wtorek, 16 lipca 2024
Imieniny: PL: Eustachego, Mariki, Mirelli| CZ: Luboš
Glos Live
/
Nahoru

Niejaki taki | 29.08.2021

Niejaki. Ten niejaki to nijaki taki. Niejaki. Epitet, który przywołuje na myśl nie tylko eksponowany ostentacyjnie brak szacunku, ale po prostu skrajne lekceważenie.

Ten tekst przeczytasz za 6 min. 30 s
Fot. Pixabay

Łączy w sobie i to, że – jak sugeruje – mamy do czynienia z osobą nieznaną, i to, że jest ona najzwyczajniej w świecie – kimś zupełnie nieważnym, nieistotnym. A także kimś nieciekawym i stąd poznania niewartym. Określenie „niejaki” stygmatyzuje, niespecjalnie nawet udając, że czyni to w białych rękawiczkach. Zwykle spływa ono z klawiatury wtedy, kiedy autor polemicznego tekstu ulega pokusie natychmiastowego przyszpilenia oponenta, zanim wysunie jakiekolwiek merytoryczne argumenty. Używanie epitetu „niejaki” zdawać się może komuś spuścizną sposobu myślenia, który tak wykpił Witold Gombrowicz w „Trans-Atlantyku”: „– A! Nie z Radcą, nie z Attache, nie z Konsulem, z samym pan pragniesz widzieć się Ministrem? A po co? A w jakim celu? A kogo pan znasz tutaj? A kim pan jesteś? Z kim się przyjaźnisz? Do kogo chodzisz?”. Nie wszystkie zresztą pytania radcy Podsrockiego są w tym kontekście równej wagi. Wszak jak przekonywała Wisława Szymborska „(w)ażniejsze kto cię zna, niż kogo ty znasz” („Pisanie życiorysu”).

Ale – nie. To błędny trop. Choć bowiem zdarza się, że używa się epitetu „niejaki” do osoby zupełnie nieznanej, to zupełnie inną funkcję pełni on wówczas, kiedy opatruje się nim nazwisko kogoś o kim bez większego ryzyka powiedzieć można, iż jest społecznie rozpoznawalny. Cel jest oczywisty. Idzie o to, by znaczenie jego słów pomniejszyć, najlepiej – unieważnić. A jego samego nieodwołalnie zdeprecjonować w oczach postronnych czytelników/czytelniczek. Pokusa sięgnięcia po określnie „niejaki” jako nieodwołalnej formy narzucenia „definicji sytuacji” – to znaczy skoro powiedziałem, że ten ktoś jest praktycznie nikim, to tak jest i koniec dyskusji – jest trudna do odparcia, zwłaszcza gdy w grę wchodzą silne emocje. Czy ktoś, kogo nazwisko poprzedza się epitetem „niejaki”, to odpowiednik angielskiego „no name”? Otóż, jak mi się zdaje – nie do końca. Ktoś może po prostu (jeszcze?) nie mieć (znanego) nazwiska. I nawet, jeśli w sformułowaniu takim pobrzmiewa jakiś rodzaj deprecjacji, to sytuacja ta – jeśli zgodna z prawdą, to znaczy mamy np. do czynienia z debiutantem, albo kimś, kto pomimo (wielu) prób nie zdołał zaistnieć – zdaje się posiadać także wartość opisową. Nazwisko, o którym mowa, jest po prostu (szerzej) nieznane. Aha, alternatywą stygmatyzacji „niejaki” w mowie potocznej jest – nieco paradoksalnie –„daj mi z nim spokój” na dźwięk nazwiska, które w ten sposób społecznie naznaczamy, osoby, której nie warto poświęcić najmniejszej uwagi.

Piszę o tym, bo natknąłem się na takie właśnie określenie, kwalifikację profesora Ryszarda Legutki w czytanej przeze mnie biografii Jerzego Pilcha autorstwa Stanisława Beresia „Pilchu. Na rogu Wiślnej i Hożej” (Warszawa 2021). Relacjonując felietonowe polemiki Pilcha (jak wiadomo, był w nich niekwestionowanym mistrzem) pisze Bereś „niejaki profesor Legutko, jedna z chorągwi profesorskich prawicy” i daje fragment felietonu Pilcha. W przypadku innych polemistów Bereś cytuje fragmenty oponentów autora „Spisu cudzołożnic” – w przypadku sporu z Legutką tego nie czyni. Dlaczego określenie Legutki jako niejakiego (i jeszcze chorągwi profesorskich prawicy) uznaje Bereś za wystarczające? No cóż, jestem wielkim admiratorem felietonistyki Pilcha, ale tak się składa, iż znam odpowiedź jaką dał mu Legutko. I muszę uznać, że choć Pilch wygrywał (prawie) wszystkie polemiczne pojedynki, to ten przegrał po prostu. I nie jest to tylko moje zdanie. Można z Legutką polemizować (ba, sam to czyniłem w szkicu „Intelektualiści a nihilizm” (w:) „Od inteligencji do postinteligencji”, red. Piotr Kulas, Paweł Śpiewak (Warszawa 2018) Przyznam jednak, że mniemanie, iż określenie Legutki jako „filozofa skinheadów” (profesor Jacek Kurczewski) jest wystarczającym, ba, miażdżącym argumentem w akademickiej dyskusji, to jednak trochę – jak dla mnie – dużo za mało. Profesor Marcin Król pisząc o Legutce, określał go jako demagoga, by wspomnieć jeszcze, że nie zna żadnych dzieł filozoficznych Legutki-filozofa. A przecież dobrze wiadomo, że Legutko takie dzieła napisał i są to prace znaczące. Skąd bierze się ta pokusa pójścia drogą na skróty – dołożenia rywalowi epitetem miast argumentu? No cóż, każdy w miarę uważny czytelnik publicystycznych polemik zauważy łatwo, że najbardziej zacietrzewieni polemiści Legutki, kiedy tylko starali się w sporze z nim argumentować wypadali na tle krakowskiego filozofa raczej blado, więc... Nie argumentem go, to epitetem. Takim argumentem ad personam.

Jerzy Szacki w przedmowie do drugiego wydania swoich „Kontrrewolucyjnych paradoksów. Wizje świata francuskich antagonistów Wielkiej Rewolucji 1789-1815” (Warszawa 2012) pisze: „Czytelnik potrzebujący uwzględniającego nowszą literaturę opracowania tytułowego i podtytułowego tematu tej książki powinien jednak sięgnąć raczej po prace Jacka Bartyzela (...). Stanowisko Bartyzela (konserwatysty – K. Ł.) niekoniecznie mi odpowiada, ale nie przeszkadza mi to podziwiać jego znakomitej roboty i nadzwyczajnej erudycji”. No cóż, uczonych tej klasy, co profesor Jerzy Szacki dziś ze świecą szukać. Bo w świetle jupiterów nie znajdzie się takich na pewno. Tam widuje się najczęściej uczonych z gatunku oburzonych i w pełni zaangażowanych. Właśnie – zaangażowanych…

Przypomina mi się pewna anegdotyczna historia, przeczytana bodaj w którejś z książek napisanych przez Czesława Miłosza – ale głowy nie dam. Oto w czasach III Rzeszy pewien profesor od starożytnej greki, chciał przysłużyć się partii nazistowskiej. Wiek i być może temperament nie pozwalały mu na fizyczną rozprawę z wrogami narodowego socjalizmu. Zrobił zatem to, co mógł i umiał – przetłumaczył „Mein Kampf” na starożytną grekę. Dzisiaj – w epoce, w której nie ma autorów, a są tylko opcje partyjne – sięga się po znacznie prostsze środki zaskarbiania sobie politycznych łask i profitów. Wystarczy jednoznaczną ideowo postawę upstrzyć mocnym wulgaryzmem.

 

 

 

 

 



Może Cię zainteresować.