Dobrze,
to może „Brzydkie kaczątko” – ileż to zniechęconej do życia młodzieży włóczy
się po ulicach, wystaje pod blokiem i narzeka, że nie ma perspektyw… Cóż im
powiedzieć? Że Brzydkie Kaczątko też nie wiedziało, iż ma przed sobą świetlaną
przyszłość, a przecież miało ją mieć? E tam, mowa trawa, jak mawiało się za
moich młodych lat.
I
To może inna bajka – ta o Calineczce: oto mimo trudności wszystko dobrze
się skończy i znajdziesz wreszcie swojego księcia (czy księżniczkę)? No cóż,
chodzi mi dzisiaj o inną bajkę, o baśń Andersena – „Kalosze szczęścia”.
Pamiętacie? Każdemu, kto nałożył sobie kalosze szczęścia, spełniały się
życzenia. Jeśli np. sądził, że w jakiejś epoce żyło się ludziom najlepiej, to
kalosze niezwłocznie go do realiów tamtej epoki przenosiły. W ten sposób mógł na
własnej skórze zakosztować tego, co tak przekonywująco zachwalał innym;
zachwalał przecież być może zakładając, że jego osobiście to wszystko po prostu
nie dotyczy. Napisane przez Andersena „Kalosze szczęścia” miały, tak je teraz
po latach rozumiem, uczyć odpowiedzialności za słowo, uczyć tego, by nie
strzępić języka, bo nie tylko idee mają swoje konsekwencje, ale i słowa. I
zdarzyć się może sytuacja, jak ta opisana w „Kaloszach szczęścia”, że zadziała
– tu i teraz – reguła: „Mówisz? Masz!”. Powiecie Państwo – ot, baśń. W realnym
świecie to się nie zdarza. To prawda, w rzeczywistości zawołanie: „tu jest
Rodos, tutaj skacz” zdarza się rzadko. A – przypomnijmy, skierowane było do
samochwalcy, który rozpowiadał na prawo i lewo, jak też daleko może on skoczyć…
Mogę, oczywiście, że mogę – dodawał szybko – ale tylko na wyspie Rodos. Dopiero
zawołanie – „tu jest Rodos, tutaj skacz!” zbiło go z tropu.
II
W zasadzie mamy tylko kilka możliwości. Albo stoimy (chcemy
stać) w miejscu, albo posuwamy się (chcemy się posuwać) w jakimś kierunku (do
przodu czy do tyłu, w lewo, w prawo – to w tym przypadku mniej ważne), albo,
kręcąc się w kółko, też w zasadzie stoimy w miejscu. Dobra, jeszcze możemy chcieć
wzlatywać (nad poziomy), albo mieć nadzieję dokopywać się do skarbów (skrytych pod
ziemią). W życiu społeczeństw za każdą z tych możliwości może stać utopijna
ideologia, która wybraną możliwość absolutyzuje i – tym samym – sprowadza często
do farsy; niestety, bardzo często bardzo krwawej farsy. Przypomniała mi się
jedna z opowieści Philipa K. Dicka, czytana w latach osiemdziesiątych XX wieku,
w lichym wydaniu jakiegoś wydawnictwa tzw. „drugiego obiegu”. Tytułu nie
pamiętam. Oto kilka osób, charakteryzujących się skrajnie różnymi, acz w każdym
przypadku do bólu dogmatycznymi poglądami na rzeczywistość, bierze udział w
nieszczęśliwym wypadku. I oto w efekcie wszyscy bohaterowie muszą żyć – po
kolei – w „nowym wspaniałym świecie” utopii każdego z pozostałych. I okazuje
się, że jest to dla wszystkich bez wyjątku koszmar. Tak to bywa, kiedy
najpiękniejsze wymysły okazują się mieć najdziksze, nieprzewidywalne (a na
pewno nieprzewidziane), acz realne konsekwencje, pojawia się horror.
III
wan
Karstew, bułgarski politolog, wykładowca w Instytucie Nauk o Człowieku w
Wiedniu, w swojej wydanej jeszcze przed pandemią i rosyjską inwazją na Ukrainę książce
„Co po Europie?” (Wydawnictwo Krytyka Polityczna), zajmuje się tym, że kształt polityczny
Europy pewnie będzie się zmieniał; więcej – że kształt ten będzie musiał się
zmienić. Parę dziesiątków lat temu wizja Europy była dla krajów, które wyszły
spod panowania komunistycznej utopii, ostoją normalności, a kierunek na Zachód
miał stać się naturalną do tej normalności drogą. Otóż ta wytęskniona Europa, a
raczej jej wyidealizowany obraz legł po czasie w gruzach. Transformacja
rozpoczęta wschodnioeuropejską „jesienią ludów” w roku 1989 opierała się, ba,
miała się opierać na naśladownictwie Zachodu. Zdaniem Karstewa, to właśnie
strategia naśladownictwa przechodzi głęboki kryzys – kryzys zresztą wydawałoby
się w perspektywie socjologicznej wcale nietrudny do przewidzenia. Oto po
pokoleniu entuzjastów otworzenia się na Zachód, dochodzi do głosu kolejne
pokolenie wschodnich Europejczyków. To pokolenie, dla którego Europa nie jest
już „ziemią obiecaną”, wielką wspaniałą obietnicą życia wreszcie w „normalnym”
świecie. Jest zastaną rzeczywistością, ze swoimi własnymi problemami. Karstew
porównuje to z odruchem drugiego pokolenia imigrantów w Europie. Zmieniają się
zatem trzy elementy. Po pierwsze – Europa, do której „normalności” dążono, tym
samym – po drugie – zmienia się wizja Zachodu, który nigdy nie był taki, jak
sobie naiwnie wyobrażano, ale teraz coraz bardziej zdaje się od tych wyobrażeń
odstawać. I zmieniają się – po trzecie – pokoleniowo (ale także osobowościowo) ci,
którzy mieli (i marzyli o tym by), ów Zachód imitować. Powiada Karstew:
„Dlatego pytanie brzmi, jaką utopię można znaleźć obecnie?”. Otóż nie wydaje mi
się, byśmy dzisiaj cierpieli na deficyt utopii. Może tylko nie dostrzegamy w
nich utopii.
IV
Od
politologii przejdźmy teraz do literatury pięknej – z jej profetycznym
zacięciem. Michel Houellebecq z okazji przyznania mu nagrody im. Oswalda
Spenglera powiedział: „Jeśli (…) zastanawiam się obecnie nad sytuacją Zachodu,
uwzględniając (…) dwa kryteria, które ze względu na moje doświadczenia
intelektualne uważam za fundamentalne, czyli demografię i religię, oczywiste
jest, że dochodzę do takich samych wniosków jak Spengler: Zachód jest w stanie
daleko posuniętego schyłku”. Aha, Spengler zasłynął dziełem zatytułowanym
„Zmierzch Zachodu”.
V
I
jeszcze promyk nadziei – to na koniec. Oto fragment wzięty z Mikołaja
Bierdiajewa, który Aldous Huxley wykorzystał jako motto do swojej
najsłynniejszej powieści anty-utopii: „Nowy wspaniały świa”t: „Utopie wydają
się o wiele bliższe urzeczywistnienia niż się dotychczas wydawało. I oto
stajemy dziś przed nową nader niepokojącą kwestią: Jak unikać ich definitywnego
urzeczywistnienia? Utopie dają się urzeczywistniać. Życie zmierza w ich stronę.
Ale być może nadchodzi nowa epoka, epoka, w której intelektualiści i warstwy
wykształcone znajdą sposób na uchronienie się od utopii i na powrót do
społeczeństwa, które będzie nieutopijne, mniej »doskonałe« i bardziej wolne”.
VI
No
cóż, i taki Huxley uchodzi(ł?) za prognostę...
Krzysztof Łęcki