wtorek, 13 stycznia 2026
Imieniny: PL: Bogumiła, Bogumiły, Weroniki| CZ: Edita
Glos Live
/
Nahoru

Stanisław Ćmiel: w góry wyjeżdżam, żeby zwolnić tempo życia | 24.12.2025

Chociaż nie zdołasz wspiąć się na sam szczyt, nie traktuj tego jako zmarnowanego czasu. Zaś udana wyprawa to taka, kiedy w zdrowiu powrócisz do domu. Z alpinistą i ratownikiem górskim z Gródku Stanisławem Ćmielem rozmawiamy o jego wyprawie w góry Afganistanu, gdzie turysta pojawia się tylko raz na długi czas.

Ten tekst przeczytasz za 7 min. 60 s
Stanisław Ćmiel, a za nim skalisty Kohotez. Fot. Archiwum Stanisława Ćmiela

Dlaczego wybrałeś akurat taki kierunek?
– Kierunek wschodni wybrałem już jakiś czas temu. Była Armenia, Gruzja, Turcja, dwa razy Kirgistan i Nepal w Himalajach, gdzie udało mi się wejść jak dotąd najwyżej, bo na wysokość 6,5 tys. m n.p.m. W tym roku postanowiłem wspiąć się na 7-tysięcznik Kohotez w Afganistanie. Pojechałem z 8-osobową grupą zorganizowaną przez kolegę alpinistę z Hawierzowa, właściciela biura podróży Pamir 7000. Dzięki jego kontaktom i 25-letniemu doświadczeniu czas w Afganistanie spędziliśmy bardzo efektywnie. Jadąc na własną rękę, taka podróż trwałaby znacznie dłużej, nie mówiąc o przygotowaniach do niej. I tak musiałem przeznaczyć na ten wyjazd trzy tygodnie urlopu. Z tego 12 dni spędziliśmy w górach.

Jaki mają charakter góry w Afganistanie?
– W centralnej i wschodniej części kraju rozciąga się łańcuch górski Hindukusz. Jego najwyższy szczyt Noszak liczy blisko 7,5 tys. m n.p.m. W porównaniu z Nepalem, gdzie szliśmy przez deszczowy las aż na wysokość 4 tys. metrów, w Afganistanie wegetacja kończyła się o półtora tysiąca metrów niżej – w naszym przypadku w wiosce Urgunt, w której mieliśmy ostatni „normalny” nocleg. Tam przekonaliśmy się na własne oczy, czym jest nędza afgańskich wiosek i jak mogło wyglądać życie w średniowieczu, kiedy ludzie budowali domy z „cegieł” ulepionych z gliny i pokrywali gałęziami sklejonymi glinianą papką. Wyżej były już tylko skały, krajobraz iście księżycowy, surowy i dziewiczy, oraz piekące słońce bardziej niż w którymkolwiek innym miejscu. Hindukuszu nie odwiedzają turyści, nie ma tu dla nich żadnego zaplecza. Stąd wynikała też moja obawa. W razie czego byliśmy zdani tylko na siebie. Odkąd jestem ratownikiem górskim, myślę bardziej o możliwym ryzyku i staram się przewidzieć wszystkie ewentualne scenariusze. W czasie wspinaczki tak staram się rozkładać swoje siły, żeby w drodze powrotnej starczyło mi ich nie tylko siebie, ale – gdy przyjdzie taka potrzeba – także dla innych. 


W drodze z Urguntu do obozu bazowego. Fot. ARC

Jak wyglądała twoja aklimatyzacja?
– Zdolności aklimatyzacyjne to bardzo indywidualna sprawa. Są ludzie, nieraz bardzo wysportowani, których organizm nie radzi sobie z wysokościami. Ale nawet osoby, które mają zdolność przystosowania się do warunków panujących na większych wysokościach, muszą przejść stopniową aklimatyzację, zanim wejdą na szczyt. Dlatego przez cały czas należy słuchać, co mówi nasz organizm. Jeśli chodzi „tylko” o ból głowy, a ten w wysokich górach doskwiera wszystkim, można mu przynajmniej częściowo zaradzić poprzez systematyczne nawadnianie organizmu. Wówczas będąc w obozie, nie robisz nic innego, jak tylko nosisz wodę, parzysz jedną herbatę za drugą i chodzisz za potrzebą. Natomiast ogólna zasada aklimatyzacyjna jest prosta, wchodzisz i schodzisz po kilkaset metrów w górę i w dół aż do miejsca, skąd zaatakujesz szczyt. Każda wysokogórska wspinaczka wymaga więc odpowiedniego czasu i cierpliwości. Ja postanowiłem, że będę próbował osiągnąć taką wysokość, na jaką pozwoli mi mój organizm. Oczywiście, mam na myśli wyjścia bez butli tlenowej, która – jakby na to nie patrzeć – jest rodzajem dopingu. Spotkałem się nawet z takim poglądem, że wychodząc z tlenem na ośmiotysięcznik, to tak jakby wejść bez tlenu na wysokość 5 tys. m n.p.m. Chyba każdy to czuje, jaka to przepaść i nieporównywalna skala wysiłku. Odrzucając tlen, nie przekreślam jednak naturalnego rozwoju, jakim przeszedł ekwipunek górski. Obecnie istnieją ogrzewane buty, skarpety czy bielizna, materiały, które chronią skutecznie przed niedogodnościami atmosferycznymi. Dawniej tego nie było. Nasi poprzednicy, którzy w latach 60., 70. i 80. ub. wieku przecierali wysokogórskie szlaki, mieli o wiele trudniejsze warunki startowe. Ale też ich trening wyglądał zupełnie inaczej, dzięki czemu byli bardziej zahartowani. W porównaniu z nimi jesteśmy mięczakami.

Jakie miałeś uczucie, kiedy stanąłeś na wysokości 7 tys. metrów?
– A no właśnie. Kto był na mojej prelekcji na gródeckim Fest Outdoorze, wie, że myśmy tego szczytu ostatecznie nie zdobyli.

Jak to się stało?
– Na wysokości 5,8 tys. m n.p.m. mieliśmy zaplanowany drugi obóz, a potem w grę wchodziły dwie opcje – jeszcze jeden obóz lub bezpośredni atak na szczyt. Jednak jak tylko ujrzeliśmy Kohetez, zaczęliśmy przeczuwać, że nasze plany pójdą wniwecz. Kiedy przed dziewięciu laty była na nim polska ekspedycja, wyglądał zupełnie inaczej. Chodziło o typowe zimowe wyjście. Teraz nie było śniegu, a jedyną możliwością była bardzo trudna technicznie wspinaczka skalna, na co nie byliśmy wyposażeni. W tej sytuacji zdecydowaliśmy się na alternatywne rozwiązanie – sąsiedni, tylko o nieco niższy szczyt. Jednak kiedy byliśmy mniej więcej na wysokości 5,5 tys. m n.p.m., w drodze stanął nam serak, czyli ogromny blok lodowcowy stopniowo osuwający się do doliny. Nie było szans, żeby go pokonać. Musieliśmy zawrócić.

Nie można było tego jakoś przewidzieć?
– W tej dolinie, z której wychodziliśmy, od 9 lat nie było żadnego turysty. A miejscowi nie mają czasu na to, żeby łazić po górach. Ich głównym zadaniem jest po prostu przeżyć. Jak aktualnie wygląda interesująca nas góra, mogliśmy się więc dowiedzieć dopiero w momencie, kiedy znaleźliśmy się u jej stóp.


Obóz C1 na wysokości 5250 m n.p.m. Fot. ARC

Byłeś rozczarowany?
– Nie. Bo takie są właśnie góry. Oczywiście, wspaniałe jest wyjść na szczyt, a potem hucznie celebrować to wydarzenie, cieszyć się „sławą”. Nigdy nie zapomnę tej wielkiej fety, kiedy okazało się, że odkryliśmy nowy, dotąd bezimienny szczyt w Kirgistanie. Jeśli nie uda się jednak osiągnąć celu, pobytu w górach i wysiłku, jaki w to włożyłem, nie traktuję jako dni straconych. Udana wyprawa jest zawsze wtedy, kiedy w zdrowiu wrócisz do domu. Tym się kieruję.

Masz już plan na kolejną wyprawę?
– Wielu ludzi pyta mnie o to. Ja jednak na chwilę obecną czuję się tak nasycony wrażeniami, które przywiozłem z Afganistanu, że nie snuję żadnych konkretnych planów. Nie mam pomysłu na kolejny wyjazd i nawet nie zawracam sobie tym głowy. Obecnie mam 5-miesięcznego szczeniaka, którego chcę wyszkolić do zadań ratowniczych przy poszukiwaniach ludzi zasypanych lawiną. Zanim zrobimy certyfikat, nie ma mowy o żadnym wyjeździe. A takie szkolenie, to kwestia nawet dwóch lat. Mam jednak wymarzony kraj – Pakistan, i wybrałem już też swój wymarzony szczyt.  

Jest coś, czego w górach nie lubisz?
– Ja w góry wyjeżdżam, żeby odpocząć od tempa, w którym żyjemy, od pracy, która mnie bardzo pochłania, i żeby naczerpać spokoju. W górach nie lubię więc komercji, która jest wszechobecna w Nepalu. Kawiarnia na wysokości 5 tys. metrów n.p.m., do której śmigłowiec dowozi cappuccino i tort Sachera, to nic dla mnie. Ja w górach szukam czegoś innego, także braku komfortu. Kiedy po raz pierwszy wróciłem z Gruzji, w domu niemal w nabożnym skupieniu włączałem i wyłączałem światło oraz spuszczałem wodę w toalecie. I o to właśnie w turystyce chodzi. Żeby poznawać odmienną kulturę, religię, inne standardy życiowe, a potem wrócić do domu i cieszyć się tym, co się ma. Dlatego gdyby mi ktoś zaproponował darmowy bilet lotniczy do Nepalu lub Kirgistanu, wybrałbym ten drugi kraj. Dla mnie bowiem wysokość nie jest tym jedynym, decydującym kryterium.


Może Cię zainteresować.