Wtorek
Dzień rozpoczynam od śniadania na pokładzie. To prawdziwy
rytuał. Produkty wędrują z rąk do rąk, by jak najszybciej trafić na stół. Z
messy wydobywa się aromatyczny zapach kawy. W porcie robi się coraz głośniej.
Słychać szelest opakowań, ceramiczny dźwięk talerzy i chrupiący odgłos świeżego
pieczywa.
Na rozgrzanym dachu budynku znajdującego się naprzeciwko
jachtu pojawia się kot. Zagląda w nasze talerze i czeka, aż ktoś podrzuci kilka
okruchów na keję. W portowych miastach Dalmacji koty od wieków nie były
zwykłymi zwierzętami. Strzegły spichlerzy, magazynów i statków handlowych przed
szczurami roznoszącymi choroby, których tak bardzo obawiał się dawny świat. Być
może dlatego do dziś w portach, wąskich kamiennych uliczkach, na placach
kościelnych, bulwarach i w parkach koty poruszają się z godnością dawnych
gospodarzy, a mieszkańcy traktują je z życzliwością. Nie inaczej jest na wyspie
Vis – wyjątkowym miejscu na dalmatyńskiej mapie świata.
Dziś zapowiadano wyraźny mistral. Mijam Splitskie Wrota.
Sprawdzam kierunek wiatru, który wieje z południowego zachodu. Taki układ
bardzo mi pasuje. Wybieram żagle – bajdewind prawego halsu. Jacht przyspiesza
do pięciu węzłów.
Na granicy morza i nieba wyłania się Vis, wyrastając z wody
niczym oceaniczny wulkan.
Wyspę od stałego lądu dzieli ponad trzydzieści mil morskich. Sięgam
po lornetkę. Na bieżąco sprawdzam kursy innych jachtów. To popularny kierunek
żeglarzy – odległy, atrakcyjny, nie dla każdego łatwo dostępny. Na małej
wysepce przed portem stoi latarnia morska Host, która od ponad stu
pięćdziesięciu lat ostrzega żeglarzy przed skałami. Nieco wyżej, na
wzniesieniu, na samym cyplu wyspy, spośród bujnej roślinności wyłania się
fortica – twierdza króla Jerzego III, świadcząca o dawnym znaczeniu militarnym
tego miejsca.
Fot. Marek Słowiaczek
Nie wpływam wprost do miejskiej części Visu. Szukam przystani
w dzielnicy Kut. Lubię miejsca na uboczu. Zatoka jest szeroka i otwarta na
falę. Noc powinna być pogodna, mam więc pewność, że będzie bezpiecznie.
Założyłem cumy. Zanim jednak zejdę na ląd, myślami wracam do
ludzi, którzy przez stulecia żyli tutaj zupełnie inaczej. Vis był najstarszą
grecką kolonią na wschodnim Adriatyku.
Na przestrzeni dwóch i pół tysiąca lat zmieniały się imperia,
granice i języki. Vis pozostawał jednak sobą.
Przyglądam się kamiennym domom. Niewielkie budynki z szarego
wapienia opowiadają dzieje, które mogą przyprawić o zawrót głowy. Wiele z nich
ugina się pod nadmiarem doświadczeń.
Tutaj od pokoleń nic nie przychodziło łatwo. Każdy kawałek
ziemi trzeba było odebrać kamieniom, każdą oliwkę zerwać własnymi rękami, a
każdy bochenek chleba wart był więcej niż worek złota. Morze karmiło, ale
potrafiło też wiele odebrać. Zimą wyspy odcięte od świata zdane były przede
wszystkim na siebie. Lato pozwalało na więcej, lecz pokora wobec natury nigdy
nie była wyborem – była sposobem na życie.
Nietrudno wyobrazić sobie zmęczone dłonie rybaków
wyciągających sieci o świcie. Dłonie rolników pielęgnujących oliwne gaje na
kamienistych tarasach. Chorwacki pisarz Ranko Marinković, urodzony na wyspie,
uczynił bohaterem jednego ze swoich najpiękniejszych utworów nie rybaka, nie
morze ani nawet samą wyspę, lecz ręce. Dorosłe życie spędził w Zagrzebiu, ale w
swojej twórczości nieustannie powracał na Vis.
(…) Samotni život tvoj u sjeni vrućeg ljeta... Tihog ljeta s
cvrčcima na grani, s oblacima i pticama u zraku, s nehajnim zapljuscima mora
među grebenima, s kliktanjima galebova i blejanjima koza u daljini. Samotni
život u ljepoti neba i pučine. Oblaci i jedra plove u daljinu. (…)
Samotni život tvoj, w: Ruke, Ranko Marinković
(Twoje samotne życie w cieniu gorącego lata... Lata cichego,
wypełnionego śpiewem cykad ukrytych w gałęziach, obłokami i ptakami płynącymi
wysoko nad ziemią, leniwym szumem fal rozbijających się o przybrzeżne skały,
krzykiem mew i odległym głosem kóz. Samotne życie pośród piękna nieba i
otwartej morskiej przestrzeni. Obłoki i żagle odpływają ku dalekim horyzontom).
Fot. Marek Słowiaczek
Dzwonnica na niewielkim wzniesieniu co godzinę przypomina o
sobie. Wyprzedzam czas, idąc długim nadmorskim deptakiem. Mijam stare ulice i
kino letnie. Po drodze odwiedzam stragan Josipa.
Pięć lat temu porzucił on życie w Zagrzebiu i przeprowadził
się na Vis. Jego stragan jest dobrze zaopatrzony. Nie ma przy nim tłumów, ale
sam budynek jest nietypowy. Wzniesiony na wzór kamiennych domów przyciąga uwagę
turystów. Większość przedmiotów powstaje w warsztacie Josipa. Każdy pierścień i
każda bransoletka noszą ślad jego dłoni. Latem prowadzi handel dostosowany do
potrzeb zagranicznych turystów. Zimą jest gorzej. Josip zamyka stragan i skupia
się na pracy w swoim warsztacie. Nie opuszcza wyspy. Vis jest jego domem.
Zimą temperatura na wyspach rzadko spada poniżej dziesięciu
stopni, lecz wilgoć i wiatr sprawiają, że chłód przenika do kości. Szum fal
staje się uporczywy, szczególnie gdy jugo wieje przez wiele dni bez ustanku.
W wąskich uliczkach robi się wtedy cicho. Mieszkańcy żyją
własną codziennością, czekając na wiosenną poprawę pogody.
Przez stulecia wyspa Vis zmieniała swoje oblicze. Morze i
ludzie przez wieki budowali tutaj więź, jakiej trudno szukać gdzie indziej.
Doskonale wie o tym Josip, rzemieślnik z miasta Vis, który dzięki pracy
własnych rąk pokonuje trudności kolejnych dni.
Żeglarze wrócą do swoich domów rozsianych po całym świecie,
lecz Josip zostanie. Tak, jak większość mieszkańców wyspy. Usiądzie w
warsztacie, spojrzy na dłonie, na chwilę zamknie oczy. Za kilka miesięcy będzie
gotów, by ponownie otworzyć swój biznes.
Ranko Marinković znał trudne życie ludzi na wyspie. Choć
większą część życia spędził w Zagrzebiu, Vis nigdy go nie opuścił. Powracał do
niego w swojej twórczości, a po śmierci, zgodnie ze swoją wolą, powrócił na
wyspę na zawsze. Stworzył jeden z najpiękniejszych opisów rąk w chorwackiej
literaturze.
Fot. Marek Słowiaczek
(…) Nastale su iz želje, iz grča, iz čudnog trabunjanja u
noći... i sada hodaju po svijetu zagrljene, zaljubljene, nerazdvojive. (…)
Samotni život tvoj, w: Ruke, Ranko Marinković
(Zrodziły się z pragnienia, z bolesnego skurczu i nocnego
niepokoju... Dziś wędrują przez świat – splecione uściskiem, zakochane w sobie,
nierozdzielne).
Słońce ukryło się za wzniesieniem. Sprawdzam wychylenie
steru. Mocny uścisk. Kładę dłonie na cumach, by sprawdzić ich napięcie. Jacht
jest bezpieczny.
I właśnie taki Vis pozostaje w mojej pamięci.