poniedziałek, 15 kwietnia 2024
Imieniny: PL: Adolfiny, Odetty, Wacława| CZ: Anastázie
Glos Live
/
Nahoru

Pop Art 208: Ja, psychopatka | 29.01.2017

Za oknem smog, ale w głowie tyle pomysłów, że nic nie może nas zatrzymać w poszukiwaniu szczęścia. Rok 2017 w muzyce zapowiada się arcyciekawie, o czym przeczytacie w rubryce „Przez lornetkę”. Zaczynamy zaś od recenzji czeskiego obrazu „Ja, Olga Hepnarová”, który 13 stycznia trafił też na polskie ekrany. 

Ten tekst przeczytasz za 7 min. 30 s
Michalina Olszańska w roli Olgi Hepnarovej. Fot. ARC

FILMOWA RECENZJA

JA, OLGA HEPNAROVÁ (2016)

Film, nominowany do walki o główną statuetkę Czeskiego Lwa dla najlepszego rodzimego obrazu 2016 roku, w styczniu 2017 roku zadebiutował też w polskich kinach. Na ile historia oparta w dużej mierze na autentycznych listach Olgi Hepnarovej, skazanej w 1973 roku na karę śmierci za umyślne śmiertelne potrącenie ciężarówką ośmiu osób na przystanku tramwajowym w centrum Pragi, broni się merytorycznie i wizualnie w filmie reżyserskiego duetu Tomáš Weinreb, Petr Kazda? Pytanie pozostawiam bez odpowiedzi, tak jak bez odpowiedzi pozostaje, dlaczego w filmie ewidentna wariatka urasta do rangi dysydentki walczącej z totalitarnym reżimem.

Olga Hepnarová była ostatnią kobietą w Czechosłowacji skazaną na karę śmierci. W odróżnieniu od wielu wykonstruowanych procesów politycznych, w których wykonano wyroki na niewinnych, w przypadku 22-letniej chorej psychicznie Hepnarovej nie było cienia wątpliwości i do dziś jest tak samo. „Dlaczego to robię? Żeby zrozumieli, że istnieje kres bezsilności jednostki. Jestem samotnikiem. Człowiekiem zniszczonym przez ludzi. Mam wybór – zabić siebie albo innych. Wybieram zemstę” – napisała Hepnarová w liście poprzedzającym morderstwo z premedytacją. Tyle fakty, a teraz pora na fikcję artystyczną, z którą twórcy filmu po prostu nie poradzili sobie. Broni się - i to rewelacyjnie – wyłącznie utalentowana polska aktorka Michalina Olszańska. W postać schizofrenicznej psychopatki wcieliła się tak przekonująco, że gdyby żył Alfred Hitchcock, to pewnie od razu zaproponowałby jej rolę w feministycznej wersji „Ptaków”. Pod względem warsztatowym film przegrywa niestety sromotnie, od pierwszej do ostatniej minuty. Na czarno-białym planie panuje chaos przeplatany odważnymi scenami seksu lesbijskiego i pseudo-filozoficznymi dywagacjami, które niebezpiecznie ocierają się o próby wybielenia głównej bohaterki. Jeśli panowie Weinreb i Kazda rzeczywiście serio zajęli się myślą, że Hepnarová swoją socjopatyczną postawą walczyła z szarą rzeczywistością komunistycznej Czechosłowacji, to sami powinni zamówić sobie wizytę w przychodni psychiatrycznej. Dla mnie film „Ja, Olga Hepnarová” jest niestety kolejnym potwierdzeniem dużego kryzysu czeskiej kinematografii na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat.

PRZEZ LORNETKĘ

Na te ciastka czekamy

U2

Bono i spółka od dwóch lat zapowiadają kontynuację płyty „Songs Of Innocence” z 2014 roku. Album zatytułowany „Songs Of Experiance” ma się ukazać w tym roku, sęk w tym, że sami muzycy nie ujawnili jeszcze daty premiery i ściemniają w mediach strasznie. Powody zabawy w ciuciubabkę zrozumieją chyba wyłącznie fani nieskazitelnego uśmiechu Baracka Obamy i saksofonu Billa Clintona. – Płyta była niemal gotowa, ale nadeszły wybory w USA i nagle świat się zmienił. Stwierdziliśmy, że potrzebujemy dać sobie czas i zobaczyć, jak ta płyta ma się do tego, co dzieje się na świecie. Wybór Trumpa na prezydenta sprawił, że wahadło przechyliło się na drugą stronę – powiedział w jednym z ostatnich wywiadów gitarzysta U2, The Edge. Znając życie, album ujrzy światło dzienne w grudniu i zamieni się od razu w idealny prezent pod choinkę.

DEPECHE MODE

Następca dobrze przyjętej płyty „Delta Machine” (2013) trafi na półki sklepowe z dużym prawdopodobieństwem w maju. Album „Spirit” według obietnic muzyków ma być najbardziej intymnym wydawnictwem w dyskografii Depeche Mode. Wokalista Dave Gahan w międzyczasie udzielał się w innych muzycznych projektach, współpracując chociażby z grupą Soulsavers. Nie próżnowali też Andrew Fletcher i Martin Gore, co daje gwarancję, że również na czternastej płycie muzycy nie będą odcinali kuponów od sławy. 21 lipca w ramach europejskiej trasy koncertowej Depeche Mode zagra również w Warszawie. 

ROGER WATERS

Były lider Pink Floyd z ostatnią płytą studyjną zameldował się w 1992 roku. Album „Amused To Death” nie zrobił furory na miarę legendarnych wydawnictw Pink Floyd i to pewnie zraziło Watersa na tyle, że oprócz projektów scenicznych z muzyką „The Wall” i sporadycznymi koncertami przez 25 lat nie odważył się nagrać kolejnej pełnowymiarowej płyty studyjnej. Wszystko wskazuje na to, że w 2017 roku Waters wreszcie się przełamie. Nie znamy jeszcze nazwy nowej płyty, ani daty premiery, ale wróble na dachach ćwierkają, że jeśli nie teraz, to już nigdy.

GORILLAZ

Damon Albarn oprócz swojej macierzystej kapeli Blur udziela się również w komiksowym projekcie Gorillaz stworzonym wspólnie z rysownikiem Jamie  Hewlettem. Od połowy zeszłego roku obaj panowie są regularnie namierzani w jednej z londyńskich kawiarni. Jeśli nie gawędzą o kobietach, to z dużym prawdopodobieństwem snują plany nowej płyty studyjnej Gorillaz. W odróżnieniu od Blur, muzyka Gorillaz to prawdziwa fuzja gatunków. I nie inaczej będzie na najnowszym albumie, o którym wiadomo tylko jedno: na pewno doczekamy się go w tym roku. Od ukazania się ostatniej płyty Gorillaz, „The Fall”, upłynęło już sześć lat.

STEVEN WILSON

Dwa tygodnie temu na łamach Pop Artu zachwycaliśmy się najnowszą płytą bocznego projektu Stevena Wilsona, grupy Blackfield. Rok 2017 zapowiada się jednak bardzo ciekawie również dla fanów solowych projektów lidera Porcupine Tree. Steven Wilson kilka dni temu opublikował fragment utworu „Pariah” nagranego w duecie z Ninet Tayeb, który trafi na następcę świetnie przyjętego albumu „Hand. Cannot. Erase” z 2015 roku. Jeśli nie dojdzie do zaskakujących zwrotów akcji, co w przypadku pedantycznego Wilsona graniczyłoby z cudem, nowej płyty doczekamy się pod koniec roku.

TOOL

To najbardziej leniwa formacja świata. Wprawdzie nawet po dziesięciu latach muzyki Tool zawartej na albumie „10,000 Days” wciąż rewelacyjnie się słucha, ale nie zmienia to faktu, że „gadu-gadu” na temat nowego wydawnictwa osiągnęło już antyczne rozmiary. Jeśli wierzyć gitarzyście tej amerykańskiej grupy, Adamowi Jonesowi, niebawem bajki przerodzą się w fakty. „Jesteśmy głęboko zakorzenieni w procesie tworzenia muzyki. Każdy wie, że wykorzystujemy swój czas. Naprawdę chcemy być odpowiedzialni za próbę odkrywania pomysłów, które nie zostały jeszcze odkryte". Tool zaszufladkowani w gatunku  o dumnie brzmiącej nazwie metal progresywny doskonale wiedzą, że szufladka zobowiązuje.

LADY GAGA

Na koniec coś dla zwolenników nieco lżejszych, tanecznych rytmów. Lady Gaga jeszcze nie ochłonęła po sukcesie swojej ostatniej płyty „Joanne”, a już pewne, że w 2017 roku doczekamy się kolejnego wydawnictwa w dyskografii artystki. Wszystko wskazuje na to, że premiera nowego albumu nastąpi w październiku. Dużo wcześniej, podczas zbliżającego się finału Super Bowl, Lady Gaga powinna ujawnić kilka nowych piosenek na żywo. Źródła zbliżone do artystki twierdzą, że nowa płyta ma być prawdziwym szokiem dla fanów. W studio towarzyszą podobno piosenkarce m.in. gwiazdy amerykańskiej sceny country. Miejmy nadzieję, że z tej kooperacji nie powstanie dziwaczny klon Shanii Twain. W muzyce pop Lady Gaga bowiem najbardziej do twarzy.

Cały Pop Art w ostatnim, papierowym "GL".

 



Może Cię zainteresować.