domu. Z alpinistą i ratownikiem górskim z
Gródku Stanisławem Ćmielem rozmawiamy o jego wyprawie w góry Afganistanu, gdzie
turysta pojawia się tylko raz na długi czas.
Ten tekst przeczytasz za 7 min. 60 s
Stanisław Ćmiel, a za nim skalisty Kohotez. Fot. Archiwum Stanisława Ćmiela
Dlaczego
wybrałeś akurat taki kierunek?
– Kierunek
wschodni wybrałem już jakiś czas temu. Była Armenia, Gruzja, Turcja, dwa razy
Kirgistan i Nepal w Himalajach, gdzie udało mi się wejść jak dotąd najwyżej, bo
na wysokość 6,5 tys. m n.p.m. W tym roku postanowiłem wspiąć się na 7-tysięcznik
Kohotez w Afganistanie. Pojechałem z 8-osobową grupą zorganizowaną przez kolegę
alpinistę z Hawierzowa, właściciela biura podróży Pamir 7000. Dzięki jego
kontaktom i 25-letniemu doświadczeniu czas w Afganistanie spędziliśmy bardzo
efektywnie. Jadąc na własną rękę, taka podróż trwałaby znacznie dłużej, nie
mówiąc o przygotowaniach do niej. I tak musiałem przeznaczyć na ten wyjazd trzy
tygodnie urlopu. Z tego 12 dni spędziliśmy w górach.
Jaki
mają charakter góry w Afganistanie?
– W
centralnej i wschodniej części kraju rozciąga się łańcuch górski Hindukusz.
Jego najwyższy szczyt Noszak liczy blisko 7,5 tys. m n.p.m. W porównaniu z
Nepalem, gdzie szliśmy przez deszczowy las aż na wysokość 4 tys. metrów, w
Afganistanie wegetacja kończyła się o półtora tysiąca metrów niżej – w naszym
przypadku w wiosce Urgunt, w której mieliśmy ostatni „normalny” nocleg. Tam
przekonaliśmy się na własne oczy, czym jest nędza afgańskich wiosek i jak mogło
wyglądać życie w średniowieczu, kiedy ludzie budowali domy z „cegieł”
ulepionych z gliny i pokrywali gałęziami sklejonymi glinianą papką. Wyżej były
już tylko skały, krajobraz iście księżycowy, surowy i dziewiczy, oraz piekące
słońce bardziej niż w którymkolwiek innym miejscu. Hindukuszu nie odwiedzają turyści,
nie ma tu dla nich żadnego zaplecza. Stąd wynikała też moja obawa. W razie
czego byliśmy zdani tylko na siebie. Odkąd jestem ratownikiem górskim, myślę
bardziej o możliwym ryzyku i staram się przewidzieć wszystkie ewentualne
scenariusze. W czasie wspinaczki tak staram się rozkładać swoje siły, żeby w
drodze powrotnej starczyło mi ich nie tylko siebie, ale – gdy przyjdzie taka
potrzeba – także dla innych.
W drodze z Urguntu do obozu bazowego. Fot. ARC
Jak
wyglądała twoja aklimatyzacja?
– Zdolności
aklimatyzacyjne to bardzo indywidualna sprawa. Są ludzie, nieraz bardzo
wysportowani, których organizm nie radzi sobie z wysokościami. Ale nawet osoby,
które mają zdolność przystosowania się do warunków panujących na większych
wysokościach, muszą przejść stopniową aklimatyzację, zanim wejdą na szczyt.
Dlatego przez cały czas należy słuchać, co mówi nasz organizm. Jeśli chodzi
„tylko” o ból głowy, a ten w wysokich górach doskwiera wszystkim, można mu przynajmniej
częściowo zaradzić poprzez systematyczne nawadnianie organizmu. Wówczas będąc w
obozie, nie robisz nic innego, jak tylko nosisz wodę, parzysz jedną herbatę za
drugą i chodzisz za potrzebą. Natomiast ogólna zasada aklimatyzacyjna jest
prosta, wchodzisz i schodzisz po kilkaset metrów w górę i w dół aż do miejsca,
skąd zaatakujesz szczyt. Każda wysokogórska wspinaczka wymaga więc
odpowiedniego czasu i cierpliwości. Ja postanowiłem, że będę próbował osiągnąć
taką wysokość, na jaką pozwoli mi mój organizm. Oczywiście, mam na myśli wyjścia
bez butli tlenowej, która – jakby na to nie patrzeć – jest rodzajem dopingu.
Spotkałem się nawet z takim poglądem, że wychodząc z tlenem na ośmiotysięcznik,
to tak jakby wejść bez tlenu na wysokość 5 tys. m n.p.m. Chyba każdy to czuje,
jaka to przepaść i nieporównywalna skala wysiłku. Odrzucając tlen, nie
przekreślam jednak naturalnego rozwoju, jakim przeszedł ekwipunek górski.
Obecnie istnieją ogrzewane buty, skarpety czy bielizna, materiały, które
chronią skutecznie przed niedogodnościami atmosferycznymi. Dawniej tego nie
było. Nasi poprzednicy, którzy w latach 60., 70. i 80. ub. wieku przecierali
wysokogórskie szlaki, mieli o wiele trudniejsze warunki startowe. Ale też ich
trening wyglądał zupełnie inaczej, dzięki czemu byli bardziej zahartowani. W
porównaniu z nimi jesteśmy mięczakami.
Jakie
miałeś uczucie, kiedy stanąłeś na wysokości 7 tys. metrów?
– A
no właśnie. Kto był na mojej prelekcji na gródeckim Fest Outdoorze, wie, że
myśmy tego szczytu ostatecznie nie zdobyli.
Jak
to się stało?
– Na
wysokości 5,8 tys. m n.p.m. mieliśmy zaplanowany drugi obóz, a potem w grę
wchodziły dwie opcje – jeszcze jeden obóz lub bezpośredni atak na szczyt.
Jednak jak tylko ujrzeliśmy Kohetez, zaczęliśmy przeczuwać, że nasze plany
pójdą wniwecz. Kiedy przed dziewięciu laty była na nim polska ekspedycja,
wyglądał zupełnie inaczej. Chodziło o typowe zimowe wyjście. Teraz nie było
śniegu, a jedyną możliwością była bardzo trudna technicznie wspinaczka skalna,
na co nie byliśmy wyposażeni. W tej sytuacji zdecydowaliśmy się na alternatywne
rozwiązanie – sąsiedni, tylko o nieco niższy szczyt. Jednak kiedy byliśmy mniej
więcej na wysokości 5,5 tys. m n.p.m., w drodze stanął nam serak, czyli ogromny
blok lodowcowy stopniowo osuwający się do doliny. Nie było szans, żeby go
pokonać. Musieliśmy zawrócić.
Nie
można było tego jakoś przewidzieć?
– W
tej dolinie, z której wychodziliśmy, od 9 lat nie było żadnego turysty. A
miejscowi nie mają czasu na to, żeby łazić po górach. Ich głównym zadaniem jest
po prostu przeżyć. Jak aktualnie wygląda interesująca nas góra, mogliśmy się
więc dowiedzieć dopiero w momencie, kiedy znaleźliśmy się u jej stóp.
Obóz C1 na wysokości 5250 m n.p.m. Fot. ARC
Byłeś
rozczarowany?
– Nie.
Bo takie są właśnie góry. Oczywiście, wspaniałe jest wyjść na szczyt, a potem
hucznie celebrować to wydarzenie, cieszyć się „sławą”. Nigdy nie zapomnę tej
wielkiej fety, kiedy okazało się, że odkryliśmy nowy, dotąd bezimienny szczyt w
Kirgistanie. Jeśli nie uda się jednak osiągnąć celu, pobytu w górach i wysiłku,
jaki w to włożyłem, nie traktuję jako dni straconych. Udana wyprawa jest zawsze
wtedy, kiedy w zdrowiu wrócisz do domu. Tym się kieruję.
Masz
już plan na kolejną wyprawę?
– Wielu
ludzi pyta mnie o to. Ja jednak na chwilę obecną czuję się tak nasycony
wrażeniami, które przywiozłem z Afganistanu, że nie snuję żadnych konkretnych
planów. Nie mam pomysłu na kolejny wyjazd i nawet nie zawracam sobie tym głowy.
Obecnie mam 5-miesięcznego szczeniaka, którego chcę wyszkolić do zadań
ratowniczych przy poszukiwaniach ludzi zasypanych lawiną. Zanim zrobimy certyfikat,
nie ma mowy o żadnym wyjeździe. A takie szkolenie, to kwestia nawet dwóch lat. Mam
jednak wymarzony kraj – Pakistan, i wybrałem już też swój wymarzony szczyt.
Jest
coś, czego w górach nie lubisz?
– Ja
w góry wyjeżdżam, żeby odpocząć od tempa, w którym żyjemy, od pracy, która mnie
bardzo pochłania, i żeby naczerpać spokoju. W górach nie lubię więc komercji,
która jest wszechobecna w Nepalu. Kawiarnia na wysokości 5 tys. metrów n.p.m.,
do której śmigłowiec dowozi cappuccino i tort Sachera, to nic dla mnie. Ja w
górach szukam czegoś innego, także braku komfortu. Kiedy po raz pierwszy
wróciłem z Gruzji, w domu niemal w nabożnym skupieniu włączałem i wyłączałem
światło oraz spuszczałem wodę w toalecie. I o to właśnie w turystyce chodzi.
Żeby poznawać odmienną kulturę, religię, inne standardy życiowe, a potem wrócić
do domu i cieszyć się tym, co się ma. Dlatego gdyby mi ktoś zaproponował
darmowy bilet lotniczy do Nepalu lub Kirgistanu, wybrałbym ten drugi kraj. Dla
mnie bowiem wysokość nie jest tym jedynym, decydującym kryterium.