Andrzeju, nie czujesz się,
mówiąc kolokwialnie, „przebodźcowany”?
– Na pewno dużo się wokół
mnie dzieje ostatnio, ale z drugiej strony mam przed sobą perspektywę września,
kiedy wracam na Białoruś. Tam wszystko powinno się uspokoić. Czas, który mi pozostał, staram się maksymalnie
wykorzystać – dlatego jest tak dużo spotkań i wywiadów. Generalnie nie odmawiam
dziennikarzom wywiadów, bo sam nim jestem. Często prosiłem o wywiad i to było
nieprzyjemne uczucie, kiedy ktoś mi odmówił. Dlatego nie chcę nikogo
potraktować w ten sam sposób. Ale nie ukrywam, że tych wywiadów jest naprawdę
dużo.
Dziennikarze często pytają
cię o pobyt w kolonii karnej o zaostrzonym rygorze, gdzie spędziłeś 1860 dni.
Czy te pytania, których ja nie zamierzam dziś zadawać, pomagają ci tę traumę
przeżyć, czy jest wręcz przeciwnie, mamy do czynienia z retraumatyzacją,
powrotem z jednego więzienia do drugiego?
– To naturalne, że pytają.
Jestem gotów udzielać na te pytania odpowiedzi. Prawda jest jednak taka, że
chociaż wywiadów było całkiem sporo, to historii, które wydarzyły się w ciągu
tych pięciu, opowiedziałem mało – 5 lat to dużo czasu, nie da się tego „wepchnąć”
w największy nawet wywiad. Dziś nie czuję więc, żebym wyrzucił to wszystko z
siebie. Będę musiał napisać książkę, żeby się pozbyć tego. Zamknąć pewne drzwi
i iść do przodu. Nie widzę innej możliwości, by skończyć z tym tematem.
W ostatnim czasie Andrzej Poczobut
udzielił sporo wywiadów. Fot. Facebook/Andrzej Poczobut
Czyli książka ma być
swoistym „katharsis”?
– Taki jest cel: napisać
książkę, wydać ją, spotkać się z czytelnikami i rozpocząć nowy rozdział. Znam
ludzi, którzy zmagają się przez całe życie z jedną historią, którą muszą
opowiadać bez końca. Ja do nich na pewno nie należę, nie lubię być
monotematyczny.
Może w tym miejscu opowiem o innym zjawisku –
ludziach, którzy mnie zaczepiają na ulicy i proszę o zdjęcie. Za każdym razem
mam zgryz, bo nie wiem, czy dana osoba, które chce sobie zrobić selfie,
autentycznie przeżywała i martwiła się od mnie w ciągu tych 5 lat, a takich
ludzi było naprawdę dużo czy po prostu zobaczyła mnie ostatnio w telewizji i
zapragnęła mieć zdjęcie z kimś kogo akurat pokazują w telewizji.
Zacząłeś już pracę nad
książką?
– Tak. Pierwotnie zakładałem,
że zrobię to szybciej, ale biorąc pod uwagę fakt, że cały czas jestem w ruchu,
prace trochę się ślimaczą. Mam nadzieję, że jak we wrześniu wjadę na Białoruś,
to będę miał więcej czasu i spokojnie usiądę do tego. Jak już ją skończę,
planuję wrócić do historycznych tematów, którymi zajmuję się od 2018 roku.
Powiedziałeś przed
rozpoczęciem wywiadu o ciekawej rzeczy: jedziesz do jednego muzeum, to zaraz
chce cię mieć u siebie następne i następne... Tak można przecież ciągnąć bez
końca. Ostatnio otrzymałeś Nagrodę im. Prof. Stefana Mellera, przyznaną przez
Uniwersytet w Białymstoku. Za chwilę zgłoszą się kolejne uczelnie, może któraś
zaproponuje ci tytuł doktora honoris causa… Czy to nie jest trochę podcinanie
lawiny?
– (Śmiech). Może w tym
miejscu opowiem o innym zjawisku – ludziach, którzy mnie zaczepiają na ulicy i
proszę o zdjęcie. Za każdym razem mam zgryz, bo nie wiem, czy dana osoba, które
chce sobie zrobić selfie, autentycznie przeżywała i martwiła się od mnie w
ciągu tych 5 lat, a takich ludzi było naprawdę dużo, czy po prostu zobaczyła
mnie ostatnio w telewizji i zapragnęła mieć zdjęcie z kimś, kogo akurat pokazują
w telewizji.
Celebrytą?
– No niemalże… Wychodzę z
założenia, że dla każdego, kto podchodzi i prosi o zdjęcie, jestem w jakiś
sposób bliski. Dlatego jestem otwarty, chociaż często też mam wątpliwości…
Napisałem duży tekst w „Gazecie Wyborczej”,
dlaczego wracam. Uznałem, że muszę to wytłumaczyć ludziom. Wydawało mi się, że
wszystko tam powiedziałem. Ale nie było tak do końca, skoro musiałem powtarzać
te argumenty jeszcze wiele, wiele, razy. I pewnie zrobię to jeszcze nieraz.
Ksiądz Jan Kaczkowski
powiedział kiedyś: „Żyj, bo już dziś jest za późno”. Czy twoja ostatnia
aktywność nie wpisuje się po trosze w jego słowa? Wracając do domu w Grodnie
czeka cię tak naprawdę jedna wielka niewiadoma, więc po prostu żyjesz, że znowu
zacytuję Kaczkowskiego, na pełnej petardzie…
– Masz rację. Nie wiem, co
będzie we wrześniu…
Przepraszam, ale nie
rozumiem pytania dziennikarzy, czemu wracasz na Białoruś? Przecież w Grodnie
jest twój dom. To tak, jakby zapytać kogoś: wolisz spać w domu czy w hotelu?
– Tobie tego nie muszę
tłumaczyć. Nie wszyscy dziennikarze jednak tak to rozumieją i tak głęboko
siedzą w tym temacie. Dziwią się, że chcę wracać do tego kraju. Pytają, po co?
Mogę odpowiedzieć za
ciebie?
– Proszę.
Po pierwsze wracasz do
domu, po drugie do ludzi, których w 2005 roku przekonałeś, że jedyna droga
Związku Polaków na Białorusi to taka, kiedy na jego czele będą stali Polacy, a
nie ludzie Łukaszenki…
– Dokładnie tak.
Na zlecenie Wirtualnej Polski
jedna z pracowni zleciła badanie, z którego wynika, że około 70 procent
społeczeństwa opowiedziało się, że mam zostać w Polsce. Bardzo się cieszę, że
rodacy nad Wisłą są mi tak przychylni i chcą, żebym z nimi został.
Chyba nie trzeba do tego
nic dodawać?
– Niestety, cały czas muszę
coś do tego dodawać. Napisałem duży tekst w „Gazecie Wyborczej”, dlaczego
wracam. Uznałem, że muszę to wytłumaczyć ludziom. Wydawało mi się, że wszystko
tam powiedziałem. Ale nie było tak do końca, skoro musiałem powtarzać te argumenty
jeszcze wiele, wiele, razy. I pewnie zrobię to jeszcze nieraz.
Podczas dwugodzinnej rozmowy
Andrzeja Poczobuta z Tomaszem Wolffem, kiedy już został wyłączony dyktafon,
przyszedł czas na prywatne rozmowy. Fot. Facebook/Tomek Wolff
To teraz może ja popełnię
„faux pas”, pytając cię, czy się nie boisz?
– Wszyscy się boją, ale
w życiu nie należy się kierować strachem.
Najwyraźniej twój powrót
do Grodna stał się sprawą publiczną, skoro jeden z ośrodków badania opinii
społecznej poświęcił ci jedno z badań. Możesz opowiedzieć o nim coś więcej?
– Na zlecenie Wirtualnej
Polski jedna z pracowni zleciła badanie, z którego wynika, że około 70 procent
społeczeństwa opowiedziało się, że mam zostać w Polsce. Bardzo się cieszę, że
rodacy nad Wisłą są mi tak przychylni i chcą, żebym z nimi został.
Kiedy żyjesz na Białorusi, masz na co dzień do
wyboru język rosyjski i białoruski. Niektórzy młodzi Polacy twierdzą, że im do
szczęścia wystarczy rosyjski z całym internetem i przebojami. Stanowi także
drzwi do świata.
Goszcząc ostatnio w
Parlamencie Europejskim powiedziałeś takie słowa: „My, Polacy mieszkający na
Białorusi, jesteśmy ludnością autochtoniczną. Nigdy stąd nie wyjeżdżaliśmy.
Nasi przodkowie żyją na tej ziemi od wielu lat”. Czy to trzeba ciągle
przypominać?
– W Parlamencie Europejskim
na pewno. Słowa te skierowałem nie tylko do polskich posłów, którzy ten temat
bardzo dobrze znają, ale do wszystkich. Europarlamentarzyści na przykład z
Grecji, Hiszpanii, Portugalii czy innego państwa już niekoniecznie wiedzą o
tym. Co ciekawe, nie tylko na forum Parlamentu Europejskiego, ale także w
Polsce usłyszałem pytanie: „Kiedy pan wyjechał na tę Białoruś?”.
A potem zabrzmiały słowa o
ważności języka polskiego, że bez niego polskie diaspory na całym świecie
zwyczajnie nie przetrwają…
– Kiedy żyjesz na Białorusi,
masz na co dzień do wyboru język rosyjski i białoruski. Niektórzy młodzi Polacy
twierdzą, że im do szczęścia wystarczy rosyjski z całym internetem i
przebojami. Stanowi także drzwi do świata.
Dzięki Bogu, Najjaśniejsza
Rzeczpospolita jest atrakcyjna ekonomicznie, bardziej zamożna od Białorusi.
Część Polaków z Białorusi próbuje ułożyć sobie życie w Polsce, dlatego język polski jest często traktowany
jako furtka do innego, lepszego i zamożniejszego świata.
Dysponujesz danymi
odnośnie liczby Polaków mieszkających na Białorusi? Czy to jest wszystko
abstrakcja?
– Według oficjalnych danych,
Polaków jest 250-300 tysięcy. Jest oczywiste, że te liczby są większe. Chodzi o
to, że na Białorusi obserwujemy spadek liczby ludności. I teraz władze próbują
tym spadkiem „obarczyć” mniejszości. Czyli zaniża się liczbę przedstawicieli
mniejszości, żeby Białorusinów było więcej. Wtedy wszystko się będzie zgadzało
i można będzie powiedzieć: „Za Łukaszenki liczba Białorusinów rośnie”.
Polonijne media rządzą się mimo wszystko swoimi
prawami. Można się zatrzymać. W ogólnopolskich mediach jest wyścig, toczy się
walka o życie, obowiązują inne zasady.
W niedzielę 13 września w
Grodnie odbędzie się Zjazd Związku Polaków na Białorusi, na którym chcesz być
obecny. Nie obawiasz się, że wrócisz z Polski medialnie przebodźcowany, a tam
wpadniesz w ramiona rodaków, którzy się na ciebie „rzucą”?
– Nie obawiam się tego, bo
nasi ludzie są spokojni (śmiech). Pamiętaj też, że wrócę w zupełnie inną
atmosferę. Poza tym, odbyłem już kilka spotkań online z rodakami. Na pewno
warte podkreślenia jest to, że ten Zjazd jest ważnym wydarzeniem w życiu naszej
organizacji, dlatego chcę być na nim obecny.
Pozwól na osobisty wtręt.
Kiedy usłyszałem, że jesteś wolny, łzy pociekły same. Byłem akurat w urzędzie i
tak się złożyło, że kiedy zakładałem tekst na portal, zostałem wezwany do
okienka. I robiłem jedno i drugie, aż pani urzędniczka poprosiła, żebym się
skupił na dokumentach od samochodu. A ja tak bardzo chciałem, żeby świat jak
najszybciej dowiedział się, że jesteś wolny. I choć media polonijne wolne są od
walki o clickbajty, to w tym przypadku pojechałem chyba trochę po bandzie…
– Nie da się ukryć, że dziś
wszystko jest szybkie i liczy się głównie klikalność. Owszem, czasem spotykam
dziennikarzy, którzy potrafią odczekać z tematem i wyjść z nim dopiero po
czasie, ale oni stanowią mniejszość.
Skoro wspomniałeś o
klikalności… Czy to obce pojęcie dla polskich mediów działających na Białorusi
i w innych krajach?
– Polonijne media rządzą się
mimo wszystko swoimi prawami. Można się zatrzymać. W ogólnopolskich mediach
jest wyścig, toczy się walka o życie, obowiązują inne zasady. Kiedy widzę, że
często zwalniani są dziennikarze, którzy być może nie gonią za klikalnością,
ale uczciwie i rzetelnie opisują rzeczywistość, to smutno mi się robi. Zamiast
rzetelności stawia się na wyrazistość, a wyrazistość nie zawsze odzwierciedla
rzeczywistość, często ją przerysowując, dopełniając – w wyniku powstaje inny,
już wyłącznie medialny, obraz świata. Później zaś odbiorca ma pretensje do
mediów, że jest niedoinformowany. Dostaje więcej emocji, niż informacji.
Czy ciebie, dziennikarza,
który zjadł zęby na prasie drukowanej, nie boli jej stopniowy albo wręcz
postępujący upadek?
– Boli, nawet bardzo, ale co
możemy zrobić? Chyba jedynie zacisnąć zęby. Strasznie mnie wkurza pamięć rybki
w akwarium, którą społeczeństwo reprezentuje. Obserwowałem to na przykładzie
białoruskim wielokrotnie. Klikalni są eksperci, których żadna prognoza się nie
sprawdza. Są jednak wyraziści i potrafią ładnie sformułować swoje myśli. W
starych czasach o takich ludziach mówiło się, że są mocni w gębie. Dziś jest
ich całkiem sporo i są w stanie zebrać kliki.
Ja się generalnie nie przejmuję komentarzami w
internecie. Zawsze mnie natomiast ciekawiło, jak wyglądają ludzie, którzy
zamieszczają takie krwawe, bezlitosne wpisy typu: „zabić”, „pociąć na kawałki”.
Wspomniany ekspert,
niekoniecznie od pogody, wpada jednak do bańki, bo my przecież od pewnego czasu
w nich żyjemy. Przecież bardziej opłaca się zaprosić do studia telewizyjnego
„eksperta”, kontrowersyjnego polityka, który dołoży do pieca, niż nudnego, przy
którym można zasnąć. Byłeś ostatnio w Strasburgu, powiedziałeś o zjednoczeniu
politycznym w sprawie Polaków na Białorusi. Miałeś wrażenie, że ta bańka przez
moment pękła?
– Nie jest tak do końca, bo w
sprawie Związku Polaków na Białorusi czy polskiej mniejszości mamy do czynienia
z konsensusem od wielu lat. To nic nowego, ale teraz to właśnie mnie się
przypisuje zdolności paranormalne do jednoczenia polskich polityków należących
do różnych opcji politycznych. A prawda jest taka, że nawet jak ktoś chce
spojrzeć na te kwestie trochę inaczej, to nie może. Tak naprawdę Aleksandr
Łukaszenka, który postawił na totalne wynarodowienie Polaków na Białorusi, nie
pozostawił żadnej innej możliwości. To jest jego zasługa, że punkt widzenia
wszystkich środowisk w Polsce na kwestie mniejszości polskiej na Białorusi jest
taki sam.
Na pewno kojarzysz Adama
Małysza…
– Oczywiście.
Chyba jako pierwszy padł
ofiarą mediów, a Małyszomania wyznaczyła nowe trendy.
– Idziesz trochę za daleko w
swoich rozważaniach. Nie porównujmy tego, co się wtedy działo, z
zainteresowaniem moją osobą. To zupełnie inny kaliber, dzięki Bogu.
Czyli nie będzie
Poczobutomani?
– Mam nadzieję, że nie.
W jednych wpisach jesteś
wynoszony pod obłoki, w innych każą ci spi… na Białoruś. Spytam brutalnie: czy
warto walczyć o taką polskość, Polskę?
– Ja się generalnie nie
przejmuję komentarzami w internecie. Zawsze mnie natomiast ciekawiło, jak
wyglądają ludzie, którzy zamieszczają takie krwawe, bezlitosne wpisy typu:
„zabić”, „pociąć na kawałki”. Spotkałem ich później w więzieniu. Okazali się
najbardziej zakompleksionymi ludźmi, których kiedykolwiek widziałem. Zresztą
stosunek do anonimowych komentatorów najlepiej wyraził w jednym ze swoich aforyzmów Karel Čapek, który pisał mniej
więcej w ten sposób: anonimowy komentator też ma honor i swoim nazwiskiem pod
czymś takim się nie podpisuje.
Będąc na wolności codziennie chodziliśmy z żoną
nad Niemen. Tam jest taki nieduży, ale jednak kawałek lasu, w samym mieście.
Generalnie lubię lasy, które są częścią legendy Grodzieńszczyzny.
Zamieściłeś ostatnio na
swoim profilu na Facebooku zdjęcie, jak uciekasz przed upałem do lasu. Lubisz
zieleń?
– Bardzo.
W jednym z ostatnich wpisów na Facebooku Andrzej Poczobut napisał:
„Od upału można się schować w lesie”. Fot. Facebook/Andrzej Poczobut
Łukaszenka nie ma takiej
władzy, żeby zablokować obraz na Google Mapach, a ja, nigdy nie będąc na
Białorusi, musiałem się posiłkować nimi, żeby zobaczyć najbliższe otoczenie
Grodna. Zobaczyłem całkiem dużo zieleni. Czym pachną lasy na Grodzieńszczyźnie?
– Wszędzie unosi się zapach
sosny i to jest piękne.
Masz ulubioną porę dnia,
kiedy lubiłeś się w nich zanurzać?
– Będąc na wolności
codziennie chodziliśmy z żoną nad Niemen. Tam jest taki nieduży, ale jednak
kawałek lasu, w samym mieście. Generalnie lubię lasy, które są częścią legendy
Grodzieńszczyzny.
Miałeś w głowie zapach
tych lasów jako element wyciszający, kiedy siedziałeś w kolonii karnej?
– Przede wszystkim, co jest
zrozumiałe, brakowało mi kontaktu z bliskimi. Potrafisz zrozumieć to uczucie,
że nie możesz wejść do własnego domu? Po prostu otworzyć drzwi i wejść do
mieszkania. Tak swoją drogą, w ostatnich pięciu latach trochę się w nim zmieniło
– żona zrobiła remont, tak jak jej się podoba. Więc jak się tam pojawię we
wrześniu, to wrócę do trochę innej rzeczywistości, innych kolorów. Widziałem to
na kilku zdjęciach, które mi pokazała, bo przecież od wyjścia z więzienia
jeszcze nie miałem w nim okazji być.
Tak jak nad rzeką szumią drzewa, tak w więzieniu
słyszysz, jak idzie klawisz, otwiera drzwi, starasz się interpretować te
dźwięki, dzięki czemu możesz określić bieg czasu.
Cisza… Jakże inne jest jej
doświadczanie w lesie czy nad Niemnem, a jakże inne w karcerze, kiedy czasami
słyszysz własne myśli…
– Zarówno w jednym, jak i
drugim miejscu nie panuje absolutna cisza. Tak jak nad rzeką szumią drzewa, tak
w więzieniu słyszysz, jak idzie klawisz, otwiera drzwi, starasz się
interpretować te dźwięki, dzięki czemu możesz określić bieg czasu.Na pewno natomiast w celi
brakowało mi kolorów. W celi patrzyłem w zasadzie na trzy: biały, szary i
czerwony. Kiedy wyprowadzali mnie do adwokata i nagle zobaczyłem zieleń trawy
oraz błękit nieba, to czułem gorycz. Że mi nawet pozabierali kolory.
Rozmawialiśmy już o
lasach, a teraz zapraszam cię nad Niemen. Pozwól, że coś ci zacytuję… „Niemnie,
domowa rzeko moja! Gdzie są wody, Które niegdyś czerpałem w niemowlęce dłonie, Na których potem w dzikie pływałem ustronie, Szukając z wieńcem ziółek i z wędką przygody...
– Adam Mickiewicz.
Niemen jest dla ciebie
szczególną rzeką?
– Oczywiście, że tak. To jest
kresowa rzeka, wiążę się z nią tak wiele historii…
A masz taką swoją prywatną
historię związaną z tą rzeką?
– Ja ją po prostu czuję. Jest
dla mnie lepsza niż wszystkie pozostałe. Jest bardzo zróżnicowana. Widziałem ją
w różnych postaciach: bardzo cienkiej i płytkiej, i takiej która jest bardzo
szeroka i przypomina morze. Nie miałem jej tylko okazji podziwiać w miejscu,
gdzie wpada do Bałtyku, bo to jest Obwód Kaliningradzki.
Weźmy postaci związane z
Niemnem: Czesław Niemen, dowódca Armii Krajowej Mieczysław Niedziński ps.
Niemen, który zginął w 1948 roku (ostatni dowódca na ziemi grodzieńskiej). W
Niemnie odbija się wiele epok: Napoleon, który przekracza tę rzekę i zaczyna
Wielką Wojnę, którą ostatecznie przegrywa.
A patrząc pod kątem czysto
ludzkim, to każdy może w Niemnie znaleźć coś pod swój temperament, nastrój.
Widziałem wiele osób, którym uderzyła do głowy
władza i narzucenie swojej woli, niezależnie od tego, z jak dużą grupą mamy do
czynienia. Moje życiowe motto brzmi: „Żyj i pozwól żyć innym”.
Urodziłem się i wychowałem
w górach, ale jeden obrazek z nizin mam w pamięci do dziś. Podróż pociągiem do
Gdyni kilka lat temu, most kolejowy nad Wisłą gdzieś daleko za Warszawą. Rozlana
rzeka, łacha piachu i ludzie. I jakoś od razu wtedy pomyślałem, że to jest
takie prawdziwe życie, jakie znamy z dawnych czasów…
– Rozumiem cię doskonale, bo
rzeki generalnie wyzwalają fantastyczne uczucia.
Jakie jest twoje
największe życiowe marzenie?
– Większych marzeń to ja nie
mam. Bardzo chcę, żeby Związek Polaków na Białorusi został zalegalizowany, a
polska mniejszość normalnie funkcjonowała. Jak by się tak stało, to mógłbym się
skoncentrować na pracy dziennikarskiej i byłbym szczęśliwy. Problem w tym, że
nie widać końca tej historii. W 2005 roku myślałem, że wszystko uda się
załatwić w ciągu pięciu lat. Potem zacząłem myśleć, że nie wiadomo, kiedy się
to wszystko skończy i tak mi zostało do dziś.
Powiedziałeś ostatnio:
„Jestem zwykłym człowiekiem, który żyjąc w nieprzyzwoitych czasach, próbuje się
zachować przyzwoicie”. Czy ciężko w tych zwariowanych czasach, kiedy liczą się
kliki, siedzimy ukryci w bańkach, zamknięci w smartfonach, zachowywać się
przyzwoicie?
– Momentami jest rzeczywiście
trudno, ale to nie jest wyłącznie domena naszych czasów. Tak naprawdę w jakich byśmy nie żyli czasach, to o wszystkim decyduje człowiek, zawsze ma wybór,
opowiedzieć się po tej czy tamtej stronie. Ja wolę stać po swojej stronie, nie
zważając na wszystkie trudne okoliczności, w których się znalazłem.
Chciałem być adwokatem, ale zmienił się kraj w
międzyczasie. I okazało się, że zawód prawnika znaczy co innego, niż w
momencie, kiedy dostawałem się na studia. Wtedy uznałem, że pójdę inną drogą,
dziennikarstwo miało dać mi maksymalną wolność.
Patrzę na ciebie i tak
sobie myślę, że choćbyś zdobył sto nagród i wyróżnień, wygrał milion w Totka,
to nigdy ci nie uderzy sodówka do głowy.
– Daj spokój, może to kwestia
wieku (śmiech). Mam 53 lata. Może gdybym był młodszy o 20 lat, to bym się
inaczej zachował. Widziałem wiele osób, którym uderzyła do głowy władza i
narzucenie swojej woli, niezależnie od tego, z jak dużą grupą mamy do
czynienia. Moje życiowe motto brzmi: „Żyj i pozwól żyć innym”.
A może w naszej naturze
jest dążenie do władzy. Pamiętasz eksperyment Philipa Zimbardo z 1971 roku, w
którym podzielono studentów na „więźniów” i „strażników”? W pewnym momencie
wszystko wymknęło się „strażnikom” spod kontroli, bo tak mocno weszli w rolę,
poczuli władzę…
– Z jednej strony tak, ale
wejdźmy w szczegóły tego eksperymentu. Osobom, które miały pełnić rolę
strażników, powiedziano, że będzie się przeciwko nim spiskować, buntować,
zostały dodatkowo nabodźcowane.
Wróćmy do twoich
zawodowych korzeni. Jak to się w ogóle stało, że zostałeś dziennikarzem?
– Chciałem być adwokatem, ale
zmienił się kraj w międzyczasie. I okazało się, że zawód prawnika znaczy co
innego, niż w momencie, kiedy dostawałem się na studia. Wtedy uznałem, że pójdę
inną drogą, dziennikarstwo miało dać mi maksymalną wolność.
Aleksander Grigoricz dba o to, żeby spotykać się
wyłącznie z przyjemnymi dziennikarzami. Tak na dobre zacząłem pracować, kiedy
„face controle” był bardzo mocny. Spotkałem się natomiast z premierem Białorusi
i innymi osobowościami, jeszcze na konferencjach prasowych, ale z Łukaszenką
nigdy.
Pamiętasz jeszcze swój
pierwszy tekst?
– Nie, pamiętam natomiast
teksty, które wywołały burzę. Pierwszy dotyczył starego cmentarza katolickiego.
Na skutek poszukiwań złota sporo dawnych grobów, nawet z XVIII wieku, zostało
zniszczonych. Wywołało to międzynarodowy skandal. Pamiętam konferencję prasową
z udziałem mera miasta, na którą w tamtych czasach zapraszano jeszcze
niezależnych dziennikarzy. Pokazałem na niej zdjęcia z nekropolii. Cel jednak
osiągnąłem, bo cmentarz zaczął być chroniony.
Potem wydarzyła się taka
historia: zadzwonił do mnie znajomy, który poznał człowieka, który trzymał w
domu osiem rozłupanych ludzkich czaszek. Miał je znaleźć na śmietniku. Poszedłem
do niego, wyłożył te czaski, porobiłem zdjęcia. Powiedział, że kiedyś
przewozili piasek, a w nim były kości. Na ulicy usłyszałem, że jak cieknie
woda, znosi piasek, robi się bagno i jest problem. Ustaliłem, że ten piasek
pochodzi ze stadionu – Łukaszenka budował pałac lodowy w Grodnie. Okazało się,
że wcześniej był tam cmentarz żydowski. Rozumiesz to? Budowlańcy rozwozili
piasek po całym mieście, włącznie z piaskownicami, z kośćmi. Zrobił się z tego
gigantyczny skandal, nie tylko na poziomie miasta, ale zauważony przez Żydów z
Izraela. Skończyło się na tym, że do Łukaszenki napisała list Hillary Clinton.
Padły w nim mniej więcej takie słowa: „Panie Aleksandrze, niech pan przestanie
wykopywać Żydów z grobów”. Łukaszenka zaprzeczył, mówiąc, że ma złe informacje.
Spotkałeś się kiedyś face
to face z Łukaszenką?
– Aleksander Grigoricz dba o
to, żeby spotykać się wyłącznie z przyjemnymi dziennikarzami. Tak na dobre
zacząłem pracować, kiedy „face controle” był bardzo mocny. Spotkałem się natomiast
z premierem Białorusi i innymi osobowościami, jeszcze na konferencjach
prasowych, ale z Łukaszenką nigdy.
A gdybyś się spotkał, to
co byś mu powiedział czy wręcz wykrzyczał?
– Chciałbym z nim
porozmawiać, kiedy już nie będzie przy władzy. Zrobić swoiste podsumowanie
eksperymentu, za który odpowiadał przez tyle lat. Moim zdaniem jest to jednak
mało realne, bo on będzie rządził do końca swojego życia.
W ogóle wydaje mi się, że nie mam przywódczych
cech charakteru. Lubię pisać, a nie wydawać rozporządzenia i upominać ludzi.
Czy na Białorusi można
postawić znak równości między dziennikarzem i społecznikiem?
– Nie do końca. W 2005 roku
byłem tylko redaktorem miesięcznika „Magazyn Polski na Białorusi”, nie byłem
nawet członkiem Rady Naczelnej Związku Polaków. W pewnym momencie trzeba było
zrobić krok do przodu, żeby podtrzymać kierownictwo, mam tutaj na myśli
Andżelikę Borys.
Bierzesz pod uwagę taki
scenariusz: prezes Związku Polaków na Białorusi?
– Absolutnie nie. Wiem, że
muszę działać, ale nie jako prezes. W ogóle wydaje mi się, że nie mam
przywódczych cech charakteru. Lubię pisać, a nie wydawać rozporządzenia i
upominać ludzi.
Dobrze śpisz?
– W porównaniu z tym, co było
w więzieniu, to tak. Kiedy z niego wychodziłem, obawiałem się, że już nigdy nie
będę miał dobrego snu. To jest bardzo przyjemne uczucie, że mogę pospać dłużej,
w więzieniu musiałem być na nogach już o 5.00. Bardzo lubię chodzić nad morze,
spacerować z żoną, czytać. Żona ma za złe, że muszę tyle czasu poświęcać na te
wszystkie społeczne sprawy. Ale już udało się mi załatwić bardzo dużo rzeczy i
mam nadzieję, że będzie tak z kolejnymi. Mam tutaj na myśli kwestie związkowe oraz
dofinansowanie polskich mediów na Białorusi.
No to przenieśmy się raz
jeszcze do Grodna. Kiedy już tam dotrzesz, najpierw będzie dom rodzinny, a
potem las i Niemen?
– Muszę wiele rzeczy zrobić,
przede wszystkim odwiedzić rodziców, cmentarze, które zostały zrujnowane. Na
las na pewno znajdę czas.
Ja na pewno nie dożyję setki. Tak naprawdę nie
wiadomo, ile nam zostało czasu, ale mam świadomość, że więcej już przeszedłem
niż mi zostało, dlatego chciałbym pewne rzeczy zdążyć zrobić.
Znajdzie się czas dla
Poczobutów w te wakacje?
– Nie ma takiej możliwości.
Mam świadomość przemijania czasu i muszę mocno pracować. Ile nam go zostało?
Ty masz 53 lata, ja 52,
czyli przekroczyliśmy półmetek.
– Ja na pewno nie dożyję
setki. Tak naprawdę nie wiadomo, ile nam zostało czasu, ale mam świadomość, że
więcej już przeszedłem niż mi zostało, dlatego chciałbym pewne rzeczy zdążyć zrobić.
Zresztą ja zawsze byłem skoncentrowany na pracy. A przecież pięć lat byłem
totalnie pozbawiony jakiejkolwiek pracy.
W więzieniu świadomość
przemijania czasu była bardziej dojmująca?
– Nie. Oczywiście o tym
myślałem, ale rzadko. Miałem świadomość, że coś mi odebrano. W więzieniu żyjesz
jeden dzień, przeżywania, świadomości przemijania nie doświadczasz, bo tam nic
się nie dzieje. A potem wychodzisz na wolność i widzisz syna, który jest wyższy
od ciebie. Istny nokaut.
Spotkanie z żoną i dziećmi
musiało być cholernie trudne…
– Przez te pięć lat żona się
nie postarzała. Syn nie tylko wyrósł, ale mam z nim inne relacje. Wypadłem z
jego życia na długie lata. To bardzo boli, nie odpuszcza. Byłem dla niego całym
światem, a dziś? Z perspektywy 16-latka rodzice są przeszkodą, która ogranicza
i czegoś od nich chce.