poniedziałek, 22 lipca 2024
Imieniny: PL: Magdaleny, Mileny, Wawrzyńca| CZ: Magdaléna
Glos Live
/
Nahoru

Co ludzie mają w głowach? | 30.04.2018

Nasz felietonista, Krzysztof Łęcki, zastanawia się tym razem, co też takiego mają ludzie w głowach...

Ten tekst przeczytasz za 6 min. 30 s
Fot. ARC

 

Co ludzie mają w głowach? – zastanawiał się niegdyś legendarny felietonista „Tygodnika Powszechnego” Stefan Kisielewski w pozostawionych po sobie świetnych „Dziennikach”. Kisiel był zwierzęciem politycznym, więc miał na uwadze przede wszystkim politykę – tę, także dla wielu filozofów, podstawową sferę ludzkiej działalności. Właśnie – jak (i co?) ludzie myślą? Jakie mają poglądy? Jak postrzegają rzeczywistość? Co jest dla nich istotne? Jak oceniają polityczne szanse? Gdzie dostrzegają zagrożenia?

Oczywiście, możliwa jest zupełnie inna postawa. Zilustruję ją starym dowcipem. Szpital psychiatryczny opuszcza jeden z pacjentów. Nie, nie ucieka, komisja lekarska uznała go za w pełni uzdrowionego z majaków, z którymi wcześniej żył na co dzień za pan brat. Kiedy jednak ma już opuścić teren szpitala jeden z lekarzy dostrzega, że ex-pacjent ciągnie za sobą na sznurku szczoteczkę do zębów. Co to jest? – pyta doktor podejrzliwie. A to? Ależ dziękuję, zawieruszyła mi się szczoteczka do zębów, a tu po prostu wlokę ją za sobą na sznurku – odpowiada rezolutnie ex-pacjent i podnosząc zgubę spokojnie wychodzi przez bramę. Ale już kilkanaście metrów dalej, kiedy, jak sądzi, nikt nie może tego zobaczyć, głaszcze szczoteczkę mówiąc: widzisz Burek jakeśmy go nabrali! Otóż z pewnego punktu widzenia nie musi wcale wydawać się specjalnie ważne, co kto ma w głowie. Zgodnie z tym stanowiskiem może bowiem mieć w niej cokolwiek, byle tylko tego nie ujawniał publicznie, byle publicznie zachowywał się jak należy. To znaczy – gdy wziąć pod uwagę wątły świat wyobrażeń partyjnej polityki - byle ten „ktoś” głosował na „nas”. Jest dokładnie jak w anegdotce, którą przypomniał mi w czasie publicznej debaty o demokracji w Polsce redaktor Jarosław Makowski. Oto dobrze przed ponad pół wiekiem kandydat na stanowisko prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki, zapomniany dzisiaj Adlai Stevenson, po świetnym, brawurowym przemówieniu usłyszał komplement, że teraz to już każdy rozumny Amerykanin na pewno zagłosuje na niego. Nie ma innego wyjścia. Stevenson odpowiedział grzecznie, że to dobrze, oczywiście, że to nawet bardzo dobrze, że rozumni Amerykanie zagłosują na niego. Tyle tylko, że on, by zostać prezydentem, potrzebuje, by zagłosowała na niego większość wyborców. W domyśle – my politycy potrzebujemy oczywiście wyborców rozumnych, to wszak do nich się zwracamy apelując do rozumu. Ale potrzebujemy – choć rzecz jasna nikt tego głośno nie powie – także wyborców mniej rozumnych, a nawet, tak, tak, wyborców rozumnych inaczej. Po prostu potrzebujemy większości. Acha, do wyborców mniej rozumnych i „rozumnych inaczej” nikt oczywiście oficjalnie nie apeluje, nikt o ich głosy nie walczy. Dlaczego? No cóż, przed wyborami po prostu ich nie ma, każdy ma wszak szansę zostać wyborcą rozumnym, głosując na „nas”, zaś po wyborach wyborcy rozumni mniej i ci „rozumni inaczej”, to po prostu zwykle określenia tych osobników, którzy swoimi głosami poparli partię przeciwną. „Nasi” wyborcy byli (i są) rozumni z definicji, podjęli wszak jedynie słuszną decyzję głosując na „nas”.

Co naprawdę myślą (potencjalni) wyborcy to bardzo często coś nie do końca określonego, nieuporządkowanego i – w masie wyborców – rozproszonego; to coś, co skrapla się od czasu do czasu w akcie wyborczym – i wreszcie tylko to się liczy. A co myślą politycy? Kiedy akurat zdarzy się im myśleć o Polsce, Europie, świecie. Tu wydawałoby się sprawa jest oczywista – partyjni politycy myślą mniej więcej to, co mówią programy partii, których są członkami, partii, które reprezentują. Otóż pewnie tak właśnie być powinno – ale jest tajemnicą poliszynela, że bardzo często tak nie jest. Tu przypomina mi się rozmowa znanego „wywiadowcy” Roberta Mazurka z pewną posłanką. Dziennikarz przytaczał fragmenty programu partii, do której ugrupowanie posłanki pozostawało w silnej (by nie rzec „totalnej”) opozycji. I posłanka co rusz Mazurkowi przerywała – no proszę, ależ to ignoranci, oszołomy itd., itp. Tyle, że po jakimś czasie Mazurek w swoim skądinąd łatwo rozpoznawalnym stylu posłankę przeprosił za pomyłkę. Tak się bowiem złożyło, że czytał wybrane fragmenty programu jej własnej partii. I to program swojej własnej partii posłanka krytykowała w tak bardzo niewybrednym stylu.

Wszystkie te refleksje nasunęły mi się po lekturze tekstu ze strony OKO.press, tekstu poświęconego profilowi politycznemu Moniki Jaruzelskiej. Przeczytałem tam: „Monika Jaruzelska, przyszła kandydatka SLD, nie ma nic przeciwko religii w szkołach, a w sporze o aborcję najbardziej brakuje jej szacunku dla strony katolickiej. j. Sprzeciwia się też adopcji dzieci przez pary jednopłciowe. Poza tym "inaczej rozłożyłaby pieniądze z podatków”, ale nikomu nie chce ich podnosić. OKO.press sprawdza, ile lewicy jest w takiej lewicySprzeciwia się też adopcji dzieci przez pary jednopłciowe. Poza tym "inaczej rozłożyłaby pieniądze z podatków”, ale nikomu nie chce ich podnosić. OKO.press sprawdza, ile lewicy jest w takiej lewicySprzeciwia się też adopcji przez pary jednopłciowe. Poza tym „inaczej rozłożyłaby pieniądze z podatków”, ale nikomu nie chce ich podnosić” OKO.press sprawdza, „ile lewicy jest w takiej lewicy”. I co się okazało? Otóż okazało się, że – zdaniem OKO.press Monika Jaruzelska gdy idzie o kwestię wolności lokuje się na europejskiej centroprawicy, gdy idzie o równość – reprezentuje gospodarczy liberalizm; gdy brać pod uwagę odniesienia do europejskiej politycznej szachownicy – poglądy Jaruzelskiej to zatem chaos – taka konserwatywno-liberalna lewica.

Czy rzeczywiście to chaos? Kiedyś wybitny filozof Leszek Kołakowski napisał niewielki artykulik „Jak być konserwatywno-liberalnym-socjalistą”. Tekst ten powinien stać się obowiązkową lekturą dla tych wszystkich, którzy widzą świat wyłącznie przez wąski pryzmat dogmatów swojej politycznej ferajny. Tyle że czytelnictwo (także lektur obowiązkowych) w Polsce mocno podupada. Większości do w zupełności wystarcza „partyjny przekaz dnia”.

 



Może Cię zainteresować.