środa, 22 maja 2024
Imieniny: PL: Emila, Neleny, Romy| CZ: Emil
Glos Live
/
Nahoru

Pop Art: KARAŚ/ROGUCKI – Ostatni bastion romantyzmu (recenzja) | 26.01.2021

Na ulicach cichosza, na chodnikach cichosza, nie ma Mickiewicza i nie ma Miłosza – śpiewa Grzegorz Turnau w swojej najsłynniejszej piosence o Krakowie. Romantycznym duszom na ratunek pospieszyli więc inni. W czasach zarazy mamy nowych bohaterów: Karasia z Roguckim. 

Ten tekst przeczytasz za 4 min. 45 s
Fot. mat. pras.
 
 
Wspólny album liderów zespołów The Dumplings i Coma w swoim założeniu ma być początkiem nowego etapu w karierze obu panów. I jestem prawie pewien, że sukces komercyjny „Ostatniego bastionu romantyzmu” następnym razem naprowadzi Kubę Karasia i Piotra Roguckiego na zupełnie inne tory, niż panujący na tym albumie pop dla dorosłych. Zanim jednak tak się stanie, a stanie się z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, możemy się delektować naprawdę świetnym materiałem muzycznym. 

A że nazwa albumu zobowiązuje, większość kawałków utrzymana jest w oldschoolowej stylistyce gatunku, który jeszcze kilka lat temu skazany był na wymarcie. Tak, chodzi o new romantic, którym katowali zwłaszcza moje pokolenie 40-latków niestrudzeni radiowcy z Trójki, a z tego, co pamiętam, najlepiej wychodziło to dwójce Marek Niedźwiecki i Tomasz Beksiński. Jednak nie na radiowej Trójce, w której z idei romantyzmu pozostało niewiele, chciałbym się skupić w tej recenzji. Jeśli miałbym bowiem odpowiedzieć na pytanie, jaka polska płyta zrobiła na mnie w końcówce zeszłego roku największe wrażenie, to właśnie „Ostatni bastion romantyzmu” wymieniłbym w pierwszej kolejności. 

 


Rok 2020, który z powodu pandemii koronawirusa wlekł się niemiłosiernie większości z nas, miał też jeden piękny efekt uboczny. Przynajmniej w moim odczuciu miniony rok był jednym z najlepszych pod względem muzycznych dokonań ostatniej dekady. Dla Karasia i Roguckiego był to w dodatku rok, w którym trudne decyzje zostały podjęte bez zbędnych emocji. Po zawieszeniu działalności przez The Dumplings i Comę nikt z uczestników traktatu nie wyrzucał z hotelowego okna fortepianu czy 200-kilogramowej szafy, tak jak kiedyś chłopaki z Oasis. Rogucki, zmęczony rockowym graniem z zespołem Coma, po prostu chętnie skorzystał z oferty lidera The Dumblings. Albo było odwrotnie? Nieważne. Ważne, że ich wspólnej płyty słucha się świetnie.

Słuchając piosenek tworzących trzon całego albumu, po raz pierwszy miałem wrażenie, że głaszczę swojego starego jamnika – odtwarzacza kaset magnetofonowych z lat 80. Panowie nie żartowali, obiecując poczciwą porcję popowych bitów, utrzymanych w stylistyce MTV z lat panowania Duran Duran, Spandau Ballet, Simple Minds czy Tears for Fears. Za vintage’ową warstwę brzmieniową odpowiedzialny jest Kuba Karaś, który o swoich muzycznych fascynacjach zdążył już przekonać fanów The Dumplings, a teraz jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przestawił się na „odszczepieńców” Comy, zmęczonych intelektualnym rockiem z niepewną przyszłością. Trzeba bowiem otwarcie przyznać, że Rogucki po świetnie przyjętym (i zasłużenie) „czerwonym” albumie Comy (2011) zagalopował się do tego stopnia, że kolejne płyty łódzkiej formacji były albo niestrawne („2005 YU55”, rok 2016), albo co najmniej dziwaczne („Metal Ballads Vol. 1”, 2017). „Ostatni bastion romantyzmu” pokazuje natomiast, że facet po czterdziestce wciąż może pozytywnie zaskakiwać. 

 


Idealnym przykładem jest otwierająca krążek, świetna radiowa piosenka „Kilka westchnień”, utrzymana w stylistyce Dawida Podsiadły, ale z zaznaczonym, charakterystycznym wokalem Roguckiego. „Rogal” już dawno tak fajnie nie śpiewał – pomyślałem na początku, a w kolejnym odkrywaniu męskiego romantyzmu ta refleksja wracała jak bumerang. Wiele tekstów napisanych przez Roguckiego trąci dadaizmem znanym z Comy, ale są też wyjątki. „Świecę we wszystkich kierunkach” to piękna piosenka miłosna, z konkretnym przekazem, wywołującym ciarki na plecach. Słuchając albumu, często uśmiechałem się do siebie, tak od niechcenia, ale nie tym razem. Nie przegapcie na pewno tego wzruszającego fragmentu, odbiegającego od całości płyty utrzymanej w raczej wesołej albo co najwyżej intelektualno-społecznej atmosferze. 

Wrażenie przemyślanej płyty potęgują elektroniczne smaczki, którymi zakochany w latach 80. Kuba Karaś nie szczędzi. Przy odrobinie ułańskiej fantazji „Ostatni bastion romantyzmu” można też odbierać jako album koncepcyjny, ale pod warunkiem, że rozszyfrujemy wszystkie przerysowane metafory Roguckiego. Większość z nas jednak nie zada sobie tego trudu, słuchając po prostu jedenastu fajnych popowych piosenek w dowolnej kolejności. A ja czekam z niecierpliwością na kolejne oblicze obu dżentelmenów, stawiając na… acid-jazz. W końcu to nie taki głupi pomysł. 

 


Może Cię zainteresować.