poniedziałek, 15 kwietnia 2024
Imieniny: PL: Adolfiny, Odetty, Wacława| CZ: Anastázie
Glos Live
/
Nahoru

Pop Art 209: Stare hity i nowy początek | 19.02.2017

Stężenie pyłu zawieszonego w powietrzu zapiera (i to dosłownie) dech w piersiach. Zima trzyma wraz ze wszystkimi skutkami ubocznymi. Receptę na zdrowie znajdziecie w lekturze najnowszego Pop Artu.

Ten tekst przeczytasz za 7 min. 30 s
Anna Maria Jopek. Fot. ARC

MUZYCZNA RECENZJA

ANNA MARIA JOPEK – Minione (2017)

Każda płyta Anny Marii Jopek to muzyczne wydarzenie. Jej koncerty (ciepło wspominam m.in. świetny występ na Colours of Ostrava w Sali Gong) zamieniają się w magię dźwięków, ale to samo można powiedzieć o płytach studyjnych, którym też nie brakuje żywiołowej energii. Album „Minione” poukładany jest po mistrzowsku przeważnie z dawnych, pięknych polskich utworów, które w wykonaniu artystki budzą się na nowo. Utwory złamane są jazzem, ale bez przesady. Anna Maria Jopek nie łamie legendarnych polskich standardów międzywojennych na kawałki, nie trzeba więc dzwonić po pogotowie ratunkowe ani po chirurga. Płyta nagrana z latynoskimi muzykami ze znakomitym pianistą Gonzalo Rubalcabą na czele jest na wskroś intymna.

Na albumie „Minione” polskie tango niespecjalnie różni się od kubańskiego. To wciąż erotyczna zagrywka i nieważne, czy piosenkę „Ta ostatnia niedziela” śpiewa Mieczysław Fogg, czy też pani Ania. Tylko sekcję rytmiczną ciągnie mocno w kierunku Ameryki Łacińskiej, ale to nie wada, a zaleta albumu. W czasach, kiedy moda na retro stała się prawdziwą plagą, Anna Maria Jopek odważyła się przepisać na nowo takie piosenki, jak „Twe usta kłamią”, „Co nam zostało z tych lat” czy „Miasteczko Bełz”. W gronie jedenastu utworów znajduje się też jeden standard muzyki meksykańskiej, słynny „Besame mucho” wypromowany w latach 40. ubiegłego stulecia przez ówczesnych wyciskaczy łez. Anna Maria Jopek nie poszła jednak na łatwiznę, serwując swój własny, stonowany obraz miłości. Miłości bez słów. Na skrzyżowaniu polskiej i latynoskiej kultury powstała płyta niezwykła, trudna do zaszufladkowania. Z muzyką, której najlepiej slucha się we dwoje. I nie mam tu na myśli kubańskiego rumu.

FILMOWA RECENZJA

NOWY POCZĄTEK (Arrival)

Wbrew nazwie, trochę „na siłę” przetłumaczonej na potrzeby polskiego widza (oryginalny tytuł filmu brzmi „Arrival”, czyli przybycie) można odnieść błędne wrażenie, że najnowszy obraz reżysera Denisa Villeneuve został nakręcony ze zbiórki pieniężnej Świadków Jehowy. Nic z tego. „Nowy Początek” przywraca wiarę w dobry film gatunku science fiction. Gdyby żył Stanisław Lem, to z pewnością usiadłby w kinie w pierwszym rzędzie obok innych wielkich nieobecnych futurystyki – Arthura C. Clarka i Isaaca Asimowa.

Kanadyjski reżyser Denis Villeneuve zadebiutował na łamach Pop Artu filmem sensacyjnym „Sicario”, w którym pokazał wstrząsające kulisy walki z kartelami narkotykowymi w Meksyku. Teraz radykalnie zmienił kurs swojego rejsu, racząc fanów science fiction nietuzinkowym i co ważne – bardzo mądrym filmem. Obrazów pasożytujących na oklepanym wątku sci-fi, czyli kontakcie Obcych z naszą cywilizacją, powstało mnóstwo, ale na palcach jednej ręki możemy policzyć te, które na stałe weszły do kanonu filmowego. „Nowy Początek” ma najlepsze zadatki, by dołączyć do grona takich perełek, jak „2001: Kosmiczna Odyseja” (1968) Stanley´a Kubricka czy „Bliskie spotkania trzeciego stopnia” (1977) Stevena Spielberga.

Ostrzegam zarazem, że miłośnicy gwiezdnych przygód zanudzą się w kinie na śmierć. „Nowy Początek” utrzymany jest bowiem w spokojnym, momentami wręcz sennym klimacie. Nikt nikogo nie ćwiartuje, nie gwałci, nie uprowadza ani nie klonuje. Napięcie wywołuje wyłącznie sam kontakt z Obcymi, którzy pewnego dnia, ot tak sobie, meldują się w dwunastu punktach naszej planety. Twórcy filmu na szczęście nie poszli na łatwiznę, a więc statki kosmiczne nie wyglądają jak żywcem wyjęte ze Star Treku, ale wręcz przeciwnie. Zaprojektowane zostały z mistrzowską precyzją... minimalizmu. Do końca nie wiemy, z której części galaktyki przyleciały, z jakimi intencjami, powoli dowiadujemy się jednak, że we wszystkim kluczową rolę odgrywa czas. Główna bohaterka, wybitna specjalistka lingwistyki dr Louise Banks (Amy Adams), wraz z matematykiem Ianem Donnelly (Jeremy Renner) zostaje zwerbowana przez Pentagon, by rozwikłać kod językowy Obcych i, co za tym idzie, zorientować się, z jakim nastawieniem Obcy przybyli na Ziemię.

Scenariusz filmu został oparty na głośnej i po części rewolucyjnej książce Teda Chianga, w której autor skupia się na znaczeniu uniwersalnego języka w komunikacji z obcą cywilizacją. Jego teza zakłada, że przybysze z Kosmosu pomimo zaawansowanej techniki wcale nie muszą znać naszego kodu językowego, aczkolwiek sporo naukowców twierdzi zgoła coś innego. Film wywołał więc gorące dyskusje w kręgach naukowych, a po premierze na festiwalu w Wenecji w ekspertów z dziedziny komunikacji intergalaktycznej zamienili się też akredytowani dziennikarze. W szkole nigdy nie byłem orłem w matematyce i fizyce (mój nauczyciel z gimnazjum Wiesław Farana z pewnością potwierdzi te słowa), tym mocniej utożsamiłem się w filmie ze specjalistką w dziedzinie lingwistyki Louise Banks – świetnie zagraną przez Amy Banks. W filmie konsekwentnie wykorzystywany jest wątek rodzinnej tragedii dr Banks, który nieuchronnie zmierza do objawienia uniwersalnej prawdy panującej w Kosmosie. Melodramatyczny akcent filmu o dziwo wcale nie przeszkadza w odbiorze całości. „Nowy Początek” to jeden z takich filmów, które zyskują z każdym kolejnym obejrzeniem. Tak, jak dobry album muzyczny.

NIEZAPOMINAJKI

BLACK SABBATH – Paranoid

Korzystając z okazji, że kilka dni temu legenda hard rocka, formacja Black Sabbath, oficjalnie zakończyła działalność, nie sposób pominąć jednej z najważniejszych płyt w historii rocka. W kalendarzu był rok 1970, dla numerologów kombinacja wręcz magiczna, a dla fanów muzyki narodziny albumu „Paranoid”.

Wokalista Ozzy Osbourne przyznał w jednym z wywiadów, że właśnie „Paranoid” szanuje najbardziej. Wcale mu się nie dziwię, bo to 42 minuty rewolucyjnej na te czasy muzyki. Black Sabbath zdefiniowali styl zwany hard rockiem, grając najgłośniej spośród Wielkiej Trójki. Led Zeppelin lubili kombinować, a Deep Purple walić prosto z mostu, Black Sabbath tymczasem potrafili połączyć bluesową nutę z demonicznymi akordami prosto z piekła. Nikt wtedy tak nie grał, nikt nie zachowywał się na scenie tak, jak Ozzy Osbourne.

Album otwiera genialny „War Pigs” z przesłaniem antywojennym, a potem? Wszelkie słowa są w zasadzie zbędne. Nawet po 47 latach muzyki zawartej na „Paranoid” słucha się jednym tchem. Osobiście najbardziej lubię dwa fragmenty – psychodeliczny „Planet Caravan” i klasykę hard rocka, „Iron Man”. Sześć minut łojenia, z fantastycznym gitarowym popisem Toniego Iommi, w 2017 roku brzmi równie nowatorsko, co w czasach premiery. Pamiętam, że ksiądz przed bierzmowaniem ostrzegał nas przed muzyką Black Sabbath, twierdząc, że to dźwięki szatana. Z tym absurdalnym, niesłusznym wizerunkiem grupie Black Sabbath dane było walczyć, często bezskutecznie, w trakcie całej kariery. Bo, jak mawiał Albert Einstein, „tylko dwie rzeczy są nieskończone: wszechświat oraz ludzka głupota, choć co do tej pierwszej nie jestem pewien”.



Może Cię zainteresować.