Lebdeć svrh mokrih dubina,
Od zore, tiho, polako.
U krug se pomiče tako
Između dviju modrina. (…)
Galeb (Mewa), Vladimir Nazor
(Szybując nad mokrymi głębinami,/od świtu, cichutko, powoli,/krąży tak nieustannie/między dwoma błękitami.)
Podnoszę wzrok ku niebu. Oczy muszę przysłonić dłonią, by dostrzec słońce. Kamienie oddają ciepło. Im bliżej wybrzeża jestem, tym wyraźniej słyszę śpiew cykad. Rozgrzane powietrze drga niczym struna. Mam wrażenie, że zaraz pęknie. Oddycham ciepłem lata. Czasami lekki podmuch wiatru wprawia w ruch stare drzewa oliwne, a one niewzruszone żyją jak dawniej – powoli, w ciszy, oddając owoce światu.
Sobota
Na kolejny rejs ruszam o świcie, ale w marinie będę dopiero późnym wieczorem. Po wielogodzinnej podróży samochodem nie mam zamiaru wypływać. Tym razem portem macierzystym jest marina Seget-Baotić znajdująca się dwa kilometry na zachód od słynnego Trogiru. Sobota to dzień zaokrętowania. Ruch jest spory, a większość załóg zajmuje się wnoszeniem prowiantu, wody oraz rzeczy osobistych na tygodniowy lub dwutygodniowy rejs. Jest coś magicznego w tej krzątaninie. Marina przypomina mrowisko, w którym ruch zatrzymuje się dopiero przed północą. Gdy większość załóg schodzi pod pokład, na zewnątrz wszystko zasypia. W jednej chwili zacumowane jachty wyglądają jak baletnice na scenie – lekko kołyszą się raz w lewą, raz w prawą stronę. Tańczą. W świetle księżyca cichutko rozmawiają o marzeniach. To czas, by powiedzieć dobranoc.
Niedziela
Pobudka z samego rana. Szybkie śniadanie. Krótkie szkolenie z zakresu podstawowej żeglarskiej wiedzy. Wyznaczenie zadań. Określenie kto, co, kiedy, jak oraz obowiązkowe „ABC bezpieczeństwa na jachcie”… Odpływamy!
– Mooringi, oddaj i melduj czy zatonęły!
– Silnik, mała na przód!
– Ster zero!
– Cuma lewa, oddaj!
– Cuma prawa, oddaj!
– Odbijacze w gotowości, uwaga na lewą burtę, lekki wiatr z prawej, kotwica sąsiada mocno z przodu, pilnuj mooringów – idą daleko w głąb basenu portowego!
– Teraz! Ster ostro w lewo!
- Mijam czerwone oznakowanie drogi na prawej, zwiększam prędkość do 5 węzłów.
Za rufą charakterystyczna fala, lekko spieniona… książkowy kilwater. Marina Baotić robi się coraz mniejsza, malutka, aż w końcu znika, gdy ustawiam ster na wyjście z zatoki. Morze dziś jest bardzo łaskawe. Zafalowanie niewielkie. Wiatr do dwunastu węzłów. Rozwijam pełne żagle. Baksztag prawego halsu, idealnie. Kurs... Splitskie Wrota (chorw. Splitska vrata) to cieśnina morska pomiędzy wyspami Brač i Šolta. Wprawdzie jest wielu żeglarzy, którzy pokonują ten odcinek na pełnych żaglach, ale ja tego nie robię, dlatego przed samym wejściem do cieśniny pada komenda: – Zrzuć żagle!

Taka decyzja ma sens, tym bardziej że dziś portem docelowym jest Bobovišća na Moru, malutka miejscowość ukryta głęboko na zachodnim cyplu wyspy Brač, czyli początek cieśniny. To bezpieczna zatoka, doskonałe schronienie przed silnym wiatrem, ale Bobovišća oferuje coś, czego nie ma nigdzie indziej. Na samym wejściu sporo jachtów. Cumują na tutejszych bojach, które rozmieszczono szeroko i bezpiecznie po obu stronach zatoki. Ja natomiast płynę dalej, prosto do centrum, gdzie mieści się niewielki port miejski.
Po lewej stronie, na szczycie wznoszącym się wysoko nad szeroką plażą, widoczna jest wieża przypominająca grecką świątynię. Widok niecodzienny. Ten monument to rzeźba „Tri sestrice”, wybudowany na cześć sióstr pomysłodawcy i fundatora Vladimira Nazora (1876-1949) – chorwackiego pisarza, poety, tłumacza, który inspirował się legendami, twórczością ludową oraz kulturą śródziemnomorską. To właśnie w Bobovišću znajduje się dom rodzinny artysty. Skąd zatem inspiracja grecką architekturą? Nie ma w tym nic dziwnego, gdyż historia tego miejsca sięga czasów Ilirów oraz Greków. O starożytnym rodowodzie świadczą przedmioty odnalezione na dnie zatoki. Bobovišća na Moru to tak naprawdę starożytny port z przełomu V i IV w. p.n.e.
Zbliżam się do końca zatoki. Marinero Dino widząc jacht przygotowuje mooringi. Machając z oddali wyraźnie pokazuje, gdzie powinienem zacumować. Warunki do manewrów są doskonałe. Nie ma wiatru bocznego. Nie trzeba obawiać się bocznych podmuchów w burtę. Wyznaczone miejsce znajduje się wprost naprzeciwko lokalnej konoby. I chociaż głębokość na końcu zatoki sprawia wrażenie zbyt małej, dla mojego jachtu jest nadal wystarczająca.
Pamiętam, że za pierwszym razem wpływałem tu niemal przypadkiem. No tak… nie ma przypadków, a dziś trudno mi wyobrazić sobie rejs wokół Brača bez postoju w tym miejscu. Jest tutaj wszystko, czego potrzeba żeglarzowi, lecz największym luksusem pozostaje cisza. W Bobovišću nie trzeba szukać miejsca z dala od tłumów. Tłumów po prostu nie ma. Niewiele osób dociera tutaj z lądu. Jedyna ulica prowadząca przez port do plaży nie jest zatłoczona. Na parkingu dwa samochody należące do pracowników restauracji. Na końcu zatoki jedyny, ale bardzo dobrze zaopatrzony sklep spożywczy. Dalej pomnik pisarza Nazora oraz kilka ważnych informacji o nim uwiecznionych na marmurowych kartach.
Na przykładzie życia i twórczości poety z Bobovišća mam możliwość poczuć ten niesamowity klimat. Mam wrażenie, że Bobovišća na Moru stanowi esencję ducha Dalmacji. Wystarczy wspiąć się na szczyt i usiąść w cieniu kolumn monumentu „Tri sestrice” (Irma, Olga, Amalija). Wystarczy zatrzymać się na samym końcu zatoki i obejrzeć spektakularny zachód słońca. Wystarczy posłuchać melodii cykad, którym Vladimir Nazor nadał wręcz boską moc w wierszu „Cvrčak”…
I cvrči, cvrči cvrčak na čvoru crne smrče
svoj trohej zagušljiv, svoj zvučni teški jamb...
Podne je. - Kao voda tišinom razlijeva se
Sunčani ditiramb […].
Cvrčak (świerszcz – cykada), Vladimir Nazor
(I cyka, cyka świerszcz na sęku czarnego świerku / swój duszny trochej, swój dźwięczny wyraźny jamb...) Południe jest. – Jak woda w ciszy rozchodzi się / słoneczny dytyramb).
Ten fragment wiersza wszedł na stałe do literatury chorwackiej jako klasyczny łamaniec językowy, ale po przeczytaniu całości wiadomo, że tytułowy świerszcz, a tak naprawdę cykada stała się nośnikiem lokalnej kultury.
Żeglując po wodach Adriatyku większość ludzi szuka wypoczynku lub adrenaliny.
Wypłynąć i wrócić.
Odpocząć, złapać brąz, napić się lokalnego piwa.
Kupić kilka drobiazgów.
Dla mnie każdy rejs jest spotkaniem z historią danego miejsca oraz ludźmi. Z pytaniami, które pozostawia krajobraz. Z morzem, które od wieków wygląda podobnie, choć wszystko wokół nieustannie się zmienia.
Bobovišća na Moru to jedno z tych miejsc, do których warto wracać. Znam tutaj każdą ścieżkę, skróty pomiędzy starymi kamienicami, kolory okiennic, lokalne opowieści o małej antycznej świątyni. Pokonuję wiele kilometrów w poszukiwaniu kolejnych atrakcji, lecz prawdziwe piękno odkrywam w samej naturze. Dziś zrozumiałem, że życie dalmatyńskich wyspiarzy jest jak śpiew cykad, na których skrzydłach rozbrzmiewa słoneczna melodia; jest jak mewa szybująca swobodnie pomiędzy dwoma błękitami, lecz w głębi serca tęskni za stałym lądem.
@markaslowa