wtorek, 14 lipca 2026
Imieniny: PL: Kamili, Kamila, Marcelego| CZ: Karolína
Glos Live
/
Nahoru

Obszerny wywiad z Andrzejem Poczobutem. Człowiek ma zawsze wybór | 24.06.2026

1860 dni spędził w kolonii karnej o zaostrzonym rygorze na Białorusi Andrzej Poczobut, ikona dziennikarstwa, jeden z liderów polskiej mniejszości w tym kraju. W poniedziałek spotkaliśmy się w jednym z nadbałtyckich kurortów, żeby porozmawiać od serca. Nie o tym jednak, co było, choć momentami do tego też wróciliśmy, ale co jest teraz i co nastąpi już wkrótce…

Ten tekst przeczytasz za 28 min. 30 s
Andrzej Poczobut. Fot. Tomasz Wolff

Andrzeju, nie czujesz się, mówiąc kolokwialnie, „przebodźcowany”?
– Na pewno dużo się wokół mnie dzieje ostatnio, ale z drugiej strony mam przed sobą perspektywę września, kiedy wracam na Białoruś. Tam wszystko powinno się uspokoić. Czas, który mi pozostał, staram się maksymalnie wykorzystać – dlatego jest tak dużo spotkań i wywiadów. Generalnie nie odmawiam dziennikarzom wywiadów, bo sam nim jestem. Często prosiłem o wywiad i to było nieprzyjemne uczucie, kiedy ktoś mi odmówił. Dlatego nie chcę nikogo potraktować w ten sam sposób. Ale nie ukrywam, że tych wywiadów jest naprawdę dużo.

Dziennikarze często pytają cię o pobyt w kolonii karnej o zaostrzonym rygorze, gdzie spędziłeś 1860 dni. Czy te pytania, których ja nie zamierzam dziś zadawać, pomagają ci tę traumę przeżyć, czy jest wręcz przeciwnie, mamy do czynienia z retraumatyzacją, powrotem z jednego więzienia do drugiego?
– To naturalne, że pytają. Jestem gotów udzielać na te pytania odpowiedzi. Prawda jest jednak taka, że chociaż wywiadów było całkiem sporo, to historii, które wydarzyły się w ciągu tych pięciu, opowiedziałem mało – 5 lat to dużo czasu, nie da się tego „wepchnąć” w największy nawet wywiad. Dziś nie czuję więc, żebym wyrzucił to wszystko z siebie. Będę musiał napisać książkę, żeby się pozbyć tego. Zamknąć pewne drzwi i iść do przodu. Nie widzę innej możliwości, by skończyć z tym tematem.

W ostatnim czasie Andrzej Poczobut udzielił sporo wywiadów. Fot. Facebook/Andrzej Poczobut

Czyli książka ma być swoistym „katharsis”?
– Taki jest cel: napisać książkę, wydać ją, spotkać się z czytelnikami i rozpocząć nowy rozdział. Znam ludzi, którzy zmagają się przez całe życie z jedną historią, którą muszą opowiadać bez końca. Ja do nich na pewno nie należę, nie lubię być monotematyczny.  

Może w tym miejscu opowiem o innym zjawisku – ludziach, którzy mnie zaczepiają na ulicy i proszę o zdjęcie. Za każdym razem mam zgryz, bo nie wiem, czy dana osoba, które chce sobie zrobić selfie, autentycznie przeżywała i martwiła się od mnie w ciągu tych 5 lat, a takich ludzi było naprawdę dużo czy po prostu zobaczyła mnie ostatnio w telewizji i zapragnęła mieć zdjęcie z kimś kogo akurat pokazują w telewizji.  

Zacząłeś już pracę nad książką?
– Tak. Pierwotnie zakładałem, że zrobię to szybciej, ale biorąc pod uwagę fakt, że cały czas jestem w ruchu, prace trochę się ślimaczą. Mam nadzieję, że jak we wrześniu wjadę na Białoruś, to będę miał więcej czasu i spokojnie usiądę do tego. Jak już ją skończę, planuję wrócić do historycznych tematów, którymi zajmuję się od 2018 roku.

Powiedziałeś przed rozpoczęciem wywiadu o ciekawej rzeczy: jedziesz do jednego muzeum, to zaraz chce cię mieć u siebie następne i następne... Tak można przecież ciągnąć bez końca. Ostatnio otrzymałeś Nagrodę im. Prof. Stefana Mellera, przyznaną przez Uniwersytet w Białymstoku. Za chwilę zgłoszą się kolejne uczelnie, może któraś zaproponuje ci tytuł doktora honoris causa… Czy to nie jest trochę podcinanie lawiny?
– (Śmiech). Może w tym miejscu opowiem o innym zjawisku – ludziach, którzy mnie zaczepiają na ulicy i proszę o zdjęcie. Za każdym razem mam zgryz, bo nie wiem, czy dana osoba, które chce sobie zrobić selfie, autentycznie przeżywała i martwiła się od mnie w ciągu tych 5 lat, a takich ludzi było naprawdę dużo, czy po prostu zobaczyła mnie ostatnio w telewizji i zapragnęła mieć zdjęcie z kimś, kogo akurat pokazują w telewizji.

Celebrytą?
– No niemalże… Wychodzę z założenia, że dla każdego, kto podchodzi i prosi o zdjęcie, jestem w jakiś sposób bliski. Dlatego jestem otwarty, chociaż często też mam wątpliwości…

 Napisałem duży tekst w „Gazecie Wyborczej”, dlaczego wracam. Uznałem, że muszę to wytłumaczyć ludziom. Wydawało mi się, że wszystko tam powiedziałem. Ale nie było tak do końca, skoro musiałem powtarzać te argumenty jeszcze wiele, wiele, razy. I pewnie zrobię to jeszcze nieraz.

Ksiądz Jan Kaczkowski powiedział kiedyś: „Żyj, bo już dziś jest za późno”. Czy twoja ostatnia aktywność nie wpisuje się po trosze w jego słowa? Wracając do domu w Grodnie czeka cię tak naprawdę jedna wielka niewiadoma, więc po prostu żyjesz, że znowu zacytuję Kaczkowskiego, na pełnej petardzie…
– Masz rację. Nie wiem, co będzie we wrześniu…

Przepraszam, ale nie rozumiem pytania dziennikarzy, czemu wracasz na Białoruś? Przecież w Grodnie jest twój dom. To tak, jakby zapytać kogoś: wolisz spać w domu czy w hotelu?
– Tobie tego nie muszę tłumaczyć. Nie wszyscy dziennikarze jednak tak to rozumieją i tak głęboko siedzą w tym temacie. Dziwią się, że chcę wracać do tego kraju. Pytają, po co?

Mogę odpowiedzieć za ciebie?

– Proszę.

Po pierwsze wracasz do domu, po drugie do ludzi, których w 2005 roku przekonałeś, że jedyna droga Związku Polaków na Białorusi to taka, kiedy na jego czele będą stali Polacy, a nie ludzie Łukaszenki…
– Dokładnie tak.

 Na zlecenie Wirtualnej Polski jedna z pracowni zleciła badanie, z którego wynika, że około 70 procent społeczeństwa opowiedziało się, że mam zostać w Polsce. Bardzo się cieszę, że rodacy nad Wisłą są mi tak przychylni i chcą, żebym z nimi został.

Chyba nie trzeba do tego nic dodawać?
– Niestety, cały czas muszę coś do tego dodawać. Napisałem duży tekst w „Gazecie Wyborczej”, dlaczego wracam. Uznałem, że muszę to wytłumaczyć ludziom. Wydawało mi się, że wszystko tam powiedziałem. Ale nie było tak do końca, skoro musiałem powtarzać te argumenty jeszcze wiele, wiele, razy. I pewnie zrobię to jeszcze nieraz.

Podczas dwugodzinnej rozmowy Andrzeja Poczobuta z Tomaszem Wolffem, kiedy już został wyłączony dyktafon, przyszedł czas na prywatne rozmowy. Fot. Facebook/Tomek Wolff

To teraz może ja popełnię „faux pas”, pytając cię, czy się nie boisz?
– Wszyscy się boją, ale w życiu nie należy się kierować strachem.

Najwyraźniej twój powrót do Grodna stał się sprawą publiczną, skoro jeden z ośrodków badania opinii społecznej poświęcił ci jedno z badań. Możesz opowiedzieć o nim coś więcej?
– Na zlecenie Wirtualnej Polski jedna z pracowni zleciła badanie, z którego wynika, że około 70 procent społeczeństwa opowiedziało się, że mam zostać w Polsce. Bardzo się cieszę, że rodacy nad Wisłą są mi tak przychylni i chcą, żebym z nimi został.

Kiedy żyjesz na Białorusi, masz na co dzień do wyboru język rosyjski i białoruski. Niektórzy młodzi Polacy twierdzą, że im do szczęścia wystarczy rosyjski z całym internetem i przebojami. Stanowi także drzwi do świata. 

Goszcząc ostatnio w Parlamencie Europejskim powiedziałeś takie słowa: „My, Polacy mieszkający na Białorusi, jesteśmy ludnością autochtoniczną. Nigdy stąd nie wyjeżdżaliśmy. Nasi przodkowie żyją na tej ziemi od wielu lat”. Czy to trzeba ciągle przypominać?
– W Parlamencie Europejskim na pewno. Słowa te skierowałem nie tylko do polskich posłów, którzy ten temat bardzo dobrze znają, ale do wszystkich. Europarlamentarzyści na przykład z Grecji, Hiszpanii, Portugalii czy innego państwa już niekoniecznie wiedzą o tym. Co ciekawe, nie tylko na forum Parlamentu Europejskiego, ale także w Polsce usłyszałem pytanie: „Kiedy pan wyjechał na tę Białoruś?”.

A potem zabrzmiały słowa o ważności języka polskiego, że bez niego polskie diaspory na całym świecie zwyczajnie nie przetrwają…
– Kiedy żyjesz na Białorusi, masz na co dzień do wyboru język rosyjski i białoruski. Niektórzy młodzi Polacy twierdzą, że im do szczęścia wystarczy rosyjski z całym internetem i przebojami. Stanowi także drzwi do świata.
Dzięki Bogu, Najjaśniejsza Rzeczpospolita jest atrakcyjna ekonomicznie, bardziej zamożna od Białorusi. Część Polaków z Białorusi próbuje ułożyć sobie życie w Polsce, dlatego język polski jest często traktowany jako furtka do innego, lepszego i zamożniejszego świata.

Dysponujesz danymi odnośnie liczby Polaków mieszkających na Białorusi? Czy to jest wszystko abstrakcja?
– Według oficjalnych danych, Polaków jest 250-300 tysięcy. Jest oczywiste, że te liczby są większe. Chodzi o to, że na Białorusi obserwujemy spadek liczby ludności. I teraz władze próbują tym spadkiem „obarczyć” mniejszości. Czyli zaniża się liczbę przedstawicieli mniejszości, żeby Białorusinów było więcej. Wtedy wszystko się będzie zgadzało i można będzie powiedzieć: „Za Łukaszenki liczba Białorusinów rośnie”.

 Polonijne media rządzą się mimo wszystko swoimi prawami. Można się zatrzymać. W ogólnopolskich mediach jest wyścig, toczy się walka o życie, obowiązują inne zasady. 

W niedzielę 13 września w Grodnie odbędzie się Zjazd Związku Polaków na Białorusi, na którym chcesz być obecny. Nie obawiasz się, że wrócisz z Polski medialnie przebodźcowany, a tam wpadniesz w ramiona rodaków, którzy się na ciebie „rzucą”?
– Nie obawiam się tego, bo nasi ludzie są spokojni (śmiech). Pamiętaj też, że wrócę w zupełnie inną atmosferę. Poza tym, odbyłem już kilka spotkań online z rodakami. Na pewno warte podkreślenia jest to, że ten Zjazd jest ważnym wydarzeniem w życiu naszej organizacji, dlatego chcę być na nim obecny.

Pozwól na osobisty wtręt. Kiedy usłyszałem, że jesteś wolny, łzy pociekły same. Byłem akurat w urzędzie i tak się złożyło, że kiedy zakładałem tekst na portal, zostałem wezwany do okienka. I robiłem jedno i drugie, aż pani urzędniczka poprosiła, żebym się skupił na dokumentach od samochodu. A ja tak bardzo chciałem, żeby świat jak najszybciej dowiedział się, że jesteś wolny. I choć media polonijne wolne są od walki o clickbajty, to w tym przypadku pojechałem chyba trochę po bandzie…
– Nie da się ukryć, że dziś wszystko jest szybkie i liczy się głównie klikalność. Owszem, czasem spotykam dziennikarzy, którzy potrafią odczekać z tematem i wyjść z nim dopiero po czasie, ale oni stanowią mniejszość.

Skoro wspomniałeś o klikalności… Czy to obce pojęcie dla polskich mediów działających na Białorusi i w innych krajach?
– Polonijne media rządzą się mimo wszystko swoimi prawami. Można się zatrzymać. W ogólnopolskich mediach jest wyścig, toczy się walka o życie, obowiązują inne zasady. Kiedy widzę, że często zwalniani są dziennikarze, którzy być może nie gonią za klikalnością, ale uczciwie i rzetelnie opisują rzeczywistość, to smutno mi się robi. Zamiast rzetelności stawia się na wyrazistość, a wyrazistość nie zawsze odzwierciedla rzeczywistość, często ją przerysowując, dopełniając – w wyniku powstaje inny, już wyłącznie medialny, obraz świata. Później zaś odbiorca ma pretensje do mediów, że jest niedoinformowany. Dostaje więcej emocji, niż informacji.

Czy ciebie, dziennikarza, który zjadł zęby na prasie drukowanej, nie boli jej stopniowy albo wręcz postępujący upadek?
– Boli, nawet bardzo, ale co możemy zrobić? Chyba jedynie zacisnąć zęby. Strasznie mnie wkurza pamięć rybki w akwarium, którą społeczeństwo reprezentuje. Obserwowałem to na przykładzie białoruskim wielokrotnie. Klikalni są eksperci, których żadna prognoza się nie sprawdza. Są jednak wyraziści i potrafią ładnie sformułować swoje myśli. W starych czasach o takich ludziach mówiło się, że są mocni w gębie. Dziś jest ich całkiem sporo i są w stanie zebrać kliki.

Ja się generalnie nie przejmuję komentarzami w internecie. Zawsze mnie natomiast ciekawiło, jak wyglądają ludzie, którzy zamieszczają takie krwawe, bezlitosne wpisy typu: „zabić”, „pociąć na kawałki”.  

Wspomniany ekspert, niekoniecznie od pogody, wpada jednak do bańki, bo my przecież od pewnego czasu w nich żyjemy. Przecież bardziej opłaca się zaprosić do studia telewizyjnego „eksperta”, kontrowersyjnego polityka, który dołoży do pieca, niż nudnego, przy którym można zasnąć. Byłeś ostatnio w Strasburgu, powiedziałeś o zjednoczeniu politycznym w sprawie Polaków na Białorusi. Miałeś wrażenie, że ta bańka przez moment pękła?
– Nie jest tak do końca, bo w sprawie Związku Polaków na Białorusi czy polskiej mniejszości mamy do czynienia z konsensusem od wielu lat. To nic nowego, ale teraz to właśnie mnie się przypisuje zdolności paranormalne do jednoczenia polskich polityków należących do różnych opcji politycznych. A prawda jest taka, że nawet jak ktoś chce spojrzeć na te kwestie trochę inaczej, to nie może. Tak naprawdę Aleksandr Łukaszenka, który postawił na totalne wynarodowienie Polaków na Białorusi, nie pozostawił żadnej innej możliwości. To jest jego zasługa, że punkt widzenia wszystkich środowisk w Polsce na kwestie mniejszości polskiej na Białorusi jest taki sam.

Na pewno kojarzysz Adama Małysza…
– Oczywiście.

Chyba jako pierwszy padł ofiarą mediów, a Małyszomania wyznaczyła nowe trendy.
– Idziesz trochę za daleko w swoich rozważaniach. Nie porównujmy tego, co się wtedy działo, z zainteresowaniem moją osobą. To zupełnie inny kaliber, dzięki Bogu.

Czyli nie będzie Poczobutomani?
– Mam nadzieję, że nie.

W jednych wpisach jesteś wynoszony pod obłoki, w innych każą ci spi… na Białoruś. Spytam brutalnie: czy warto walczyć o taką polskość, Polskę?
– Ja się generalnie nie przejmuję komentarzami w internecie. Zawsze mnie natomiast ciekawiło, jak wyglądają ludzie, którzy zamieszczają takie krwawe, bezlitosne wpisy typu: „zabić”, „pociąć na kawałki”. Spotkałem ich później w więzieniu. Okazali się najbardziej zakompleksionymi ludźmi, których kiedykolwiek widziałem. Zresztą stosunek do anonimowych komentatorów najlepiej wyraził w jednym ze swoich  aforyzmów Karel Čapek, który pisał mniej więcej w ten sposób: anonimowy komentator też ma honor i swoim nazwiskiem pod czymś takim się nie podpisuje.

Będąc na wolności codziennie chodziliśmy z żoną nad Niemen. Tam jest taki nieduży, ale jednak kawałek lasu, w samym mieście. Generalnie lubię lasy, które są częścią legendy Grodzieńszczyzny.  

Zamieściłeś ostatnio na swoim profilu na Facebooku zdjęcie, jak uciekasz przed upałem do lasu. Lubisz zieleń?

– Bardzo.

W jednym z ostatnich wpisów na Facebooku Andrzej Poczobut napisał: „Od upału można się schować w lesie”. Fot. Facebook/Andrzej Poczobut

Łukaszenka nie ma takiej władzy, żeby zablokować obraz na Google Mapach, a ja, nigdy nie będąc na Białorusi, musiałem się posiłkować nimi, żeby zobaczyć najbliższe otoczenie Grodna. Zobaczyłem całkiem dużo zieleni. Czym pachną lasy na Grodzieńszczyźnie?
– Wszędzie unosi się zapach sosny i to jest piękne.

Masz ulubioną porę dnia, kiedy lubiłeś się w nich zanurzać?
– Będąc na wolności codziennie chodziliśmy z żoną nad Niemen. Tam jest taki nieduży, ale jednak kawałek lasu, w samym mieście. Generalnie lubię lasy, które są częścią legendy Grodzieńszczyzny.

Miałeś w głowie zapach tych lasów jako element wyciszający, kiedy siedziałeś w kolonii karnej?
– Przede wszystkim, co jest zrozumiałe, brakowało mi kontaktu z bliskimi. Potrafisz zrozumieć to uczucie, że nie możesz wejść do własnego domu? Po prostu otworzyć drzwi i wejść do mieszkania. Tak swoją drogą, w ostatnich pięciu latach trochę się w nim zmieniło – żona zrobiła remont, tak jak jej się podoba. Więc jak się tam pojawię we wrześniu, to wrócę do trochę innej rzeczywistości, innych kolorów. Widziałem to na kilku zdjęciach, które mi pokazała, bo przecież od wyjścia z więzienia jeszcze nie miałem w nim okazji być.

Tak jak nad rzeką szumią drzewa, tak w więzieniu słyszysz, jak idzie klawisz, otwiera drzwi, starasz się interpretować te dźwięki, dzięki czemu możesz określić bieg czasu. 

Cisza… Jakże inne jest jej doświadczanie w lesie czy nad Niemnem, a jakże inne w karcerze, kiedy czasami słyszysz własne myśli…
– Zarówno w jednym, jak i drugim miejscu nie panuje absolutna cisza. Tak jak nad rzeką szumią drzewa, tak w więzieniu słyszysz, jak idzie klawisz, otwiera drzwi, starasz się interpretować te dźwięki, dzięki czemu możesz określić bieg czasu.Na pewno natomiast w celi brakowało mi kolorów. W celi patrzyłem w zasadzie na trzy: biały, szary i czerwony. Kiedy wyprowadzali mnie do adwokata i nagle zobaczyłem zieleń trawy oraz błękit nieba, to czułem gorycz. Że mi nawet pozabierali kolory.

Rozmawialiśmy już o lasach, a teraz zapraszam cię nad Niemen. Pozwól, że coś ci zacytuję… „Niemnie, domowa rzeko moja! Gdzie są wody, Które niegdyś czerpałem w niemowlęce dłonie, Na których potem w dzikie pływałem ustronie, Szukając z wieńcem ziółek i z wędką przygody...
– Adam Mickiewicz.

Niemen jest dla ciebie szczególną rzeką?

– Oczywiście, że tak. To jest kresowa rzeka, wiążę się z nią tak wiele historii…

A masz taką swoją prywatną historię związaną z tą rzeką?
– Ja ją po prostu czuję. Jest dla mnie lepsza niż wszystkie pozostałe. Jest bardzo zróżnicowana. Widziałem ją w różnych postaciach: bardzo cienkiej i płytkiej, i takiej która jest bardzo szeroka i przypomina morze. Nie miałem jej tylko okazji podziwiać w miejscu, gdzie wpada do Bałtyku, bo to jest Obwód Kaliningradzki.
Weźmy postaci związane z Niemnem: Czesław Niemen, dowódca Armii Krajowej Mieczysław Niedziński ps. Niemen, który zginął w 1948 roku (ostatni dowódca na ziemi grodzieńskiej). W Niemnie odbija się wiele epok: Napoleon, który przekracza tę rzekę i zaczyna Wielką Wojnę, którą ostatecznie przegrywa.
A patrząc pod kątem czysto ludzkim, to każdy może w Niemnie znaleźć coś pod swój temperament, nastrój.

Widziałem wiele osób, którym uderzyła do głowy władza i narzucenie swojej woli, niezależnie od tego, z jak dużą grupą mamy do czynienia. Moje życiowe motto brzmi: „Żyj i pozwól żyć innym”.  

Urodziłem się i wychowałem w górach, ale jeden obrazek z nizin mam w pamięci do dziś. Podróż pociągiem do Gdyni kilka lat temu, most kolejowy nad Wisłą gdzieś daleko za Warszawą. Rozlana rzeka, łacha piachu i ludzie. I jakoś od razu wtedy pomyślałem, że to jest takie prawdziwe życie, jakie znamy z dawnych czasów…
– Rozumiem cię doskonale, bo rzeki generalnie wyzwalają fantastyczne uczucia.

Jakie jest twoje największe życiowe marzenie?
– Większych marzeń to ja nie mam. Bardzo chcę, żeby Związek Polaków na Białorusi został zalegalizowany, a polska mniejszość normalnie funkcjonowała. Jak by się tak stało, to mógłbym się skoncentrować na pracy dziennikarskiej i byłbym szczęśliwy. Problem w tym, że nie widać końca tej historii. W 2005 roku myślałem, że wszystko uda się załatwić w ciągu pięciu lat. Potem zacząłem myśleć, że nie wiadomo, kiedy się to wszystko skończy i tak mi zostało do dziś.

Powiedziałeś ostatnio: „Jestem zwykłym człowiekiem, który żyjąc w nieprzyzwoitych czasach, próbuje się zachować przyzwoicie”. Czy ciężko w tych zwariowanych czasach, kiedy liczą się kliki, siedzimy ukryci w bańkach, zamknięci w smartfonach, zachowywać się przyzwoicie?
– Momentami jest rzeczywiście trudno, ale to nie jest wyłącznie domena naszych czasów. Tak naprawdę w jakich byśmy nie żyli czasach, to o wszystkim decyduje człowiek, zawsze ma wybór, opowiedzieć się po tej czy tamtej stronie. Ja wolę stać po swojej stronie, nie zważając na wszystkie trudne okoliczności, w których się znalazłem.

Chciałem być adwokatem, ale zmienił się kraj w międzyczasie. I okazało się, że zawód prawnika znaczy co innego, niż w momencie, kiedy dostawałem się na studia. Wtedy uznałem, że pójdę inną drogą, dziennikarstwo miało dać mi maksymalną wolność.  

Patrzę na ciebie i tak sobie myślę, że choćbyś zdobył sto nagród i wyróżnień, wygrał milion w Totka, to nigdy ci nie uderzy sodówka do głowy.
– Daj spokój, może to kwestia wieku (śmiech). Mam 53 lata. Może gdybym był młodszy o 20 lat, to bym się inaczej zachował. Widziałem wiele osób, którym uderzyła do głowy władza i narzucenie swojej woli, niezależnie od tego, z jak dużą grupą mamy do czynienia. Moje życiowe motto brzmi: „Żyj i pozwól żyć innym”.

A może w naszej naturze jest dążenie do władzy. Pamiętasz eksperyment Philipa Zimbardo z 1971 roku, w którym podzielono studentów na „więźniów” i „strażników”? W pewnym momencie wszystko wymknęło się „strażnikom” spod kontroli, bo tak mocno weszli w rolę, poczuli władzę…
– Z jednej strony tak, ale wejdźmy w szczegóły tego eksperymentu. Osobom, które miały pełnić rolę strażników, powiedziano, że będzie się przeciwko nim spiskować, buntować, zostały dodatkowo nabodźcowane.

Wróćmy do twoich zawodowych korzeni. Jak to się w ogóle stało, że zostałeś dziennikarzem?
– Chciałem być adwokatem, ale zmienił się kraj w międzyczasie. I okazało się, że zawód prawnika znaczy co innego, niż w momencie, kiedy dostawałem się na studia. Wtedy uznałem, że pójdę inną drogą, dziennikarstwo miało dać mi maksymalną wolność.

 Aleksander Grigoricz dba o to, żeby spotykać się wyłącznie z przyjemnymi dziennikarzami. Tak na dobre zacząłem pracować, kiedy „face controle” był bardzo mocny. Spotkałem się natomiast z premierem Białorusi i innymi osobowościami, jeszcze na konferencjach prasowych, ale z Łukaszenką nigdy.

Pamiętasz jeszcze swój pierwszy tekst?
– Nie, pamiętam natomiast teksty, które wywołały burzę. Pierwszy dotyczył starego cmentarza katolickiego. Na skutek poszukiwań złota sporo dawnych grobów, nawet z XVIII wieku, zostało zniszczonych. Wywołało to międzynarodowy skandal. Pamiętam konferencję prasową z udziałem mera miasta, na którą w tamtych czasach zapraszano jeszcze niezależnych dziennikarzy. Pokazałem na niej zdjęcia z nekropolii. Cel jednak osiągnąłem, bo cmentarz zaczął być chroniony.
Potem wydarzyła się taka historia: zadzwonił do mnie znajomy, który poznał człowieka, który trzymał w domu osiem rozłupanych ludzkich czaszek. Miał je znaleźć na śmietniku. Poszedłem do niego, wyłożył te czaski, porobiłem zdjęcia. Powiedział, że kiedyś przewozili piasek, a w nim były kości. Na ulicy usłyszałem, że jak cieknie woda, znosi piasek, robi się bagno i jest problem. Ustaliłem, że ten piasek pochodzi ze stadionu – Łukaszenka budował pałac lodowy w Grodnie. Okazało się, że wcześniej był tam cmentarz żydowski. Rozumiesz to? Budowlańcy rozwozili piasek po całym mieście, włącznie z piaskownicami, z kośćmi. Zrobił się z tego gigantyczny skandal, nie tylko na poziomie miasta, ale zauważony przez Żydów z Izraela. Skończyło się na tym, że do Łukaszenki napisała list Hillary Clinton. Padły w nim mniej więcej takie słowa: „Panie Aleksandrze, niech pan przestanie wykopywać Żydów z grobów”. Łukaszenka zaprzeczył, mówiąc, że ma złe informacje.

Spotkałeś się kiedyś face to face z Łukaszenką?
– Aleksander Grigoricz dba o to, żeby spotykać się wyłącznie z przyjemnymi dziennikarzami. Tak na dobre zacząłem pracować, kiedy „face controle” był bardzo mocny. Spotkałem się natomiast z premierem Białorusi i innymi osobowościami, jeszcze na konferencjach prasowych, ale z Łukaszenką nigdy.

A gdybyś się spotkał, to co byś mu powiedział czy wręcz wykrzyczał?
– Chciałbym z nim porozmawiać, kiedy już nie będzie przy władzy. Zrobić swoiste podsumowanie eksperymentu, za który odpowiadał przez tyle lat. Moim zdaniem jest to jednak mało realne, bo on będzie rządził do końca swojego życia.

 W ogóle wydaje mi się, że nie mam przywódczych cech charakteru. Lubię pisać, a nie wydawać rozporządzenia i upominać ludzi. 

Czy na Białorusi można postawić znak równości między dziennikarzem i społecznikiem?
– Nie do końca. W 2005 roku byłem tylko redaktorem miesięcznika „Magazyn Polski na Białorusi”, nie byłem nawet członkiem Rady Naczelnej Związku Polaków. W pewnym momencie trzeba było zrobić krok do przodu, żeby podtrzymać kierownictwo, mam tutaj na myśli Andżelikę Borys.

Bierzesz pod uwagę taki scenariusz: prezes Związku Polaków na Białorusi?
– Absolutnie nie. Wiem, że muszę działać, ale nie jako prezes. W ogóle wydaje mi się, że nie mam przywódczych cech charakteru. Lubię pisać, a nie wydawać rozporządzenia i upominać ludzi.

Dobrze śpisz?
– W porównaniu z tym, co było w więzieniu, to tak. Kiedy z niego wychodziłem, obawiałem się, że już nigdy nie będę miał dobrego snu. To jest bardzo przyjemne uczucie, że mogę pospać dłużej, w więzieniu musiałem być na nogach już o 5.00. Bardzo lubię chodzić nad morze, spacerować z żoną, czytać. Żona ma za złe, że muszę tyle czasu poświęcać na te wszystkie społeczne sprawy. Ale już udało się mi załatwić bardzo dużo rzeczy i mam nadzieję, że będzie tak z kolejnymi. Mam tutaj na myśli kwestie związkowe oraz dofinansowanie polskich mediów na Białorusi.

No to przenieśmy się raz jeszcze do Grodna. Kiedy już tam dotrzesz, najpierw będzie dom rodzinny, a potem las i Niemen?
– Muszę wiele rzeczy zrobić, przede wszystkim odwiedzić rodziców, cmentarze, które zostały zrujnowane. Na las na pewno znajdę czas.

Ja na pewno nie dożyję setki. Tak naprawdę nie wiadomo, ile nam zostało czasu, ale mam świadomość, że więcej już przeszedłem niż mi zostało, dlatego chciałbym pewne rzeczy zdążyć zrobić.  

Znajdzie się czas dla Poczobutów w te wakacje?
– Nie ma takiej możliwości. Mam świadomość przemijania czasu i muszę mocno pracować. Ile nam go zostało?

Ty masz 53 lata, ja 52, czyli przekroczyliśmy półmetek.
– Ja na pewno nie dożyję setki. Tak naprawdę nie wiadomo, ile nam zostało czasu, ale mam świadomość, że więcej już przeszedłem niż mi zostało, dlatego chciałbym pewne rzeczy zdążyć zrobić. Zresztą ja zawsze byłem skoncentrowany na pracy. A przecież pięć lat byłem totalnie pozbawiony jakiejkolwiek pracy.

W więzieniu świadomość przemijania czasu była bardziej dojmująca?
– Nie. Oczywiście o tym myślałem, ale rzadko. Miałem świadomość, że coś mi odebrano. W więzieniu żyjesz jeden dzień, przeżywania, świadomości przemijania nie doświadczasz, bo tam nic się nie dzieje. A potem wychodzisz na wolność i widzisz syna, który jest wyższy od ciebie. Istny nokaut.

Spotkanie z żoną i dziećmi musiało być cholernie trudne…
– Przez te pięć lat żona się nie postarzała. Syn nie tylko wyrósł, ale mam z nim inne relacje. Wypadłem z jego życia na długie lata. To bardzo boli, nie odpuszcza. Byłem dla niego całym światem, a dziś? Z perspektywy 16-latka rodzice są przeszkodą, która ogranicza i czegoś od nich chce.





Może Cię zainteresować.